Zamieszki podczas marszu narodowców. Tusk ma, co chciał: Warszawa w ogniu

Marsz Niepodległości w Warszawie z pokojowej manifestacji przemienił się w regularną bitwę uczestników z policją.

Filip Błażejowski/Gazeta Polska
Marsz Niepodległości w Warszawie z pokojowej manifestacji przemienił się w regularną bitwę uczestników z policją. Ratusz nakazał rozwiązać zgromadzenie, kiedy na teren rosyjskiej ambasady zaczęły wlatywać race i podpalono budkę wartownika.

Marsz Niepodległości, zorganizowany przez Ruch Narodowy i Młodzież Wszechpolską, decyzją Hanny Gronkiewicz-Waltz został rozwiązany, gdy na terenie Ambasady Federacji Rosyjskiej pojawił się ogień. Wcześniej nieznani sprawcy rzucili w kierunku budynku kilka rac. Podpalona została budka wartownicza. Część manifestujących próbowała się wedrzeć na teren placówki dyplomatycznej.

Zamieszki rozpoczęły się od walk na ul. Skorupki (odchodzącej prostopadle od ul. Marszałkowskiej, którą szedł marsz). Część manifestantów odłączyła się od marszu i skonfrontowała się z mieszkańcami pobliskiego squatu. W ruch poszły koktajle Mołotowa, kamienie brukowe i butelki. Dziennikarz „Codziennej” był świadkiem tego, jak zniszczono kamery monitoringu, podpalono trzy samochody, a kilkanaście osób, w tym czterech policjantów, zostało rannych.

Po raz kolejny spłonęła też tęcza na pl. Zbawiciela. Kilka dni temu zakończyło się jej odnawianie po poprzednim podpaleniu.

Policja wezwała uczestników rozwiązanego przez ratusz marszu do zachowania zgodnego z prawem i ostrzegła, że użyje pałek, armatek wodnych, gumowych kul i środków chemicznych. Zaapelowała do przedstawicieli mediów, osób z immunitetem i kobiet w ciąży o opuszczenie zgromadzenia.

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

Katarzyna Pawlak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo