W Polsce trwa wojna. Wojna to jak wiadomo przedłużenie polityki za pomocą siły. W naszym wypadku stosowana jest przede wszystkim siła propagandy, siła instytucjonalna, przemoc ekonomiczna, przemoc symboliczna i przemoc wynikająca z kontroli środowiskowej, wreszcie – jak na razie jeszcze znacznie rzadziej – także przemoc fizyczna. Mamy z nią do czynienia w wypadku brania siłą przez władzę jeńców, chociażby niegrzecznych kibiców (nie mam na myśli stadionowej łobuzerii) czy internautów oraz wtedy, gdy władza ucieka się do ulicznych prowokacji, z czym mamy już regularnie do czynienia w Święto Niepodległości.

Ta wojna dzieli Polaków, na tych właściwych, „nowoczesnych” i tych, których należy się wstydzić, na tych, którzy mają dostęp do zasobów publicznych, stanowisk, źródeł informacji, i tych, którym się tego odmawia, drwiąc z ich bezradności. Podziały dotyczą rodzin, środowisk zawodowych, wspólnot lokalnych, kolegów i przyjaciół. Jedni, jak władza i „cywilizowana” opozycja (głównie SLD, ale także inni – byleby wrogo nastawieni wobec PiS‑u) mają swobodny dostęp do publicznego majątku i instytucji, ale także np. do najpotężniejszych prywatnych mediów; innym – przede wszystkim to Prawo i Sprawiedliwość, największa partia opozycyjna, a według sondaży także opcja polityczna znajdująca największe poparcie wśród Polaków – odmawia się prawa do cywilizowanego funkcjonowania we współczesnej Polsce. Nie pozwala się im na przykład wynająć za własne środki sali w pałacu Staszica czy w zakładach Rawar, przesłuchuje się ich w mediach i nieustannie, kłamliwie „formatuje”. PiS, jako cel tej wojny, ma być obciachowy z definicji, z automatu, trędowaty, taki, z którym nikt porządny nie ma nic wspólnego. Chodzi o to, by – gdy padnie pytanie o argumenty – odpowiedzią było: „bo to jest takie pisowskie”. I nic więcej. Żadnej rozmowy, żadnych debat. Bo to „więcej” może oznaczać początek racjonalnego myślenia, wątpliwości, może po prostu być zbyt niebezpieczne. Jak to z myśleniem na prawdziwej wojnie…

Zło jako metoda wojenna

Zresztą taką wojnę, trzeba to uczciwie przyznać, od dawna obiecywano. Jawnie zapowiadano. Tylko nie chcieliśmy w to uwierzyć. Wydawało się, że żyjemy w cywilizowanych czasach, w spokojnym, demokratycznym kraju. I nikomu nie przyjdą na serio do głowy nowe, brutalne standardy rozwiązywania spraw międzyludzkich za pomocą systematycznego niszczenia i odbierania praw obywatelskich, kulturowych i ekonomicznych. A przecież wystarczyło dobrze słuchać: Donald Tusk w wywiadzie dla „GW” przeprowadzonym przez panie Kublik i Olejnik w styczniu 2006 r., a więc raptem po kilku tygodniach rządów PiS‑u, mówił: „Jak ktoś się wychował na podwórku, to dobrze wie, że kluczowe znaczenie ma to, kto pierwszy uderzy”, i dodaje: „Trzeba by wypowiedzieć obywatelskie posłuszeństwo”, a usłużne dziennikarki dopytują: „Ludzi wyprowadzić na ulicę?”. Lider ówczesnej opozycji nie zaprzecza… Już jako premier szybko stworzył system, który „uderzył”. Niczym nowy Jaruzelski rozpoczął wojnę z tymi rodakami, którzy myślą inaczej. Wojnę na wyniszczenie. Wojnę, w której druga strona ma po prostu przestać istnieć. Ot tak, po prostu. Bo jak można żyć „w jednym kraju” z wiochą, moherami i pisiorami… Wojnę, w której nie ma miejsca w sferze publicznej dla „innych”, dla „nie naszych”. Nie ma prawa do pomnika, do rządowej renty, do zorganizowania konferencji naukowej czy wynajęcia sali na niewłaściwy odczyt… Minister rządu PO nawoływał wprost do „dorżnięcia watahy”, przez sześć lat rządów główną socjotechniką rządzenia było mobilizowanie Polaków wokół ZŁA, propagandowo przypisanego, przyspawanego na stałe do głównej siły opozycyjnej, która miała zostać wypchnięta w ten sposób poza granice „cywilizacji”. W tym celu uruchomiono potężny przemysł pogardy, zaprzęgnięto kłamstwo, oszczerstwo i czyste zło, do walki politycznej „na śmierć i życie”. Bo śmierć też już była: zwolennik i były członek PO zabił pana Marka Rosiaka, pracownika biura PiS‑u w Łodzi. Zabił z nienawiści, niejako w zastępstwie za lidera opozycji, którego nie mógł dosięgnąć.

Dla kogo śmierć?

Całkiem niedawno premier polskiego rządu w kolejnym agresywnym przemówieniu stwierdził przecież wprost, że jest gotowy do dalszej walki „na śmierć i życie”. Czyli, przepraszam, dla kogo ta śmierć? Tak lekko licząc dla tych paru milionów Polaków, którzy głosują na PiS, albo może dla tych kilkunastu milionów, którzy wg sondaży mają dość premiera Tuska i jego rządu? Dla tych z górą czterech milionów Polaków, dla których nie ma pracy w państwie kierowanym przez PO i siedzą na bezrobociu albo szukają szczęścia za granicą? Używanie zła w polityce, o czym wiedzą spece od marketingu politycznego, bywa niestety skuteczne. Ale skuteczne jedynie w zdobyciu i utrzymywaniu władzy. A nie w rozwiązywaniu ludzkich spraw i czynieniu dobra publicznego, do czego polityka służyć powinna. Trzeba to jasno powiedzieć: zło używane w życiu publicznym, dla utrzymywania władzy, strukturalnie niejako uniemożliwia realizację głównego celu, dla którego wybieramy w demokracji polityków do reprezentowania społeczeństwa i właściwego kierowania naszym życiem społecznym i gospodarczym, tak by najlepiej realizować interes ogólny. Można za pomocą słynnego kłamliwego „spotu zła”, przedstawiającego zwolenników PiS‑u jako troglodytów, utrzymać się przy władzy w wyborach roku 2011. Można za pomocą manipulacji medialnych, łamania standardów etycznych Rady Europy i polskiego prawa, obniżyć skutecznie frekwencję w referendum warszawskim, ale te same techniki i ci sami ludzie wynajęci do ich bezwzględnego stosowania na politycznym placu boju nie nadają się do racjonalnego programowania i realizacji polityk społecznych i gospodarczych, do prowadzenia polityki w imię dobra ogólnego, rozwiązywania trudnych spraw systemu zdrowia, systemu emerytalnego, gospodarki czy edukacji. Potrzebne są tu inne zasoby i kompetencje. Zresztą polityka wojenna, odwołująca się do manipulacji złem, jest tu nawet szczególnie przeciwskuteczna, gdyż na ogół niszczy i ogranicza owe potrzebne w polityce, nakierowanej na dobro wspólne, zasoby i kompetencje. Na przykład opiera się na grupach interesów, które Andrzej Zybertowicz nazwał kiedyś antyrozwojowymi. A więc, niejako z definicji, niezdolnych do realizacji dobra wspólnego.

Wojna sprawiedliwa?

Trzeba też przyznać, że liczne grono prorządowych intelektualistów od lat trudni się uzasadnianiem celowości i moralnych podstaw prowadzenia przez obecne polskie władze wojny z opozycją polityczną i milionami jej zwolenników. Liczni profesorowie, publicyści, artyści i celebryci dowodzą głębokich racji uzasadniających prowadzenie wyniszczającej wojny toczonej ze znaczną częścią Polaków. Niektórzy z nich piastują rozmaite rządowe funkcje i są opłacani przez establishment, ale nie przeszkadza im to uczestniczyć w owej wojnie na płaszczyźnie, powiedzmy, intelektualnej. Formułowane są więc całkiem poważnie tezy o antysystemowości największej polskiej partii opozycyjnej, o dwóch Polskach, z których ta druga jest skazana na wymarcie. Wielokrotnie słyszeliśmy o motłochu i faszystach (ilu nas jest, tych brunatnych: trzy, cztery miliony?). No i o tym, że z takimi się nie dyskutuje, co zresztą niektórzy rządowi profesorowie wprowadzają w czyn na konferencjach naukowych, odmawiając dyskusji z akademikami o niewłaściwych poglądach; a niektórzy artyści odmawiają z kolei udziału w niewłaściwych (też faszystowskich?) filmach. My, według nich, mamy przestać istnieć, wyjechać gdzieś z „tego kraju” (na Madagaskar?), samoanihilować się, nie przeszkadzać w dalszym, owocnym procesie modernizacji państwa….

W naukach społecznych istnieje pojęcie wojny sprawiedliwej. Ta wywołana przez ekipę Tuska jest, według establishmentowych interpretatorów, właśnie wojną jak najbardziej sprawiedliwą, bo to przecież wojna z prowincjonalnym ciemnogrodem i kruchtą, z nienormalnością i rasizmem. A w takiej wojnie, bardzo sprawiedliwej, przeciwnik ma przecież przestać istnieć, jeńców się nie bierze, a bezwartościowy motłoch wyrzyna w pień, łącznie z kobietami, starcami i dziećmi (ze szczególnym uwzględnieniem sześciolatków i przyszłych emerytów). Dorobek i twórcy intelektualnego zaplecza tej wojny ekipy Donalda Tuska z własnym społeczeństwem przejdą do historii polskiej inteligencji jako jedna z najczarniejszych jej kart.

Wojenne sojusze

W każdej wojnie istotne znaczenie ma stworzenie odpowiedniej koalicji. Aby wygrać wojnę domową, zwłaszcza gdy nie ma się mocnych argumentów natury merytorycznej, należy rozejrzeć się za mocnymi sojusznikami. Upleść sieć mocnych grup interesów. Z tego punktu widzenia cytowany na początku tego teksu wywiad w „GW” jest nad wyraz symboliczny. Bo to przecież to medium, wywodzące się z tradycji demokratycznej opozycji, jako pierwsze zaczęło budować rozmaite kładki, mosty i sojusze z postkomunistami, najpierw wokół idei antydekomunizacji i antylustracji, a wkrótce także (a może zresztą kolejność była odwrotna?) wokół twardych interesów ekonomicznych, starej i nowej nomenklatury. I tą drogą szybko podążył, zachęcany zresztą przez środowisko GW, „Polityki” i resztę tzw. salonu (zgodnie z hasłem „Tusku, musisz!”), lider PO ze swoją ekipą. W celu prowadzenia wojny zbudowano potężny sojusz postkomunistycznych i transformacyjnych grup interesów (te zbiory zresztą w znacznej mierze się pokrywają). Powstał, jak trafnie diagnozuje to w swojej ostatniej książce prof. Andrzej Zybertowicz, wielopiętrowy system klientelistyczny. Dodatkowo, dobrze służący trzeciemu sojusznikowi owej koalicji, jakimi są najmocniejsi w naszym sąsiedztwie gracze zagraniczni. To oni dyktują nam wciąż najwyższe w Europie (z wyjątkiem Macedonii) ceny gazu (mimo że rząd premiera Tuska miał możliwość szybszej dywersyfikacji dostaw tego surowca), to oni zachowali swoje stocznie, gdy nasze zostały przez obecną władzę doprowadzone do likwidacji, to oni, jako wykonawcy inwestycyjni korzystają z „naszych” funduszy europejskich, naszego rynku i polskich poddostawców. To oni też grożą odcięciem źródeł surowców i obniżeniem ratingów w wypadku zmiany w Polsce rządu na bardziej samodzielny.

Ten potężny sojusz stworzony do walki z własnym społeczeństwem bardzo sprawnie zinstytucjonalizowano na wielu płaszczyznach. Instytucje państwowe, „zaprzyjaźnione” instytucje prywatne i zagraniczne nastawiono na cele wojenne. Rządzenie polegające na dążeniu do rozwiązywania społecznych problemów jakoś w Polsce pod rządami PO się nie przyjęło. Celem głównym była i jest wojna, bo ona zapewnia władzę. Służą do tego przede wszystkim usłużne wobec establishmentu media, w których wpływy obu sojuszników obecnej władzy, tj. postkomuny i kapitału zagranicznego, są dominujące. Ten swoisty sojusz instytucjonalno-propagandowy jest już od dawna zupełnie otwarty i cały czas doskonalony. Ostatnio, w zażartej wojnie o warszawskie referendum innowacyjnie połączono siły prorządowych mediów, samorządowych urzędników i usłużnych ośrodków badania opinii publicznej (skłonnych przeprowadzić „badania” na każdy, nawet najbardziej bezsensowny poznawczo, ale przydatny propagandowo temat) i – najprawdopodobniej – skutecznie zniechęcono wielu warszawiaków do zachowań obywatelskich. Ten zblatowany sojusz, wbrew oczywistym standardom demokracji, wsparły zresztą także apelami o bojkot referendum najwyższe osoby w państwie. A języczkiem u wagi był, jak się wydaje, zachęcony do bierności elektorat postkomunistyczny. Nowa i stara „elita” dowiodły swoistego „braterstwa krwi”, choć akurat wiele krwi to ich nie kosztowało… dowiodły raczej, że wciąż są w stanie wspólnie uratować własną skórę. Od dawna wiedzą, że w gruncie rzeczy jadą na tym samym wózku. I lojalnie służą sobie nawzajem. W mediach i nie tylko. Niedawno opublikowane „Resortowe dzieci” potwierdzają tę smutną konstatację. Bezczelność kłamstw i manipulacji medialnych w TVN-ie, „GW” czy TVP Info, i nie tylko, dawno już przekroczyły wszelkie standardy przyzwoitości. Dodatkowo, prawie nikt nie stara się już walczyć z tym przemysłem kłamstwa, gdyż przeciętny obywatel, a nawet duża partia opozycyjna nie ma na to czasu i zasobów, a stan polskiego wymiaru sprawiedliwości skutecznie odstrasza od wszelkich prób ubiegania się o demokratyczny ład i sprawiedliwość. Żyjemy w medialnej, mainstreamowej dziczy i nie jesteśmy w stanie wiele zmienić w tej dziedzinie. Red. Barbara Czajkowska w godzinnej rozmowie z Jerzym Owsiakiem, w kontekście wyników sondaży wyborczych, martwi się otwarcie, że – cytuję z pamięci – „grozi nam powrót facetów w czerni”. Cóż to za retoryka, cóż to za misja telewizji publicznej?

Rzeczpospolita wojenna

Rzadko uświadamiamy sobie banalną prawdę, że rząd obecnego premiera Polski nie utrzymałby się ani sekundy dłużej, gdyby nagle opuściły go media i ich ulubieńcem został – powiedzmy – lider opozycji. Ani sekundy. Cóż to za rząd? Cóż to za legitymacja do rządzenia, która opiera się tylko na propagandowej przemocy? No ale żeby tę legitymację utrzymać, potrzebna jest właśnie owa przemoc, potrzebna jest wojna. A przecież w obecnej sytuacji po stronie władzy walczy także cała sieć innych instytucji: usłużne sądy, wyznaczające rozprawy zgodnie z zamówieniem właściwej opcji politycznej, i prokuratura, udostępniająca w odpowiednim czasie, oczywiście całkowicie przypadkowo, dokumenty z ważnych śledztw; spółki skarbu państwa, w których posady traktowane są jak łapówki; wielotysięczne urzędnicze armie zdolne sabotować wszelkie prawa demokratycznej opozycji, w tym także demokratyczne procedury głosowań; rektorzy wyższych uczelni ścigający niepokornych profesorów itd., itp. Ilu urzędników boi się o swoją posadę i nie pójdzie na referendum organizowane przez opozycję, ilu dyrektorów szkół nie zaprotestuje przeciwko idiotycznym „reformom” oświatowym, ilu prywatnych przedsiębiorców wystrzega się jakichkolwiek kontaktów z opozycją, bo zostaną naznaczeni „upolitycznieniem” (co oczywiście nie grozi w wypadku kontaktów z władzą). System pilnuje okopów, dba o sterylność: wolność dla naszych, inni precz! Oto podstawowe cele i zadania instytucji III RP. Rzeczpospolitej wojennej.

Będący pierwszą częścią tekst o „wojnie w III RP” autorstwa Piotra Glińskiego ukazał się w weekendowej "Gazecie Polskiej Codziennie". Drugą znajdą Państwo w poniedziałkowej „Codziennej”.