Zaniżone pensje Polaków

  

Gdy na tegorocznym Forum Ekonomicznym w Krynicy Jarosław Kaczyński mówił o za niskich płacach w Polsce, uznano jego wypowiedź przynajmniej za niestosowną. Powiedzenie prawdy prosto w oczy biznesowym i politycznym elitom popsuło im humor: zbyt mocno kłóci się to z sielankowym obrazem zielonej wyspy i psuje dobre samopoczucie piewcom rodzimej transformacji. Rzecz w tym, że prezes Prawa i Sprawiedliwości nie jest już w swoim poglądzie odosobniony.

Jesienią tego roku na problem niskich płac, które ciągną w dół polską gospodarkę, zwrócił uwagę Eryk Stankunowicz, zastępca redaktora naczelnego polskiej edycji „Forbesa”. Przede wszystkim wskazywał na fakt, że w Polsce wciąż rośnie różnica między wydajnością pracy a jej kosztami.

Nieprzekraczalna bariera

Wydajność Polaków jest coraz większa m.in. dlatego, że musimy coraz więcej lub dłużej pracować, by zarobki mogły pokryć stale rosnące koszty życia. Równocześnie polskie pensje stoją w miejscu, co de facto oznacza obniżkę ich wartości. Więcej nawet. Jak wynika z niedawnych badań Busometr, przeprowadzonych przez Dom Badawczy Maison, 13 proc. firm planuje w nadchodzącym roku obniżki zarobków. Poza tym 21 proc. badanych firm w przyszłym roku planuje zwolnienia, z tego 6 proc. zamierza przeprowadzić zwolnienia grupowe. Tylko 16 proc. pracodawców deklaruje chęć tworzenia nowych miejsc pracy.

Podczas przemówienia na Marszu Wolności, Solidarności i Niepodległości Jarosław Kaczyński dał negatywną odpowiedź na pytanie, czy Polska jest dziś sprawiedliwym krajem. Wskazał m.in. na problem niskich płac, łamanie prawa pracy i brak ochrony pracowników. Jak zwykle w komentarzach na temat tego wystąpienia rozległy się oskarżenia o kryptosocjalizm. Obawiam się, że część dogmatycznych miłośników skrajnego liberalizmu nigdy nie zrozumie, że dobrobyt społeczny zakłada nie tylko nieodzowną przecież efektywność mechanizmów rynkowych, ale także zdolność do zabezpieczenia interesów pracowników w skali powszechnej. Troska o zarobki milionów Polaków przekłada się na kwestię dobrostanu ich rodzin, lokalnych wspólnot, także małych i średnich przedsiębiorstw, których rozwój zależy od tego, ile możemy wydać na codzienną konsumpcję, na elementarne dobra umożliwiające sprawne funkcjonowanie społeczne. Bo próg finansowy jest dziś najbardziej efektywną i często nieprzekraczalną barierą decydującą o jakości życia polskich rodzin. Przedsiębiorcy powinni zrozumieć, że kosztem utrzymania taniego pracownika jest... utrata zamożniejszego klienta.

Tania siła w kolonii

Jest jeszcze jedna sprawa, o której trzeba powiedzieć. Ujmując rzecz w publicystycznym skrócie, niskimi pensjami płacimy za neokolonialny model rozwoju III Rzeczypospolitej. Nie miejmy złudzeń – albo nasza klasa polityczna zdecyduje się na aktywność na miarę premiera Węgier Viktora Orbána, albo będziemy dziesięcioleciami podążali tymi koleinami, słysząc raz po raz, że tylko bardziej wytężoną pracą dogonimy Zachód. Nieprawda. Nigdy nie dogonimy Zachodu, czy mówiąc ściśle – poziomu materialnego dobrobytu Niemiec, krajów Skandynawii, Beneluksu, Wielkiej Brytanii czy Francji, jeśli nadal będziemy godzili się na rabunkową gospodarkę właśnie względem polskich pracowników. Podam drobny przykład. Najprawdopodobniej w marcu 2014 r. w Polsce stanie fabryka Volkswagena. Ma zatrudniać ok. 3 tys. osób. Rzecz w tym, że ich zarobki będą najprawdopodobniej około trzech czwartych niższe niż płace ich kolegów w niemieckich fabrykach tego koncernu. Ta dysproporcja nie wynika bynajmniej z faktów, że tak znaczące są różnice w kosztach życia po obu stronach Odry, lecz z tego, że zagraniczny kapitał dyktuje nam warunki, ponieważ wie, że spotka się u nas ze słabym naciskiem klasy politycznej, związków zawodowych i przyzwoleniem społecznym. Bo wyobrażam sobie, że miasto, w którym stanie fabryka samochodów, nie bez powodu uzna to za gwiazdkę z nieba...

W niedawnym wywiadzie dla tygodnika internetowego „Nowa Konfederacja” profesor ekonomii Mieczysław Kabaj, ekspert do spraw rynku pracy, mówił, że niskie wynagrodzenia są jedną z głównych przyczyn emigracji zarobkowej obywateli III RP. Jak dodawał: „Płace w Polsce są bardzo zaniżone w stosunku do wzrostu produktywności, PKB na mieszkańca, zysków przedsiębiorstw. Zakłada się, że wynagrodzenia powinny rosnąć proporcjonalnie do wzrostu produktywności – gdyby tak było, to biorąc pod uwagę zmiany od 2001 r., w roku 2011 przeciętne wynagrodzenie wyniosłoby nie 3400, lecz 4660 zł. Jedynym usprawiedliwieniem dla luki między wzrostem produktywności a wzrostem płac byłoby inwestowanie przez przedsiębiorców w rozwój firm. Ale tak się nie dzieje”.

Oligarchowie i lud

Co to oznacza w praktyce? Po pierwsze, że majątek wypracowywany przez Polaków pozwala przede wszystkim na luksusowe życie wąskiej elity biznesowej, podczas gdy większość społeczeństwa ubożeje – co przekłada się na rosnące rozwarstwienie społeczno-ekonomiczne. Po drugie, że znaczna część wypracowanego przez Polaków kapitału jest transferowana za granicę. Trudno mieć jednak o to pretensję, jako że nie mamy własnych silnych struktur biznesowych, lecz patologiczne, wyrosłe jeszcze w epoce uwłaszczenia nomenklatury. Po trzecie, oznacza to, że mało środków możemy inwestować w dobrobyt własnego państwa i społeczeństwa, nie tylko z winy niskiego popytu wewnętrznego, ale także dlatego, że mizerny jest strumień podatków odprowadzanych do budżetu. A w takiej sytuacji nie ma komu stymulować ożywienia gospodarczego, co ponownie pogłębia naszą zależność od kapitału zagranicznego.

Procesy, które u nas zachodzą, związane z niskimi płacami, to niezwykłe wprost dążenie klasy politycznej i biznesowej oligarchii do ograniczenia klasy średniej do nielicznej, wielkomiejskiej elity. Zmierzamy do modelu społeczeństwa dwuklasowego. Z jednej strony są to spauperyzowane, słabo wykształcone szerokie masy, które będą musiały pocieszyć się faktem, że stać ich na nieco większy dobrobyt niż ich rodziców/dziadków w PRL (choć prognozy przyszłych emerytur i tę perspektywę czynią wątpliwą). Na drugim biegunie będzie oligarchia, uprzywilejowana nie tylko ekonomicznie, ale także kulturowo i politycznie.

To nie jest z pewnością Polska, o której marzyło pokolenie pierwszej Solidarności. Ale nie jest to także kraj, który długofalowo może prowadzić suwerenną politykę wewnętrzną i zewnętrzną. Nie można być równocześnie peryferyjnym, wyludniającym się państewkiem na wschodnich rubieżach Europy i budować silną pozycję geopolityczną. Nazwijmy rzecz po imieniu: neokolonialna Polska niskich płac to kraj bez jakiejkolwiek sensownej przyszłości. To smutne, ale prawdziwe.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

     
Źródło: Gazeta Polska Codziennie

Wczytuję komentarze...

  

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

     
Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | Gazeta Polska Podcasts