Biznesmen płaci za działaczy PO. "Pieniądze dostałem z Platformy" - skandalu ciąg dalszy

  

Kolejny odcinek skandalu w dolnośląskiej Platformie Obywatelskiej. Tym razem wyszło na jaw, że za pobyt działaczy PO (sympatyków Jacka Protasiewicza) zapłacił biznesmen. Ten nie zaprzecza, ale zapewnia, że pieniądze dostał od... działaczy Platformy. To po co taka kombinacja?

Wcześniej "Newsweek" ujawnił taśmy jaskrawo pokazujące jakie standardy obowiązują w Platformie Obywatelskiej, w której - nawet w wewnątrzpartyjnych wyborach - obiecuje się posady w zamian za głos na "właściwego" kandydata. Tym razem tygodnik pisze o dziwnych transakcjach finansowych.

Z publikacji wynika, że zwolennicy Jacka Protasiewicza spotkali się na dzień przed regionalnym zjazdem, którym miał się rozpocząć 26 października w Karpaczu. Około stu działaczy PO zameldowało się w hotelu Sandra - "okazałym ośrodku wyposażonym w kompleks SPA i kilka basenów".

Najciekawsze jest jednak kto zapłacił za ich pobyt całkiem sporą sumkę, bo łącznie 23 tysiące złotych.

"Zrobił to Marek Heinke, znany wrocławski biznesmen i wieloletni znajomy Jacka Protasiewicza. „Newsweek” dysponuje dokumentami potwierdzającymi dokonanie przez niego dwóch wpłat, obu w gotówce. Heinke najpierw przywiózł do Sandry 14 tys. zł, było to cztery dni przed zjazdem. Po raz drugi pojawił się w Karpaczu w piątek, czyli w dniu zameldowania w hotelu delegatów Protasiewicza – tym razem wpłacił ok. 9,1 tys. zł. Z naszych informacji wynika, że sam też zamówił sobie pokój w Sandrze i został z działaczami Platformy na noc" - pisze "Newsweek".

Heinke niechętnie potwierdził, że dokonał wpłat, ale zaprzecza, aby to były jego pieniądze. Twierdzi, iż otrzymał je od działaczy Platformy Obywatelskiej.

Historyjka intrygująca, zwłaszcza, że groteskowo brzmią tłumaczenia skarbnika dolnośląskiej Platformy Obywatelskiej, który twierdzi, że spieszyło im się, a gotówka szybciej dotarła do Sandry wysyłając człowieka, niż dokonując przelew.
"Tyle że to już tłumaczenie zupełnie absurdalne. Z dat na pokwitowaniach wynika, że pieniądze zostały odebrane od działaczy w niedzielę a Heinke po raz pierwszy pojawił się w Sandrze dopiero we wtorek. W ciągu dwóch dni przelew przeszedłby bez problemu" - ustalił "Newsweek".

No to o chodzi, panie europośle Protasiewicz?
 
Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: niezalezna.pl,newsweek.pl


Wczytuję komentarze...

Równo sto dni protestów w Hongkongu

zdjęcie ilustracyjne / Studio Incendo CC BY 2.0

  

Fala prodemokratycznych protestów w Hongkongu nie ustaje, nawet po obietnicy wycofania projektu umożliwienia ekstradycji do Chin kontynentalnych, który ją wywołał. Dziś mija 100 dni od pierwszej masowej demonstracji z udziałem setek tysięcy osób.

Od manifestacji z 9 czerwca protesty trwają niemal bez przerwy i przybierają różne formy: od strajków i głodówek, przez żywe łańcuchy i wielkie pokojowe marsze, po blokady ulic, akty wandalizmu i starcia z policją. W toku protestów ich uczestnicy włamali się m.in. do siedziby lokalnego parlamentu i praktycznie zablokowali na dwa popołudnia hongkońskie lotnisko.

W starciach obrażenia odniosły setki, a według niektórych szacunków nawet ponad 2 tys. osób, w tym co najmniej 200 policjantów. Zatrzymano ponad 1 100 osób, a część z nich usłyszała zarzuty „udziału w zamieszkach”, za co grozi 10 lat więzienia. Swoje własne manifestacje sprzeciwu wobec władz urządzali uczniowie szkół średnich, studenci, lekarze i pielęgniarki, prawnicy i pracownicy administracji publicznej, a w strajku generalnym 5 sierpnia uczestniczyło według lokalnych mediów około pół miliona osób.

Protestującym udało się zmusić władze do obietnicy wycofania kontrowersyjnego projektu nowelizacji prawa ekstradycyjnego. Niespełnione pozostają jednak cztery pozostałe postulaty: powołania niezależnej komisji śledczej do zbadania działań rządu i policji, uwolnienia wszystkich zatrzymanych demonstrantów, nienazywania protestów „zamieszkami” i powszechnych, demokratycznych wyborów.

Hongkońskie władze ostrzegały, że protesty odbijają się na gospodarce regionu i mogą zepchnąć go w recesję. Szefowa lokalnej administracji Carrie Lam oceniła na jednej z konferencji prasowych, że demonstracje i trwająca wojna handlowa między Chinami a USA wpływają na gospodarkę Hongkongu bardziej niż epidemia SARS w 2003 roku.

Postulaty niezależnego śledztwa, uwolnienia zatrzymanych i nienazywania protestów „zamieszkami” pojawiły się po okupacji okolic parlamentu z 12 czerwca. Policja użyła wtedy gazu łzawiącego, gumowych kul i pałek przeciwko demonstrantom, rzucającym plastykowe butelki i atakującym parasolami. Rannych zostało co najmniej 81 osób.

Z biegiem czasu mnożyły się przypadki kontrowersyjnych interwencji policji, a wśród demonstrantów narastały opinie, że jedynym prawdziwym wyjściem z kryzysu byłyby demokratyczne wybory. Wiele osób sądzi, że szefowa lokalnej administracji, wybierana przez propekiński komitet elektorów, jest tylko namiestnikiem rządu centralnego i nie liczy się ze zdaniem Hongkończyków.

Wskazówek co do faktycznej roli Pekinu dostarczyły wypowiedzi Lam ze spotkania z przedsiębiorcami, do nagrania których dotarła agencja Reutera. Szefowa władz Hongkongu powiedziała, że „gdyby miała wybór, to po pierwsze podałaby się do dymisji”. Dodała również, że „pole manewru szefa administracji jest bardzo ograniczone”, ponieważ sprawa urosła do „rangi krajowej”.

Lam twierdziła później, że nigdy nie proponowała rządowi centralnemu swojej dymisji, a decyzja o pozostaniu na stanowisku jest jej własnym, choć trudnym wyborem. Zapewniała również, że Pekin „rozumie, szanuje i popiera” jej decyzje, w tym tę o wycofaniu projektu.

W ostatnich tygodniach władze konsekwentnie odmawiają zgody na kolejny duży, pokojowy marsz protestu, planowany przez Obywatelski Front Praw Człowieka (CHRF). Na ulice regularnie wychodzą jednak radykalni demonstranci, którzy coraz częściej sięgają po brutalne i destrukcyjne metody działania. Rzucają koktajle Mołotwa, podpalają ustawione na ulicach barykady, dewastują stacje metra i biją osoby, które podejrzewają o współpracę z policją.

Część obserwatorów obawiała się, że chińskie władze mogą stłumić protesty przy użyciu wojska. Na nagraniu opublikowanym przez Reutera Lam zapewnia jednak, że Pekin nie oczekuje rozwiązania tej sprawy przed obchodami 70. rocznicy proklamacji ChRL 1 października i jest skłonny przeczekać protesty. Ocenia też na podstawie „wyczucia sytuacji i poprzez dyskusje”, że rząd centralny „absolutnie nie ma planu” wysyłania Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (ALW) na ulice Hongkongu, ponieważ dba o międzynarodowy wizerunek Chin.

Komunistyczne władze ChRL deklarują poparcie dla Lam i hongkońskiej policji, potępiają protesty i oskarżają „obce siły”, szczególnie Wielką Brytanię i USA, o sianie fermentu w regionie. Podległe władzom media Chin kontynentalnych określają protestujących jako brutalnych separatystów, mimo że wśród ich głównych postulatów nie ma odniesień do niepodległości.

Wczytuję ocenę...

Promuj niezależne media! Podaj dalej ten artykuł na Facebooku i Twitterze

Źródło: PAP, niezalezna.pl

Tagi

Wczytuję komentarze...

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek.


Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl