Zęby Smoka

  

Prof. Krzysztof Szwagrzyk uhonorowany został właśnie przez „Gazetę Polską” tytułem Człowieka Roku 2013. Przedtem otrzymał nagrody „Do Rzeczy” i „wSieci”. Najpoważniejsze tygodniki niezależne, które na co dzień wadzą się i spierają, okazały się jednomyślne w uznaniu wagi prac ekshumacyjnych prowadzonych na tzw. Łączce, na warszawskich Powązkach.

W sierpniu ubiegłego roku po tym, jak zidentyfikowano szczątki Hieronima Dekutowskiego „Zapory” i Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki”, łódzki poeta i literaturoznawca Przemysław Dakowicz napisał: „Bo »Łączka« to Polska. Bo Polska to »Łączka«”.
Czyżby?! Nie trzeba być zaraz wielbicielem TVN-u, żeby uznać to utożsamienie za niedorzeczne. Przecież Polska jest znacznie rozleglejsza niż Łączka, tyleż przestrzennie, co czasowo. Polska rozciąga się od Bałtyku po Tatry, historią sięga w głąb na dziesięć stuleci, o wiele dalej niż do lat czterdziestych ubiegłego wieku. Żyje dniem dzisiejszym, nie cmentarną archeologią. Czym naprawdę jest, w jednym zdaniu nie sposób powiedzieć. Dlaczego miałaby być akurat Łączką?

Pęknięta Polska
Może dlatego, że to tam, na Łączce, tkwi gordyjski węzeł współczesnej polskiej świadomości, to straszne splątanie bezprzykładnego heroizmu i haniebnej zdrady, zapomniane, wyparte, zalane asfaltem, bo zbyt trudne, aby je pojąć i zaakceptować, ogarnąć myślą, rozważyć w sumieniu?
To wtedy, gdy tamtejsze doły zapełniano ciałami bohaterów podziemia, Polska pękła na pół. Nie w czasie wojny, gdy rozszarpali ją dwaj okupanci i nie wskutek Okrągłego Stołu, ani tym bardziej – katastrofy smoleńskiej. Wówczas, gdy jedni Polacy torturowali, mordowali i cichcem, o zmroku, zakopywali innych, gdy rodziny jednych szalały z rozpaczy, tęsknoty i bólu, a inne rodziny nie chciały tego jęku słyszeć, by cieszyć się spokojem w „małym mieszkanku na Mariensztacie” albo co gorsza szydzić z „zaplutych karłów reakcji” – to wtedy właśnie zniszczona została narodowa wspólnota losu. Przez następne siedemdziesiąt lat nie udało się jej odtworzyć. I nadal się nie uda, dopóki nie stawimy czoła prawdzie, zagrzebanej na Łączce. Bo tam właśnie bije ciemne źródło strumienia, który przeciął PRL i III RP. Rozdzielił tych, którzy wylegali na ulice w Czerwcu’56 i Grudniu’70, od tych, którzy strzelali do tłumu. Działaczy Solidarności od popleczników stanu wojennego, „lud smoleński” od „resortowych dzieci”.

Dlatego młot pneumatyczny, którym zespół prof. Szwagrzyka rozłupał nawierzchnię powązkowskich alejek, był jak skalpel rozcinający najboleśniejszy wrzód polskiej duszy. Pisał Dakowicz: „Wysiłek podjęty przez ekipę badaczy, której przewodzi profesor Krzysztof Szwagrzyk, ma wymiar nie tylko historyczny, ale także etyczny. Rekonstruujemy nie tylko pamięć i tożsamość, odzyskujemy także zdolność jednoznacznej oceny moralnej »czynów i rozmów« – jeśli nazywamy Stanisława Kasznicę, Hieronima Dekutowskiego, Zygmunta Szendzielarza, Witolda Pileckiego, Łukasza Cieplińskiego i innych bohaterami, to tych, którzy doprowadzili do ich uwięzienia, śmierci i hańbiącego pochówku, musimy uznać za oprawców, przestępców i przeniewierców. Przywracanie tożsamości bezimiennym szczątkom oznacza zatem także zdarcie masek z twarzy tych, którzy przez dziesięciolecia podawali się za patriotów i »zbawców ojczyzny«. […] Czy będziemy jednak w stanie sprostać temu wyzwaniu, przed którym stawia nas nasza własna przeszłość? Czy zdołamy doprowadzić do końca proces rekonstruowania naszej zgruchotanej tożsamości?”.

„Wejdźcie mi w krew, cienie”
Antygona, która w tradycji europejskiej patronuje boskiemu prawu do godnego pogrzebu, urodziła się w Tebach. Ich założycielem był Kadmos, który – aby zapewnić miastu dostęp do wody – zabił smoka stojącego na straży pobliskiego źródła. Za radą Ateny wyrwał mu zęby i posiał je w ziemi. Wyrosło z nich plemię wojowników, protoplastów szlachetnych rodów tebańskich.

Smok, który strzegł źródła polskiej niepodległości został zabity i zakopany na Łączce. Ludzie małej wiary sądzili, że zniknął bez śladu. Był jednak zbyt potężny, by dać się bez reszty unicestwić. I oto, po latach, z jego zębów wyrośli wojownicy. Walczą z narodową amnezją. Krzewią mit Żołnierzy Wyklętych. Grzebią zmarłych w ich własnych grobach. Restaurują pamięć o nich, tak jak czyni to Dakowicz, który wydał niedawno w Wydawnictwie Arcana tomik poetycki pt. „Łączka”.

Te przejmujące wiersze wywołują z mroku cienie pomordowanych. Lokują je w potoku czasu, w którym cierpienie „Zapory”, „Odyńca”, „Żelaznego” poprzedza kaźń Łukasińskiego, samobójstwo Witkacego, profanacja grobu, w którym pochowany został Ossendowski. Przede wszystkim jednak konfrontują nas z naszą własną zakłamaną świadomością: „A potem pokolenia tych, co żyją bez pamięci, bo pamięć im zabrano, bo w czyimś interesie było powstrzymać ciąg obrazów. Wchodzące w pustkę, badające rękami przestrzeń, którą wypełnia powietrze, stawiające kroki w ciemności, po omacku wykrzykujące: »tam nic nie ma, nic nie ma«.”

Nieprawda. Tam ukryta jest nasza zmasakrowana, bolesna, zapomniana tożsamość. I Dakowicz, urodzony w 1977 r., bierze na siebie obowiązki „nocnego stróża” pamięci przedtem zdradzonej, o czym bezlitośnie przypomina wiersz „Czesław Miłosz i Jerzy Andrzejewski piszą scenariusz i wyglądają przez okno”. Pora tę winę odkupić, krzywdzie zadośćuczynić: „Przygarniam was, przygarniam bezimienni. Niech was ogrzeje oddech żywego. Oddaję wam mój głos. Wejdźcie mi w krew, Cienie”. Ponieważ „śnieg skrywa ziemię / biała karta / na głosach leży / na wołaniu / więc wiara złudna / śmieszna wiara / że nie ma / że się nie zdarzyło”.

„Dom, który nade mną w Tobie rośnie”
Poprzedni tomik Dakowicza pt. „Teoria wiersza polskiego” otwierał gorzki wiersz „Jeszcze nowsze Ateny”, którego pointę stanowiła konstatacja: „jesteśmy Popaprańcy Boży w drodze do Domu, którego Nie Ma”. Lektura „Łączki” każe myśleć inaczej. Dom jest osiągalny, chociaż za cenę udręki w wędrówce po śladach pamięci: „A przecie szedłem / w całunowej bieli, w wieczornym kirze, / z lampką pamiętania w kwaterę brata / mego, w moje własne leże, w pielesze / zimne, zmarzlinami skute, w dół śmiechu, / w dom ten bezdomny, w zapomnienia ściany. / […] A brata miałem, bracia, szalonego brata, / co życie postawił na szali i życie przegrał, / ale je ocalił, a będąc martwy żył i wołał / gromko, bym bieżał, pędził, szukał go / po zmroku, wstrząsany łkaniem, z solą / w krwawym oku”.

Tak. Znamy to braterskie wołanie, słyszeliśmy je od ponad siedemdziesięciu lat, od kiedy Tadeusz Gajcy napisał poemat „Do potomnego”: „Nie żebym uląkł się lub płakał, / nie żebym czekał już skazany / na trwałość kruchą – szukam w gwiazdach / zarysu twego. Między nami / jak dłonie dwie złączone są / pamięci nasze i miłości, / a jeden tylko wspólny dom, / który nade mną w tobie rośnie”.

Owszem, wreszcie rośnie. Szwagrzyk i Dakowicz położyli fundamenty. Pora wznosić ściany.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl