Rekonstrukcja tożsamości

  

Polska historia dwudziestowieczna domaga się krzyku. Ten krzyk był w naszych gardłach tłumiony przez czterdzieści lat z okładem. Musimy dokonać przebudowy świadomości naszego rozbitego i zdezorientowanego narodu - z Przemysławem Dakowiczem, wybitnym poetą średniego pokolenia, rozmawia Robert Tekieli.
 
Mam kłopot z Pana poezją. Kiedy w maju pisałem recenzję tomiku „Teoria wiersza polskiego", z jednej strony dotykałem poezji wysublimowanej estetycznie, a z drugiej strony traktowała ona o Łubiance, kazamatach NKWD, procesie szesnastu...

Są wydarzenia, tragedie, zbrodnie, które z trudnością poddają się estetyzacji. A literatura – nawet jeśli stara się od tego uciekać – metaforyzuje, czyni sztucznym i nieoczywistym to, co jednoznaczne i dotkliwe, co domaga się krzyku. Polska historia dwudziestowieczna domaga się krzyku właśnie. Ten krzyk był w naszych gardłach tłumiony przez czterdzieści lat z okładem. Dziś ktoś, kto – jak ja – próbuje tamto doświadczenie opowiedzieć, musi pamiętać o tamtym trwającym kilka dekad milczeniu. Myślę, że jako zbiorowość mamy obowiązek znaleźć język adekwatny do wyrażenia tego, co nie zostało wyrażone wtedy, kiedy był na to najwłaściwszy moment. Ale, niestety, nie możemy już mówić tamtym językiem – musimy ten krzyk dobrze umieścić we współczesności, aby był zrozumiały dla tych, z którymi się komunikujemy. Próbowałem znaleźć taki język, rejestr, modulację, które zdołałyby przenieść przeszłość w teraźniejszość. Taki jest fundament „Teorii wiersza polskiego" i tomiku, który niebawem ukaże się w wydawnictwie „Arcana", zatytułowanego „Łączka". 

Jarosław Marek Rymkiewicz wymienia Pana obok Wojciecha Wencla, mówiąc o poezji smoleńskiej. Czy katastrofa pod Smoleńskiem jest rzeczywiście ostrą cezurą w historii naszego kraju?
„Teoria wiersza polskiego" to jest i nie jest poezja smoleńska. Nie jest, bo zamierzenie było znacznie szersze: opowiedzieć językiem poezji, językiem możliwie nowoczesnym, koszmar nieustannego umierania i odradzania się polskości, tego rytmu wahadłowego, który stanowi dominantę naszej kultury i naszego zbiorowego losu od wieku osiemnastego po wieki dwudziesty i dwudziesty pierwszy. Chciałbym opowiedzieć polskość z perspektywy kogoś, kto znajduje się w samym środku współczesnego piekła, komu współczesność powtarza: zmodernizuj się, zapomnij o tożsamości, bądź wolny. Opowiedzieć poprzez przywołanie języka i obrazów przeszłości i zderzenia ich z językiem i obrazami naszego tu i teraz. Ale także poprzez historię własnej rodziny, uciekającej przed Niemcami, bolszewikami, banderowcami z polskiego miasta Sokal, które nie jest już polskim miastem.

„Teoria..." jest „poezją smoleńską", bo ukryłem w tych wierszach wystarczająco wiele aluzji, bo tak dobierałem kontekst literacki, by wiersze te, nawet nie mówiąc mówiły, nawet szepcąc krzyczały. Bodaj najważniejszym z wierszy „smoleńskich" w tej książeczce jest „Centon". „Centon" to konstrukcja poetycka, która w całości składa się z fragmentów innych utworów, zestawionych tak, by wyrażały nową treść, by znaczyły co innego niż pierwotnie. Kiedy ogłaszano rezultaty pierwszych ekshumacji, kiedy szczegółowo opisywano, jak zostały potraktowane ciała ofiar tragedii smoleńskiej, że do trumien wkładano niekiedy fragmenty ciał innych osób, kiedy objąłem to wyobraźnią (choć, powiedzmy wprost, nie da się tego objąć, nie da się zrozumieć), pomyślałem, że żyjemy w jakiejś koszmarnej epoce centonicznej. Wszystko mamy w kawałkach, wszystko we fragmentach, nasza „całość i niepodległość" jest złudzeniem. Ktoś stworzył nas z takich kawałków, z jakich chciał – naszą wyobraźnię, pamięć historyczną, świadomość. Ktoś stwarzał nas – jako zbiorowość – przez czterdzieści lat z okładem, sącząc nam w uszy kłamstwo o nas samych, naszych przodkach, wartościach nam bliskich etc.

Smoleńsk pozwolił nam się obudzić, ukazał nam bez upiększeń całą naszą przetrąconą tożsamość. Powiedział nam: was już nie ma, nie istniejecie.

Ale przecież istniejemy, bo istnieją takie postaci jak Anna Walentynowicz...
Ale proszę powiedzieć: gdzie jesteśmy?, jak istniejemy?, kim jesteśmy? Nie twierdzę, że nie ma jednostek, które próbują tę tożsamość opisać, zrekonstruować, podnieść z martwych – takich ludzi mamy coraz więcej, tragedia smoleńska podziałała tu jak katalizator. Mówię o zbiorowości, o świadomości zbiorowej. Komunizm zniszczył kulturowy genotyp polskości, wycinał jego najcenniejsze fragmenty i wstawiał własne implanty. Dlatego dziś stanowimy jakąś niezborną konstrukcję, której poszczególne elementy nie współpracują ze sobą. Ta polskość postkomunistyczna jest rakowata, dychotomiczna, schizofreniczna.

Komunizm, na spółkę z niemieckim nazizmem, ściął nam głowę, wytrzebił elity intelektualne, kogo nie zlikwidował, tego usunął poza granice (mam na myśli fale emigracji wojennej, powojennej, a potem, w latach 80., wypychanie z kraju ludzi Solidarności), czyli pozbawił wpływu na bieg polskich spraw. Na miejsce tej dawnej głowy wstawił inną, zmajstrowaną przez sowieckich specjalistów i ich tutejszych pomagierów. I ta nowa głowa ciągle mówi, szczególnie dużo mówiła w latach 40. i 50., ta nowa głowa próbuje sterować całym ciałem, nakazuje rękom robić to i tamto, nogom iść tu i ówdzie. I ręce robią, nogi idą. Ale przecież w całym ciele krąży jedna krew, ona trafia do tej obcej, sowieckiej, internacjonalistycznej głowy – ta głowa w ostatnich dekadach poddała się transformacji i pięknie się zeuropeizowała – i jakoś ją zmienia, dotlenia jej korę mózgową. Właśnie ów zamknięty krwiobieg stanowi naszą nadzieję, bo on przekształca tę obcą głowę, on każe rękom i nogom się buntować, reagować w sposób zgodny z przyzwyczajeniami sprzed dekapitacji. W istnieniu tego krwiobiegu, w tej wewnętrznej zasadzie rządzącej wspólnotą upatruję nadziei na rekonstrukcję tożsamości.

Już raz odbudowywaliśmy Polskę. Po 1918 r. Jaki dziś widzi Pan program dla ludzi kultury?
W 1918 r. Polacy mieli łatwiej – budowali swoje państwo od fundamentów, przez kilka lat tamten byt państwowy wciąż był zagrożony, łatwiej więc jednoczyli się wokół wspólnego celu. Dziś wielu z nas podziela wiarę w cywilizującą moc Europy, a tradycję traktuje jako zbędny balast.

Musimy odzyskać własną historię, przedstawić ją Europie: utratę połowy państwa – w tym dwóch z czterech stolic kulturalnych kraju: Lwowa i Wilna – wywózki i zsyłki, likwidację inteligencji, długą noc komunizmu, którego funkcjonariusze kontynuowali dzieło okupantów niemieckiego i sowieckiego. Ta historia nie jest obecna w świadomości europejskiej. Trzeba więc pisać powieści, kręcić seriale i filmy kinowe, wydawać historyczne syntezy, prowokować dyskusje. Tylko mozolna praca u podstaw kultury otworzy przed nami możliwość odzyskania tej wspólnoty i tej tożsamości, które niemal doszczętnie zniszczył wiek dwudziesty, a których nie udało się nam odzyskać w roku 1989.
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: Gazeta Polska Codziennie


Wczytuję komentarze...

Abp Głódź apeluje: "Jeśli się bijemy w piersi, to najpierw trzeba uderzyć własne, a nie cudze"

Abp Sławoj Leszek Głódź / Fotomag/Gazeta Polska

  

Nienawiść się nasyca. Tworzy pewne podłoże dla wszelkiego rodzaju upośledzeń i chorób. I to zjawisko jest bardzo niebezpieczne – mówił metropolita gdański arcybiskup Sławoj Leszek Głódź w „Gościu Wiadomości". Podkreślił, że zabójstwo Pawła Adamowicza to „wydarzenie bez precedensu w ostatnich dziesięcioleciach”.

Metropolita zaznaczył, że czas przed pogrzebem prezydenta Gdańska jest „wezwaniem dla wszystkich do miłości, pokoju, zgody, rachunku sumienia, a nade wszystko, do uderzenia się we własne piersi”. [polecam:https://niezalezna.pl/254646-sejm-uczcil-pamiec-pawla-adamowicza-minuta-ciszy-schetyna-zegnamy-kolege-i-przyjaciela]

Ciszej nad tą trumną. Mamy dość wojen, zarówno tych zewnętrznych, jak i wewnętrznych. Trzeba nam solidarności, spokoju, miłości. Trzeba zacząć od prostych słów, o których mówił papież Franciszek: dziękuję, proszę, przepraszam

– mówił abp Głódź.

Zwrócił również uwagę, że „prezydent Adamowicz ostatnie przesłanie skierował pod znakiem: dzielmy się dobrem, szukajmy dobra”. 

I z tym gestem wzniesionej ręki ze światłem do nieba, zakończył życie. Ale to jego przesłanie pozostaje dzisiaj jego testamentem dla nas wszystkich

– powiedział arcybiskup. 

Abp Głódź przypomniał, że rodzina zamordowanego prezydenta prosi, aby nie eskalować napięcia.

Wierzymy, że dobro jednak zwycięży to zło. Nie możemy bazować na negacji, bo negacja zawsze rodzi negację. Ona nie jest twórcza. I jeśli się bijemy w piersi, najpierw trzeba uderzyć własne, a nie cudze

– mówił. 

Nienawiść się nasyca. Tworzy pewne podłoże dla wszelkiego rodzaju upośledzeń i chorób. I to zjawisko jest bardzo niebezpieczne

– zauważył hierarcha.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: TVP Info, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl