"Komisja Laska obala tezy «Gazety Polskiej»” - pod takim tytułem ukazała się w „Gazecie Wyborczej” publikacja Agnieszki Kublik będąca rzekomo odpowiedzią na mój tekst w „Gazecie Polskiej”. Rzekomo, bo większości tez, które „obala” tandem Lasek-Kublik, w moim artykule po prostu nie ma.

Na początek tylko dwa małe wyjaśnienia. Po pierwsze: „Gazeta Polska” nie napisała żadnego sążnistego artykułu o „rozpylonym w powietrzu helu”, jak twierdzi Maciej Lasek i Agnieszka Kublik. Specjalistą w dziedzinie helu jest mecenas Rafał Rogalski, który - jak się zdaje - wspiera dziś właśnie Laska. Po drugie: „Gazeta Polska” nie jest nieformalnym organem prasowym zespołu Macierewicza, bo śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej zaczęła prowadzić długo przed jego powołaniem.

A teraz do rzeczy.

Pierwsza teza "GP", jaką „obala” Lasek, brzmi: „Gdy samolot znajdował się na wysokości 15 m nad ziemią, zanikło zasilanie głównego komputera pokładowego FMS i rejestratorów lotu.” Lasek - czy też Kublik (bo nie wiadomo, kto jest dokładnie autorem artykułu w „GW”) - wyjaśnia: „Zapis rejestratora rozmów oraz ostatnie zapisane współrzędne w urządzeniu FMS potwierdzają, że zasilanie elektryczne zanikło w momencie uderzenia samolotu o ziemię”.

Niestety - w moim ostatnim tekście, do którego odnosi się Lasek-Kublik, nic o zasilaniu komputera pokładowego nie ma. A gdyby było, to odpowiedź „GW” jest nietrafiona. Odsyłam Laska i Kublik na str. 119 raportu MAK, gdzie wyraźnie stwierdzono: „Zanik zasilania FMS („zamrożenie” pamięci) nastąpiło o 10.41.05, na wysokości barometrycznej skorygowanej do poziomu lotniska na wysokości około 15 metrów, prędkości podróżnej 145 węzłów (~270 km/h), w punkcie o współrzędnych 54°49,483” szerokości północnej, i 032°03,161 długości wschodniej”. Czyli komputer pokładowy przestał działać na wysokości 15 m nad ziemią i ok. 60 m przed miejscem pierwszego zderzenia z ziemią.

Oto druga teza „obalona” przez Laska: „Prof. Wiesław Binienda, ekspert od katastrof lotniczych współpracujący m.in. z amerykańską NASA i koncernem Boeing, udowodnił, że skrzydło Tu-154 nie mogło zostać urwane po zderzeniu z brzozą”. Lasek tłumaczy, że brzoza została złamana przez samolot, bo w drzewie były elementy skrzydła, a przebieg zdarzeń potwierdzają rejestratory lotu. Szkopuł w tym, że nie odnosi się do meritum, czyli do potwierdzonych naukowo badań prof. Biniendy dowodzących, że brzoza po prostu nie mogła złamać skrzydła Tu-154. Nie wiadomo też, które rejestratory mają udowadniać tragiczne zderzenie z brzozą...

Idźmy dalej. Teza „Gazety Polskiej” nr 3 to: „Sekcje zwłok, które wykazałyby prawdziwą przyczynę śmierci pasażerów Tu-154, zostały sfałszowane”. Lasek odpowiada zupełnie nie na temat: „Członkowie KBWLLP mieli dostęp do dokumentacji medycznej udostępnionej przez prokuraturę. Zgon ośmiu członków załogi oraz 88 pasażerów nastąpił z powodu ciężkich wewnętrznych obrażeń wielonarządowych powstałych w wyniku działania przeciążeń przy zderzeniu samolotu z ziemią”. Jestem ciekawy, czy to kuriozalne wyjaśnienie przekonałoby Małgorzatę Wassermann. Jak wiadomo - rosyjscy lekarze nie wymienili w dokumentach sekcyjnych jej taty kilkudziesięciu znaków szczególnych i śladów przebytych chorób. Opisali także pęcherzyk żółciowy, który został u śp. Zbigniewa Wassermanna wycięty długo przed katastrofą. W rosyjskim protokole podano też nieprawidłowy wzrost i kolor oczu śp. posła PiS. Ale zdaniem Laska i Kublik teza o sfałszowaniu sekcji jest absurdalna...

Teza nr 4, jaką obala Lasek-Kublik, brzmi: „Niespotykane rozerwanie kadłuba maszyny i jego charakterystyczne uszkodzenia, a także brak eksplozji paliwa wskazują na użycie broni termobarycznej używanej przez Rosjan m.in. w Czeczenii”.

Nie wiem, gdzie Lasek i Kublik wyczytali o broni termobarycznej w moim ostatnim tekście. Pisałem tylko o tym, że część naukowców na II Konferencji Smoleńskiej wyraźnie stwierdziła, iż wygląd szczątków i miejsca katastrofy wskazują na wybuch. Wsród uczonych tych jest m.in. prof. Jan Obrębski - profesor zwyczajny na Wydziale Inżynierii Lądowej Politechniki Warszawskiej w Zakładzie Wytrzymałości Materiałów, Teorii Sprężystości i Plastyczności. Z jego skryptu dotyczącego wytrzymałości materiałów uczą się dziś studenci Politechniki Warszawskiej.

Teza nr 5: „Jak wynika z zeznań świadków, zdecydowana większość ciał była pozbawiona części ubrania lub całkowicie naga”. Lasek odpowiada: „Do wyjaśnień pkt 4 można dodać, że wrak Tu-154 analizowali bezpośrednio po katastrofie w Smoleńsku wojskowi specjaliści z komisji Millera, którzy nieraz badali wypadki związane z działaniem materiałów wybuchowych. Nie mieli wątpliwości, że eksplozji nie było”.

Niestety - w tekście, z którym polemizują Lasek i Kublik, nie ma ani słowa o „nagich ciałach”.

Teza nr 6, przypisywana „Gazecie Polskiej”, to... cytat z zeznania jednego z rosyjskich świadków, Anatolija Żujewa. Stwierdził on: „Po tym, jak samolot wyłonił się na chwilę z mgły, to był to moment, kiedy zaryczały silniki, powstał silny oślepiający błysk. Po tym błysku obserwowałem samolot przez 1-2 sekundy, próbował nabrać wysokości". Lasek odpowiada Żujewowi, ale niepotrzebnie, bo w moim tekście nie ma ani tego zeznania, ani nawet odwołania do słów Rosjanina.

Teza nr 7, „obalana” przez Laska, to kolejny dowód, że ani on, ani Agnieszka Kublik, nie przeczytali mojego tekstu przed polemiką. Miałem jakoby napisać: „Polska załoga Tu-154M 101 otrzymała od Rosjan karty podejścia lotniska Smoleńsk-Siewiernyj, zawierające błędne dane, m.in. złe współrzędne pasa startowego” - choć w moim artykule nie ma dosłownie nawet jednego zdania o kartach podejścia. Ale ponieważ Lasek twierdzi: „Współrzędne pasa startowego na kartach podejścia były prawidłowe i takie same jak 7 kwietnia, gdy w Smoleńsku lądował premier Donald Tusk”, to chętnie przytoczę mu fragment polskich uwag do raportu MAK: „Z posiadanych informacji wynika, że przekazane stronie polskiej dane lotniska, w tym: współrzędne położenia środka lotniska, współrzędne progów drogi startowej i współrzędne posadowienia anten bliższej i dalszej radiolatarni prowadzącej (wszystkie współrzędne na karcie podejścia) wyrażone są w układzie odniesienia SK-42, a nie w ogólnie przyjętym obecnie do stosowania w lotnictwie układzie WGS-84. O tym fakcie nie poinformowano strony polskiej w momencie przekazywania przez stronę rosyjską kart podejścia. Forma zapisu współrzędnych w obu układach jest podobna, niemniej jednak oba układy nie są tożsame. Potraktowanie współrzędnych wyrażonych w układzie SK-42 jako współrzędnych WGS-84 spowodowało wprowadzenie błędnych danych do systemów pokładowych (GPS/FMS) samolotu Tu-154M”.

Teza nr 8, którą miałem postawić w swoim tekście, także jest w nim nieobecna. Miałem napisać: „Polskich pilotów, zmylonych przez złe karty podejścia, utrzymali w błędzie kontrolerzy z wieży w Smoleńsku. Załoga Tu-154 była błędnie informowana o położeniu na kursie i ścieżce, choć w rzeczywistości samolot był ponad ścieżką i zbaczał z kursu” - tymczasem tematu kontrolerów... w ogóle w artykule nie poruszałem. Z samą tezą się jednak zgadzam, bo o błędnym naprowadzaniu Tu-154 pisałem już kilka tygodni po katastrofie - gdy koledzy redakcyjni Agnieszki Kublik wzruszali się gestami Władimira Putina i „dziękowali Moskalom”. A fakt, iż miałem rację, potwierdziła swoim autorytetem sama komisja Millera, która w tzw. polskich uwagach do raportu MAK napisała (str. 75): „Załoga samolotu była błędnie informowana o właściwym położeniu na kursie i ścieżce, gdy w rzeczywistości samolot był ponad ścieżką, a od 2.5 km do DS 26 poniżej ścieżki 2º40’ (w odniesieniu do ścieżki 3º10’ przytaczanej przez autorów Raportu samolot przeciął ścieżkę w dół w odległości 3,3 km od progu DS 26)”.

Dziewiąta nieprawdziwa rzekomo teza „Gazety Polskiej” brzmi: „Rosjanie kilkanaście godzin po katastrofie zaczęli niszczyć wrak. Demolowano samolot, tnąc go piłami i wybijając szyby w oknach”. Oto odpowiedź Laska: „Już w dniu katastrofy na miejscu znaleźli się polscy eksperci oraz prokuratorzy. Członkowie komisji Millera prowadzili prace na miejscu katastrofy do 23 kwietnia 2010 r. Nikt z polskich ekspertów ani prokuratorów nie zgłaszał, że strona rosyjska celowo niszczyła wrak samolotu. Przed rozpoczęciem usuwania szczątków samolotu miejsce wypadku zostało udokumentowane. Dostęp do niego miało 18 członków KBWLLP i m.in. przedstawiciele prokuratury”.

Agnieszce Kublik i Maciejowi Laskowi polecam więc obejrzenie nagrania ujawnionego przez „Misję Specjalną”, a następnie poważną refleksję nad swoją kondycją moralną.

I wreszcie „fałszywa” teza nr 10, której - jak można się domyślić - wcale w moim tekście nie ma. Miałem stwierdzić: „Rosjanie nie przeprowadzili akcji ratunkowej. Pierwsza jednostka strażacka przybyła na miejsce rozbicia się samolotu dopiero 14 minut po katastrofie, mimo iż tragedia miała miejsce ok. 400 m od progu pasa startowego! Jak wynika z zeznań świadków, kilka godzin po tragedii wiele ciał leżało obróconych twarzą do ziemi, co świadczy o tym, że nikt nawet nie sprawdzał, czy żyją”. Niestety - przejrzałem kilka razy swój artykuł i nie ma tam nic o akcji ratunkowej.

Ale czy sama teza jest kłamliwa, jak twierdzą Lasek i Kublik? Okazuje się, że nie, bo duet z Czerskiej „obala” ją następującymi słowami: „KBWLLP wskazała na nieprawidłowości w zabezpieczeniu lotniska w zakresie służb ratowniczych, ale nie ma to związku z przyczyną wypadku Tu-154M”. 

Doprawdy - nie wiem, co obalili wspólnie Maciej Lasek i Agnieszka Kublik, ale na pewno nie tezy zawarte w moim artykule w „Gazecie Polskiej”.

Cały tekst Grzegorza Wierzchołowskiego można przeczytać tutaj