Dość proszalnego dziada

Polacy są pierwszym w historii ludzkości narodem politycznym (nie mylić z grupą etniczną), który istniał mimo braku własnego państwa.

Polacy są pierwszym w historii ludzkości narodem politycznym (nie mylić z grupą etniczną), który istniał mimo braku własnego państwa. Trwanie to i ogólnoeuropejskie oddziaływanie zawdzięczał aktywności swoich elit. Lata 1939–1956 przyniosły ich zagładę. Potężnym ciosem w odbudowujące się elity okazał się też 10 kwietnia 2010 r.

To nasz przykład w XIX w. inspirował narodowe przebudzenie innych ludów, w tym Niemców, Włochów, Węgrów, Greków, Słowaków, Słowian południowych, Białorusinów, Ukraińców i Litwinów, nawet jeśli, jak w wypadku ostatnich dwóch wymienionych, odbywało się ono w częściowym (Ukraińcy – ale tylko galicyjscy) lub pełnym (Litwini) konflikcie z nami. To zasługa naszych ówczesnych elit. Wiedziały one, czego chcą dla Polski (a nie tylko dla siebie). Były zdolne do tworzenia planów osiągania swoich celów i podejmowały ofiarne wysiłki na rzecz ich wdrożenia. Były to elity światłe, zdeterminowane, pozbawione kompleksów, przeciwnie – dumne ze swojego dziedzictwa kulturowego i przede wszystkim przekonane o tym, że polski czyn zbrojny, polityczny czy kulturowy może wpływać na rzeczywistość i ją kształtować. Były więc żądne czynu. Lata 1939–1956 przyniosły ich zagładę.

Tchórzliwy dziad

Dominujące obecnie w Polsce elity nie prowadzą polityki brzydkiej panny bez posagu, lecz politykę proszalnego dziada. Rzeczona panna zwykle wie, czego chce i dąży do celu. Umie też powiedzieć „nie” – przecież jest panną, a to tytuł honorowy. Jeśli jest roztropna, gardzi łowcami posagów. Pracuje nad powiększeniem swojego wiana, a nie trwoni resztek rodowych sreber, niedostatki urody zaś nadrabia zaletami umysłu i charakteru, a nie hasłem: „Dajcie co łaska, przecież jestem wam powolna”. To właśnie to hasło oddaje charakter obecnej polskiej polityki zagranicznej.

Polska prosi o wszystko. Prosi Unię Europejską o pieniądze na politykę wschodnią, wiedząc, że kwot innych niż symboliczne nie wyprosi. Prosi ją (czyli jej najbogatsze państwa członkowskie) o wysokie dopłaty z budżetu unijnego, czyniąc z tego główne zadanie polskiej polityki zagranicznej. (Nie żeby nie było warto, ale trzeba odróżniać cel od instrumentu jego osiągnięcia i być świadomym, że „nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch”). Prosi Rosję o wrak swojego własnego samolotu, zamiast skarżyć ją przed wszystkimi możliwymi sądami międzynarodowymi i podnosić tę sprawę pod groźbą weta oraz blokowania rozmów na wszystkich konferencjach z udziałem Polski i Rosji – czegokolwiek by one dotyczyły. Prosi ją też o pozwolenie na wpływanie do polskich portów Zalewu Wiślanego, zamiast przekopać kanał przez Mierzeję Wiślaną. Gotowa jest konsultować z nią to, czy na terytorium RP mogą, czy też nie powstać bazy wojskowe USA (np. tarcza antyrakietowa), choć Rosja budowy swoich baz na Białorusi z Polską nie konsultuje. Prosi Litwę o poszanowanie praw litewskich Polaków (czasem nawet na Litwę nakrzyczy, wszak Litwa jest mniejsza, to nawet „dziad” się odważy), zamiast przeznaczyć radykalnie większe kwoty na polską oświatę, media i życie kulturalne naszych rodaków z Wileńszczyzny. A także rozszerzyć nadawanie wszystkich głównych polskich stacji radiowych i telewizyjnych na cały kraj – tak by przeboje światowego kina trafiały na Litwę najpierw w języku polskim, zanim pojawią się po litewsku czy rosyjsku.

Polityka naiwnej dziewczyny

Obecna Polska nie tylko uniżenie prosi o jałmużnę, ale i usłuży chętnie w nadziei na zdobycie opiekuna. Milczy też, gdy „amant” nastąpi jej na odcisk, byleby się nie zniechęcił. Wesprze resetującego stosunki USA z Rosją Obamę w jego wysiłkach na rzecz podpisania z Rosją traktatu o redukcji strategicznych zbrojeń jądrowych, nie bacząc, że zaoszczędzone środki Rosja przeznaczy na zbrojenia konwencjonalne, które w odróżnieniu od atomowych też są używane.

Gdy Szwecja ogłasza, że musi podnieść swoje zdolności obronne na wypadek rosyjskiej agresji, a Estonia deklaruje, że w razie próby podboju będzie toczyła wojnę partyzancką, Polska boi się nawet sama sobie odpowiedzieć na pytanie o to, kto jest potencjalnym nieprzyjacielem. Na życzenie Zachodu uzna natomiast Kosowo, choćby Ukraina i Gruzja prosiły, by tego nie czynić. Zaprosi do Warszawy na spotkanie z Barackiem Obamą prezydent tego kraju, mimo że oznacza to brak obecności prezydentów Rumunii i Gruzji, stokroć dla Polski ważniejszych od Kosowa. Poprze u boku Niemiec i Francji wezwanie, jakie wystosował Obama do Izraela – jednego z sojuszników USA – by ten zrezygnował ze swojej integralności terytorialnej, choć przecież sama też jest sojusznikiem Waszyngtonu i powinien to być dla niej precedens nie do przyjęcia. Poprze francuskie akcje wojskowe w Czarnej Afryce, mimo że Francja sprzedaje Rosji nowoczesną broń i mimo że to Paryż zablokował obecność Polski na szczytach Eurogrupy. Zgodzi się na płytko wkopaną rurę gazową u wejścia do portów w Szczecinie i Świnoujściu, uzyskawszy ustne zapewnienie, że jak będzie trzeba, to Niemcy i Rosjanie głębiej ją zakopią. Wysupła 6,27 mld euro na stabilizację strefy euro (niczym nieroztropna dziewczyna na „ślubne ubranie dla kawalera”), nie otrzymując w zamian nie tylko głosu stanowiącego, ale nawet miejsca stałego obserwatora na szczytach Eurogrupy.

Nie zawsze tak było

Za czasów śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego Polska nie prosiła o wsparcie swojej polityki wschodniej w konflikcie o rosyjskie embargo, tylko wsparcie to na UE wymusiła. Nie prosiła o rosyjskie pozwolenie na amerykańską tarczę. Nie ograniczyła się do retorycznego potępienia rosyjskiego hakerskiego ataku na Estonię w 2007 r., tylko udostępniła instytucjom państwa estońskiego strony internetowe Kancelarii Prezydenta RP. Nie apelowała do UE, by ratowała Gruzję, tylko zorganizowała koalicję pięciu państw Europy Środkowej i stanęła na jej czele. Złamała niekorzystną dla niej decyzję lizbońską, odkładając jej wejście w życie de facto o 10 lat, a zatem zmuszając UE do nowej rozgrywki o jej kształt (Pisałem o tym w „GPC” 4–6 stycznia 2014), nie zapraszała obcych służb mundurowych do egzekwowania prawa w Polsce, tylko rozwiązała spenetrowaną przez wywiad rosyjski WSI, nie wrzucała miliardów w „basen narodowy” ani w lotnisko, z którego uciekają przewoźnicy, tylko zaryzykowała je dla powstrzymania rosyjskiej ekspansji energetycznej na Litwie. Wiedziała, czego chce. Umiała powiedzieć „nie” możnym tego świata i gotowa była na ryzyko dla osiągania celów, które uznawała za słuszne.

Brakuje nam ich

Brakuje nam dziś nie tylko prezydenta, który zamiast „pilnować żyrandoli” w sytuacji rewolucji u najważniejszego sąsiada Polski – kryzysu, który być może zadecyduje na dekady o geopolitycznym otoczeniu Rzeczypospolitej, zabrałby głos w orędziu do narodu. Nie w bezbarwnym wystąpieniu, ogólnie poprawnym i nikogo niedrażniącym, lecz z wyjaśnieniem rzeszom obywateli z pozycji powagi urzędu prezydenckiego, interesów Polski w tej sytuacji. Doprowadziłby do rozwiania obaw i strachów, które w myśl scenariuszy pisanych na Kremlu są w kraju podniecane, z określeniem celów państwa polskiego i z wezwaniem obywateli do wysiłku na rzecz ich osiągnięcia. Brakuje nam też innych, którzy zginęli – szefa NBP, który wspierałby finansowanie priorytetów polskiej polityki zagranicznej, a nie jej gestów symbolicznych, szefa IPN u, który uruchomiłby stosowną akcję informacyjną na niwie historycznej, rzecznika praw obywatelskich, który zwołałby konferencję swoich odpowiedników z państw sąsiednich – w tym z Ukrainy i naciskał w ten sposób na reżim Janukowycza. Brakuje nam odnowionego ducha dawnych elit polskich, który tchnąłby w zmurszałe struktury aparatu naszego państwa wiarę we własne siły, zdolność poszukiwania samodzielnych rozwiązań i wolę działania.

 

 



Źródło:

Przemysław Żurawski vel Grajewski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo