„Pojawiły się groźby, z grożeniem śmiercią włącznie, a minister Macierewicz i ja zaczęliśmy otrzymywać koperty z oficjalną korespondencją, w których nasze nazwiska wpisane były w coś, co przypominało nekrolog lub klepsydrę. Tak to się zaczęło” - mówi Sławomir Cenckiewicz, historyk, likwidator WSI i autor m.in. książki „Długie ramię Moskwy” w rozmowie z Joanną Lichocką („Gazeta Polska”).

Jako przewodniczący Komisji Likwidacyjnej WSI był Pan często wzywany przez prokuraturę. Jak szybko po likwidacji WSI zajęło się Wami polskie państwo?

Historia śledztw prokuratorskich prowadzonych przy udziale śledczych ABW ma tyle lat co system Tuska. Ale po raz pierwszy w sprawie niektórych decyzji związanych z likwidacją WSI przesłuchiwany byłem jeszcze za rządów PiS, w prokuraturze wojskowej na początku 2007 r. To w gruncie rzeczy dość zabawna historia. Prokuratura zaczęła analizować kwestię odkrytych przez nas materiałów w WSI (prawie 40 metrów bieżących), które zgodnie z prawem powinny być przekazane do IPN. Przesłuchująca mnie młoda pani prokurator-porucznik oświadczyła mi, że dokumenty służb specjalnych PRL „powinny być wieczyście chronione” przed ujawnieniem. A nad jej głową na ścianie wisiały kserokopie rysunków z tygodnika „NIE” ośmieszające likwidację WSI i Antoniego Macierewicza.

Po wygranych przez PO wyborach było już nieco poważniej?
Było kilka śledztw, w ramach których nas wzywano. Były te związane tzw. aferą marszałkową wątki dotyczące przecieków medialnych, sprawy dotyczące powstania i treści raportu z weryfikacji WSI, a nawet śledztwa na temat sposobu zatrudniania niektórych osób w SKW. Myślę, że w sumie wysłuchano mnie kilkadziesiąt razy.

Miało to, Pana zdaniem, charakter nękania?
Tak, zwłaszcza że aktywności śledczych towarzyszyły działania tajnych służb – stosowano wobec nas cały wachlarz działań operacyjnych, od podsłuchów do tajnej obserwacji. Słyszeliśmy o działaniach zarówno ABW, jak i SKW…

Skąd słyszeliście?
Niektóre pytania i sugestie prokuratorów odwoływały się ewidentnie do wiedzy uzyskanej drogą operacyjną. Jakby dla potwierdzenia otrzymałem swego czasu oficjalne pismo o zastosowanych wobec mnie przedsięwzięciach związanych z kontrolą rozmów telefonicznych. W mojej sprawie działania te nakładały się na podobne akcje związane z kolei z publikacją książki „SB a Lech Wałęsa”, która również stała się powodem niezwykłej gorliwości śledczych i ABW.

Ta gorliwość nie zastanawiała Pana?
Zastanawia do dzisiaj. Przy tej okazji można zobaczyć mechanizm, dość typowy dla systemu Tuska. Jedno z wymienionych śledztw dotyczących likwidacji WSI prowadził niejaki Robert Skawiński, prokurator, który – o czym mało kto pamięta – prowadził w przeszłości zastanawiająco nieskutecznie śledztwo w sprawie porwania Krzysztofa Olewnika. Jaką trzeba mieć determinację w obronie WSI i ściganiu ich likwidatorów, by w 2009 r. powierzyć śledztwo człowiekowi, który tak się skompromitował tamtą sprawą! Pięć lat temu ówczesny poseł Marek Biernacki, a dzisiejszy minister sprawiedliwości, tak mówił o pracy Skawińskiego: „Prokuratura w tym śledztwie była stroną bierną, policja wykonywała większość czynności. Kiedy mógł nastąpić przełom i zatrzymanie podejrzanego Kościuka, to do tego nie doszło, ponieważ nie zgodzili się na to prokuratorzy nadzorujący”. Dziś Biernackiemu ten prokurator nie przeszkadza, bo wojował z likwidatorami WSI, i udaje, że nie kojarzy tych faktów.

Ale prokuratura teoretycznie jest niezależna od rządu.
Śledztwa, których celem było „upolowanie” Macierewicza i nas przy okazji, rozpoczęły się, zanim jeszcze rozdzielono funkcję ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego. Myślę, że ktoś w aparacie władzy uznał po prostu, że ci ludzie dobrze się do tego nadają. Jedyną szansą na przetrwanie w prokuraturze osób tak skompromitowanych jest branie przez nich politycznych zleceń – i powierza się im je, wiedząc, że zrobią wszystko. Dlatego śledztwa, których celem jest ukaranie likwidatorów WSI, mają taką obsadę. Słyszałem o podobnym mechanizmie doboru śledczych w przypadku postępowań, których celem było „upolowanie głowy” Bogdana Święczkowskiego.

Po tym, jak powiedział Pan publicznie o próbach zastraszania przez prokuratorów, jeden z nich został odsunięty od śledztwa.
Chodzi o umorzenie śledztwa prowadzonego do niedawna przez prokuratora Krzysztofa Kucińskiego. Nie wiem, jaką przeszłość zawodową ma Kuciński, wiem tylko, że ściągnięto go z Płocka po to, by się zajął Macierewiczem i nami. Prowadził to postępowanie po tym, jak kilkunastu oficerów i agentów WSI złożyło wnioski o ściganie nas po publikacji raportu. Niestety, nie mogę o tym szerzej mówić, bo jestem zobligowany do zachowania tajemnicy śledztwa. Ale Kuciński prowadził je bez pardonu, stronniczo, z nieskrywaną podczas przesłuchań wolą ukarania wszystkich, którzy przyłożyli rękę do likwidacji WSI. Był tak zdeterminowany, że jeszcze w końcu sierpnia 2013 r. groził mi aresztem podczas przesłuchania. Te wszystkie groźby i złośliwości – czasem wręcz komiczne, np. gdy nie chciał podać tytułu śledztwa albo włączał klimatyzację mimo prośby, by tego nie robił – oraz kolejne wezwania dostarczane za pośrednictwem policji walącej do drzwi wieczorami lub w weekendy, odbieraliśmy jako słabość Kucińskiego i aparatu prokuratorskiego. Widzieliśmy, że dwoją się i troją, by sformułować jakieś zarzuty wobec nas. Ale po skardze, którą w moim imieniu złożył poseł Tomasz Kaczmarek, służący nam nieocenioną pomocą, Kuciński porzucił śledztwo, odmawiając jego dalszego prowadzenia. Po blisko siedmiu latach ich starań wszystko runęło jak domek z kart. Teraz trzeba zrobić wszystko, by akta tego śledztwa nie zostały wybrakowane, bo w przyszłości będzie można dzięki nim odsłonić mechanizmy prowokacji wobec likwidatorów WSI i Antoniego Macierewicza. Ta sprawa obnaży kulisy systemu Tuska, który wobec swoich politycznych przeciwników wykorzystuje prokuraturę i tajne służby. W tym wypadku robi to w obronie WSI.

Mówi Pan jednak o środowisku WSI, że nie są ani profesjonalni, ani samodzielni.
Bo daleki jestem od uznania wszechmocy WSI. To oczywiście groźne środowisko ze względu na to, że ostatecznie ukształtowało się w dekadzie lat 80., kiedy wojsko przejęło kontrolę nad państwem i różnego typu jego instytucjami, od MSZ po Centrale Handlu Zagranicznego i sektor bankowy. Te kadry, które uznano za „perspektywiczne”, przeszkolono na kursach GRU. To z kolei skutkowało często ich werbunkiem. W dodatku ludzie z kierownictwa WSI po 1989 r. nie byli weryfikowani i zdołali utrzymać wpływy w wielu instytucjach. WSI zaczęło więc żerować na państwie, choć uważam, że kontrolowało je odcinkowo, dzieląc się wpływami z różnego typu lobby, grupami interesów i „siostrzanymi” służbami. Ich siła i na swój sposób „profesjonalizm” wynikają więc przede wszystkich z potencjału wyniesionego z PRL, aktywów operacyjnych, w tym agentury, kontroli pieniędzy, wiedzy hakowej, związków z Sowietami i potencjalnie aktualnych więzi z Federacją Rosyjską. Opisałem to wszystko dość szczegółowo w „Długim ramieniu Moskwy”, choć liczyłem, że inni badacze pójdą w moje ślady i powstanie chociażby monografia WSI z lat 1991–2006 r. Niestety, tak się nie stało.

Przeciwnie, w mediach brylują Marek Dukaczewski i Aleksander Makowski. Występują jako eksperci od wywiadu i obrońcy… polskiej racji stanu.
Mam wrażenie, że to tragiczny finał III RP, która w desperacji sięga nawet po autorytet bezpieczniaków cywilnych i wojskowych. Oto jeden z nich – płk MO/SB Aleksander Makowski, wywodzący się z aparatu przemocy PR, a ideologicznie zanurzony w bolszewizmie – poprzez więzi rodzinne, karierę zaprogramowaną w SB, bezpośrednie związki z Sowietami, których odwiedzał „służbowo”, oraz realizowanie działań wymierzonych w Solidarność – jest przedstawiany jako autorytet podważający zasługi Macierewicza. Ten zawodowy dezinformator ujawniający bezkarnie w swoich książkach i wywiadach tajemnice związane ze współpracą z UOP i WSI, ale też bajki o tym, jak wytropił w Afganistanie Bin Ladena, był przez same WSI uznany za konfabulanta. W normalnie funkcjonującym państwie byłby rozliczony za swoją antypolską i antysolidarnościową przeszłość i uznany za człowieka niepoważnego. Zamiast tego zakolegowani z nim dziennikarze, byli pracownicy wspomnianego już „Dziennika”, opublikowali z nim wywiad rzekę. To w ogóle bardzo ciekawe, że właśnie Makowski stał się obecnie osią całej obrony WSI.

Dlaczego?
Byłem świadkiem i uczestnikiem pewnej rozgrywki w sierpniu 2006 r. Staraliśmy się odkodować operację „Kandahar”, zwaną też „Zen”, która jakoby miała służyć ochronie polskich żołnierzy w Afganistanie. Stało się to momentem zwrotnym w całym procesie likwidacji WSI. Okazało się, że nie chodziło w istocie o żadne działania wywiadowcze, tylko – jak słusznie zauważa raport Komisji Weryfikacyjnej – m.in. o wyprowadzenie potężnych kwot z pieniędzy publicznych przeznaczonych na ochronę naszych wojsk. I kiedy pewnej soboty zobaczyłem oficerów WSI ze łzami w oczach zagradzających Macierewiczowi i mnie dostęp do szafy z dokumentami Makowskiego i nerwowo wydzwaniających do ministra Sikorskiego z prośbą o interwencję, zrozumiałem, że WSI nam tego nie przepuści. Pojawiły się groźby, z grożeniem śmiercią włącznie, a minister Macierewicz i ja zaczęliśmy otrzymywać koperty z oficjalną korespondencją, w których nasze nazwiska wpisane były w coś, co przypominało nekrolog lub klepsydrę. Tak to się zaczęło. Trzeba przyznać, że przekaz tej wojny z nami jest jasny. Ale i tak ostatecznie wygramy.

Całość wywiadu w tygodniku „Gazeta Polska”
 
Kupujcie elektroniczną prenumeratę „Codziennej” „Nowego Państwa” i „Gazety Polskiej”! Pozwoli to nam uniknąć restrykcji ze strony kolporterów.