Katar, Wakanda i sprawa polska

Przy okazji mistrzostw świata w Katarze zauważyliśmy, jak wielkie imprezy sportowe uciekają z Europy. Zjawisko to jest częścią większego procesu, który niby dostrzegamy, lecz wciąż nie mamy praktycznego pomysłu, co z nim począć i jak jego dynamikę przekuć na naszą korzyść.

Ostatnia olimpiada na zachodnioeuropejskiej ziemi odbyła się 10 lat temu, a ostatnie mistrzostwa świata w piłce nożnej 16 lat temu. Biorąc pod uwagę, że ta druga impreza nie wróci do Europy Zachodniej przynajmniej przez następne osiem lat, będziemy mieli 24-letnią przerwę w obecności mundialu w Europie. Ucieczka wielkich imprez z tej części świata jest czymś, co było nie do pomyślenia pokolenie temu. A jest ona związana ze zmianami na gospodarczej mapie świata. Po prostu okres wyjątkowej pozycji Europy Zachodniej na świecie się kończy. Paliwo, jakie tej części świata dała rewolucja przemysłowa, właśnie się wyczerpuje. Znaczenie narodów zachodnioeuropejskich w światowej polityce, gospodarce, kulturze i sporcie spada. Jest to proces nie do zatrzymania ani tym bardziej odwrócenia.

W zdrowej gospodarce zdrowy sport

Wielkie imprezy sportowe od samego ich zarania miały znaczenie polityczne. Organizacja igrzysk olimpijskich czy piłkarskiego mundialu miała pokazywać możliwości gospodarcze organizatora. Dlatego też przez lata jako organizatorzy tych imprez dominowali, obok Amerykanów oczywiście, Francuzi, Niemcy i Brytyjczycy.

Czasy się jednak zmieniają. W XXI w. w Azji odbyły się cztery olimpiady, a w Europie Zachodniej dwie. W XXI w. w Azji odbyły się dwa mundiale, a w Europie Zachodniej jeden. Taka sytuacja jak na dłoni odzwierciedla nam zmiany na gospodarczej mapie świata, gdzie Azja coraz bardziej się rozpycha, a znaczenie Europy spada. Przy czym zmiana ta nie dotyczy tylko Azji. Gospodarzami wielkich imprez są coraz częściej chociażby państwa Ameryki Południowej czy Afryki, które wcześniej bardzo rzadko miały taką możliwość. A wszystko to jest efektem zmian na gospodarczej mapie świata, gdzie kurcząca się Europa Zachodnia ustępuje innym miejsca.

Wyjątkowa pozycja Europy Zachodniej na mapie świata była zjawiskiem wynikającym z rewolucji przemysłowej. W XIX w. zachodnia część naszego kontynentu zdobyła sobie taką przewagę technologiczną nad resztą świata (może poza USA), że jeszcze przez dziesięciolecia cieszyła się z dominacji gospodarczej. Ale paliwo rewolucji przemysłowej właśnie się wyczerpuje. Inne kraje świata doganiają Europę Zachodnią technologicznie, a kraje Azji Wschodniej zaczęły nawet ją przeganiać.

Spada więc zachodnioeuropejska przewaga na świecie. I jest to zwyczajny proces historyczny, coś się zaczyna i coś się kończy. Nie da się tego zatrzymać ani tym bardziej odwrócić. W tym kontekście Polacy i inne narody Europy Środkowo-Wschodniej powinny się chyba cieszyć z takiego obrotu sprawy. Albowiem zmniejszający się udział Europy Zachodniej w światowej gospodarce daje przestrzeń do wzrostu również nam. Rozwoju, który jest coraz bardziej widoczny, ale którego znaczenia jeszcze nie potrafimy zrozumieć.

Zachód coraz mniej europejski

Niby Polacy widzą, że zmienia się świat, szczególnie w obszarze gospodarki. Ale chyba wciąż jej nie rozumieją. Widać to chociażby po braku analizy, jakie kulturowe znaczenie mają imprezy sportowe poza Europą. Albo braku analizy zmian w szeroko pojętej popkulturze. Kiedy nawet Hollywood się deeuropeizuje, my albo ten fakt w ogóle ignorujemy, albo bezsensownie dołączamy do grona krytyków tego procesu. Kiedy pojawia się taki kulturowy fenomen jak film „Czarna Pantera”, nie zauważamy go albo dołączamy do grona śmieszków robiących sobie żarty z „laserowej dzidy Afrykanów”. A przecież film o fikcyjnym afrykańskim państwie Wakanda, które jest najbardziej technicznie zaawansowane na świecie, nie tylko zarabia krocie, ale i jako pierwszy film komiksowy ociera się o Oscara. Czy zamiast się śmiać z fikcyjnej Wakandy, nie powinniśmy nakręcić filmu o równie fikcyjnej Wielkiej Lechii?

Polacy zdają się nie rozumieć zmian w popkulturze. Nie tylko Marvel zaczyna eksploatować Afrykę, Amerykę Łacińską i Azję. Coraz więcej bohaterów bajek Disneya ma ciemniejszą skórę, skośne oczy czy hiszpański akcent. Co więcej, najważniejsze Oscary zaczynają zdobywać filmy, w których mówi się np. po koreańsku. A cała ta zmiana wynika w dużym stopniu ze zmian demograficznych w USA. Coraz więcej bohaterów bajek czy filmów komiksowych to Latynosi, czarni bądź Azjaci, bo coraz więcej dzieci i młodzieży w Stanach jest pochodzenia latynoskiego, afrykańskiego bądź azjatyckiego (niektóre badania mówią już o połowie populacji w tym wieku).

A jeśli do zmian w samej demografii USA (i nie tylko) dodamy fakt, że coraz większe znaczenie w zachodnim bloku geopolitycznym zaczynają odgrywać kraje azjatyckie, takie jak Japonia, Korea Południowa czy Tajwan (co przejawia się też w ich ekspansji kulturowej), to dostaniemy nową sytuację, w której Polska nie umie się jeszcze odnaleźć.

Polski kurs pod wiatr

Olimpiady w Tokio w 1960 r., Seulu w 1988 r. i Pekinie w 2008 r. zapoczątkowały kulturową ekspansję kolejnych azjatyckich narodów, które zaowocowały popularnością Godzilli, anime czy koreańskich boysbandów i filmów, takich jak „Parasite”. Mundial w RPA dał Afrykanom nie tylko w Afryce impuls kulturowy, który zaowocował filmem „Czarna Pantera”.

W Polsce rok 2012 można określić jako początek nie tylko nieznanej wcześniej koniunktury gospodarczej, ale i niesamowitego zbliżenia narodów polskiego i ukraińskiego. Dlaczego więc nie podjęliśmy praktycznie żadnej próby kulturowego zdyskontowania Euro 2012 Polska–Ukraina. Czy stało się może tak dlatego, że nie jesteśmy w stanie stworzyć niczego, co wykraczałoby poza kopiowanie Europy Zachodniej? I nie chodzi tylko o lewicę, która chce być tak bardzo zachodnioeuropejska, że gotowa jest importować do Polski destrukcyjne rozwiązania z Europy Zachodniej. Chodzi także o prawicę, która chce „ratować europejskość” z ludźmi takimi jak Le Pen czy Salvini.

Po 2015 r. Polska na szczęście zaczęła już proces przestawiania polityki zagranicznej na właściwe tory. Zapoczątkowano Inicjatywę Trójmorza, otwarto zamknięte wcześniej ambasady w Azji czy Afryce, do rozwoju energetyki atomowej i polskiej armii dopuszczono Koreańczyków z Południa. Ale to wciąż za mało.

Trzeba chociażby zacząć współpracę Polonii amerykańskiej ze środowiskami Latynosów. Wszak to społeczność, która nie dość, że będzie niedługo stanowić 1/3 populacji USA, to w podejściu do rodziny, w swym katolicyzmie, wspólnotowości czy doświadczeniu awansu społecznego z dołów do klasy średniej bliższa jest Polakom niż niemieccy czy anglosascy Amerykanie. W swoim zakorzenieniu na Zachodzie trzeba iść z prądem. A więc nie stawać się na siłę Europą Zachodnią. Trzeba dołożyć swoją tożsamość Europy Środkowo-Wschodniej do rozkwitającej tożsamości azjatyckiej czy latynoamerykańskiej. Bo to z Azjatami czy Latynosami, a nie z zachodnimi Europejczykami bardziej dzielimy wartości i doświadczenie historyczne.

Przyjąć zmiany na lepsze

Amerykanie zdają się doskonale rozumieć proces deeuropeizacji świata. Nie tylko prowadzą „pivot na Pacyfik”, ale i dostosowują swoją popkulturę do zmieniającego się świata. Co ciekawe, ci nieźle zorientowani Amerykanie dobrze dostrzegają w Polsce to, czego nie potrafią dostrzec Polacy. Nasi sojusznicy zza oceanu wyraźnie chcą dać nam wsparcie przy budowie nowego bieguna Zachodu w postaci Europy Środkowo-Wschodniej. Czekają tylko na zmianę w samych Polakach, którzy wciąż bardziej chcą być zachodnimi Europejczykami niż być sobą. Którzy wspólnie z proputinowskimi trollami śmieją się z koloryzującego się Hollywood czy uświatowionych imprez sportowych, zamiast wyciągać z tych zmian wnioski.

Warto więc w końcu zaakceptować zmiany wokół nas, bo są dla nas naprawdę korzystne. I samemu w końcu też zacząć się zmieniać.

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

Bartosz  Bartczak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo