Piotrowicz odpowiada Sekielskiemu: Nie byłem prokuratorem stanu wojennego

  

Wstydzę się, że należałem do PZPR u i nie zachowałem się w tamtym czasie heroicznie. Mogłem odmówić wstąpienia do partii i zostać niedopuszczony do egzaminu prokuratorskiego - mówi w rozmowie z Samuelem Pereira prokurator, poseł Prawa i Sprawiedliwości Stanisław Piotrowicz. Wywiad ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie".


Dziennikarz TVP w swoim programie poświęcił Panu – jako wiceprzewodniczącemu zespołu smoleńskiego – sporo uwagi. Jak wyglądała pańska rozmowa z Tomaszem Sekielskim?

W sobotę albo w niedzielę zadzwoniła do mnie do domu dziennikarka. Mówiła, że koniecznie chce się ze mną zobaczyć. Powiedziałem jej, że najwcześniej mogę we wtorek. Spytałem czego rozmowa miałaby dotyczyć, na co odpowiedziała mi, że projektu uchwały o prokuraturze. Przysłała mi później przed spotkaniem adres SMS-em, przekonywała, że nie ma sensu w Sejmie, bo w studio TVP lepsze warunki.

Zgodził się pan?
Pojechałem na podany adres na ul. Chocimską (okolice prokuratury okręgowej - przyp. red.) i zdziwiłem się, że nie ma tam żadnego szyldu telewizyjnego. Zadzwoniłem pod wskazane mieszkanie. "Tak tak, proszę jechać windą. Piąte piętro później proszę podejść na szóste" powiedziała mi i wszedłem. Rzeczywiście wyszła po mnie ta pani, wszedłem do studia usiadłem i wtedy wyskoczył Sekielski. Było to dla mnie zaskoczenie, bo nie z nim się umawiałem, wiedziałem czemu służy jego program. Ale do rozmowy doszło. Pierwszy odruch był żeby wyjść, skoro mnie oszukał. Kamery jednak były włączone, on na to czekał. Byłby to dla niego idealny obrazek. Dlatego usiadłem, rozmawialiśmy około godziny i z tego najważniejsze wypowiedzi się nie pojawiły. Gdy skrytykowałem jego rzetelność w trakcie rozmowy, najpierw dalej ją kontynuował, a następnie w sztuczny sposób, teatralnie się oburzył do kamery.

Przejdźmy do treści programu. Sekielski zarzuca, że „należał Pan i udzielał się politycznie w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej”. Wstydzi się Pan przynależności do PZPR‑u?
Są momenty, których się wstydzę. Wstydzę się, że należałem do PZPR‑u i nie zachowałem się w tamtym czasie heroicznie. Nieprawdą jednak jest stwierdzenie, że „udzielałem się w partii”. Jako prokurator nigdy nikogo nie skrzywdziłem. W 1978 r. po skończeniu przeze mnie aplikacji przyjechał prokurator wojewódzki z Tarnowa Stanisław Bieszkiewicz i przeczołgał mnie za to, że jeszcze nie należę do partii. Kazał się zapisać.

I Pan się zapisał.
Zagroził mi, że jeżeli się nie zapiszę, nie zostanę dopuszczony do egzaminu prokuratorskiego. Nie chcę się wybielać, ale długo zastanawiałem się, co wpisać w rubrykę „światopogląd”. W PRL‑u wymagano wpisania „materialistyczny”, a ja nie chciałem zaprzeć się Boga, więc wpisałem „prawidłowy”. Dodatkowo, jeśli chodzi o „udzielanie się”, o którym mówił Sekielski, to raz poproszono mnie w latach 80., żebym napisał referat na 1 maja. Napisałem im tak wywrotowy tekst, że takich próśb więcej do mnie nie kierowano.

Tomasz Sekielski nazywa Pana prokuratorem stanu wojennego oskarżającym opozycjonistów. Jak zaczęła się Pana kariera?
W 1976 r. w październiku rozpocząłem dwuletnią aplikację w prokuraturze. Po aplikacji skierowano mnie do pracy w Prokuraturze Rejonowej w Dębicy, a stamtąd w 1980 r. do działu śledczego w Prokuratury Wojewódzkiej w Krośnie.

Jakie sprawy Pan prowadził?
Przed pracą w Krośnie zajmowałem się pospolitymi przestępstwami, a w Krośnie głównie najpoważniejszymi przestępstwami gospodarczymi i przestępstwami popełnianymi przez milicjantów. Jak wprowadzono stan wojenny, wezwał mnie szef prokuratury wojewódzkiej Kazimierz Haligowski, by zapytać mnie, dlaczego nie podobał mi się stan wojenny?

Skąd to wiedział?
Najprawdopodobniej ktoś na mnie doniósł. Z dwoma kolegami, z którymi pracowałem w jednym pokoju, rozmawiałem o stanie wojennym. Znałem ich od jakiegoś czasu. Rozmawialiśmy też o tym, co nadawało Radio Wolna Europa, i wydawało mi się, że myślą tak jak ja.

Jak wyglądała Pana rozmowa z przełożonym?
Zaczęła się od zarzutu z jego strony, że kwestionuję stan wojenny. Odwołałem się więc do partyjnego przykładu Jerzego Wiatra, który też krytykował stan wojenny, mówiąc o „innych alternatywach” rozwiązania problemu Solidarności. Wtedy prokurator powiedział mi, że mam prowadzić śledztwa w trybie doraźnym. Zdawałem sobie sprawę, że tam będą głównie sprawy polityczne, więc odmówiłem. Powiedziałem, że nie będę ich prowadził, bo nie mogę dać gwarancji prowadzenia śledztw zgodnie z linią partyjną, ponieważ kłóci się to z moim stanowiskiem ws. stanu wojennego. Moje sympatie były po stronie opozycji, której nie miałem zamiaru ścigać.

Jak skończyła się rozmowa?
Na drugi dzień zostałem przeniesiony do Prokuratury Rejonowej w Krośnie. Tam zaczęło się poniewieranie, wyznaczanie mnie do prowadzenia spraw pospolitych. Codzienne dojazdy do pracy po kilkadziesiąt kilometrów – wszystko po to, by utrudnić mi życie. Z Krosna trafiłem do Sanoka i zajmowałem się kradzieżami, później delegowano mnie do Jasła, gdzie zajmowałem się różnymi sprawami pospolitymi. Wśród takich spraw znalazły się akta sprawy Antoniego Pikula.

To sprawa, która pojawiła się w ostatnim programie Sekielskiego.
Zapoznałem się z nią i zacząłem się zastanawiać, co mogę zrobić, żeby nie doprowadzić do oskarżenia Pikula. Poszedłem do szefa prokuratury p. Żmigrodzkiego, który zanim został szefem prokuratury, był wieloletnim komendantem milicji. W prokuraturze wprowadził porządki milicyjne, zachowywał się w sposób despotyczny, niczym furiat. Gdy zapoznałem się ze sprawą, dowiedziałem się, że Pikul jest osadzony w Zakładzie Karnym w Rzeszowie, postanowiłem tam pojechać.

„Prokurator Piotrowicz nie był szczególnie gorliwy, przyniósł mi nawet ubranie do aresztu” – relacjonował Pikul spotkanie z Panem.
Postanowiłem tam pojechać, to było kilkadziesiąt kilometrów od Jasła. Poszedłem do szefa i powiedziałem mu, że w tej sprawie trzeba przeprowadzić czynności dodatkowe, powołać biegłych. On się wściekł, zaczął mówić, że wszystko jest jasne i mam sformułować akt oskarżenia. Ja jednak powiedziałem, że mam obowiązek przedstawić akta podejrzanemu.

Wtedy poznał Pan Stanisława Zająca – późniejszego senatora PiS‑u – który zginął w katastrofie smoleńskiej, obrońcę Antoniego Pikula?
Tak. Pojechaliśmy razem do zakładu karnego. Wspólnie ustalaliśmy, co można w tej sprawie zrobić. Znał moje nastawienie, intencje i już w pierwszej rozmowie omawialiśmy strategię, jak uratować Pikula.

Odnowili Panowie kontakty w 2005 r., gdy postanowił Pan zaangażować się w politykę?
Tak. Kiedy kandydowałem do Senatu, Zając był czynnym politykiem Prawa i Sprawiedliwości. Gdyby miał mi coś do zarzucenia, jako pierwszy powstrzymywałby władze partii przed wstawieniem mnie na listę. Jednak ani on, ani nikt inny tej czynności nie podjął.

Wracając do postępowania, co Pan mógł zrobić jako prokurator?
Jest taka możliwość: w czynnościach procesowych związanych z zaznajomieniem się z aktami stosuje się praktykę, że podejrzany podpisuje tylko formułkę „po zapoznaniu się z aktami sprawy nie mam nic więcej do dodania, nie składam żadnych wniosków dowodowych”. Ja jednak „w celu wyjaśnienia” przesłuchałem go tak, żeby sprawę umorzyć, dezawuując dotychczasowe zgromadzone przeciwko niemu dowody.

Czy ta taktyka przyniosła skutek?
Oczywiście. Gdy wróciłem, powiedziałem, że nie ma podstaw do sformułowania oskarżenia i trzeba postępowanie umorzyć. Szef się wściekł i złożył skargę na mnie do prokuratora wojewódzkiego Kazimierza Haligowskiego – tego samego, który mnie zdegradował za krytykę stanu wojennego. Ten wezwał mnie, bym się wytłumaczył ze sposobu prowadzenia przeze mnie śledztwa. Po tym spotkaniu nie wykonywałem już w tej sprawie żadnych czynności.

„Mimo braku dowodów Stanisław Piotrowicz w trybie doraźnym przygotował mu [Pikulowi] akt oskarżenia” – mówił Sekielski w programie.
Nie ma mojego podpisu na akcie oskarżenia, jest jedynie przepisane przez maszynistkę moje nazwisko. Na tym dokumencie nie ma żadnej mojej parafki. Mój udział w tej sprawie zakończył się na zaznajomieniu podejrzanego z aktami sprawy.

Była jakakolwiek inna prowadzona przez Pana sprawa stanu wojennego, którą można nazwać polityczną?
Jedna w Krośnie. Podejrzanym o rozpowszechnianie ulotek był nauczyciel Józef Kinel. Pamiętam go, bo został burmistrzem Iwonicza-Zdroju. Poprzez zdezawuowanie pomawiającego go świadka doprowadziłem do umorzenia sprawy. Dodatkowo, gdy przełożony nałożył na niego karę finansową, ja ze względu na to, że miał wielodzietną rodzinę i wiedziałem, że go nie stać na prawnika, sam napisałem mu zażalenie na formalnie moje postanowienie. Od tego czasu, również jako burmistrz, często przychodził do mnie na kawę, radził się w sprawach prawnych.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie


Wczytuję komentarze...

Poeta oskarża: UE dokonuje siłowej transfuzji chorej krwi do zdrowego polskiego organizmu - WIDEO

Maciej Rembarz / niezalezna.pl

  

Jesteś dumny, że skończyłeś polonistykę w PRL? Gówno, chłopcze! Skończyłeś skrócony kurs polonistyczny, napisany przez agitatorów. Inteligencja nie może być wiernopoddańcza i przytakiwać dobrze uposażonym urzędnikom. Mówią, że mamy cieszyć się wolnością. A stajemy się co raz bardziej zniewoleni. Myślimy jakimiś stemplami brukselskimi, które nam na tyłkach odciskają. Powtarzamy cudze marzenia, cudze pragnienia, cudze chęci. Gdy wyzbędziemy się własnych snów, niewiele nam zostanie – mówi poeta Maciej Rembarz. Przed bagnem elit III RP uciekł do Puszczy Noteckiej, gdzie hoduje kozy. Odnalazł go tam Piotr Lisiewicz, a unikalną rozmowę z poetą obejrzeć można poniżej.

Macieja Rembarza słuchać można godzinami.

Fascynujemy się wielkimi oryginałami w polskiej kulturze, jak Witkacy, Sergiusz Piasecki czy Marek Hłasko. A nie wiemy, że tacy żyją i dziś, gardząc tanią popularnością. Taką legendą jest Maciej Rembarz, który siedział w więzieniu, pracował w ZOO i sprzedawał miody na Rynku Jeżyckim. A teraz zaszył się w puszczy i pisze wiersze, o których nie mówi się na salonach, a kiedyś zostaną uznane za może najlepsze, co dziś powstaje. Taki jest tomik „Wiersze z oddechu Przybyszewskiej”

– mówi Piotr Lisiewicz, który wyciągnął poetę z puszczy.

Za komuny wyrzucono go ze szkoły, bo mówił uczniom prawdę o Katyniu. W komunizmie pisał do szuflady, w III RP jego pierwsze tomiki uznano za sensację, wydał je „Czas Kultury”, któremu szefował Rafał Grupiński. Ale szybko zaczął oddalać się od tego świata.

Już wtedy zauważyłem, że to środowisko literackie tak trochę „kląska”. To są takie słowicze trele, słodkie, ale co raz słabsze. Bez świeżego powietrza bazaru, kultura nie ma szans

– wspomina.

Po 2010 r. nazywa siebie „sektą smoleńską”. Konformizm elit III RP uznał za stan nie do zniesienia. Dziś mówi:

Myślę, że to co wyprawia z nami UE, to taka siłowa transfuzja. Przepompowywanie chorej krwi do zdrowego organizmu. Tak zwana polska inteligencja – tak zwana, bo jej daleko do prawdziwej – po prostu idzie jak cielęta a rzeź. Ufa. To jest jakoś epidemia, amnezja dziwna, która nie potrafi wyciągnąć wniosków, nie pamięta co to jest zależność. Powstała taka melasa, której ani nie można kopnąć w dupę, ani wyrzucić za drzwi. No bo to jest coś nieokreślonego.

Obejrzyj poniżej mocną rozmowę z Maciejem Rembarzem:

 

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl,

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl