Za Vadera z klocków już zatrzymali, Kandinsky musi poczekać

W oświadczeniu wysłanym do mediów, w tym do redakcji „Codziennej”, Sarah Buschor, rzecznik prasowa domu aukcyjnego Grisebach, poinformowała o wstrzymaniu sprzedaży akwareli Wassilego Kandinskiego „Kompozycja”, wylicytowanej w czwartek na 310 tys. euro w Berlinie. Decyzja była ewidentnie reakcją na interwencję z Polski i presję mediów. Dlaczego jednak berliński dom aukcyjny w ogóle zdecydował się na licytację mimo zarzutów postawionych przez polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego?

Ten obraz Niemcy sprzedali, choć skradziono go z Polski
fot. twitter.com/krol_rp/

Migawka z lokalnej prasy. 1 grudnia hanowerska policja zatrzymała pod zarzutem kradzieży 52-latka, który wystawił na aukcji internetowej mierzącą 1,35 metra i zbudowaną z klocków lego figurę Lorda Vadera. Plastikowy Vader został skradziony w połowie listopada sprzed jednego z domów handlowych w Hanowerze. Pracownicy sklepu z zabawkami wypatrzyli mrocznego bohatera „Gwiezdnych wojen” na aukcji internetowej i podając się za kupujących, umówili się z domniemanym złodziejem w jego mieszkaniu, gdzie przybyli w asyście policji. Zamiast tysiąca euro - zatrzymanie. Prosta historia. Jest skradziony obiekt, jest domniemany sprawca kradzieży i szybka akcja, która znajdzie swój finał w sądzie. W przypadku licytacji w renomowanym domu aukcyjnym Grisebach akawareli Wassilego Kandinskiego skradzionej w 1984 r. z warszawskiego Muzeum Narodowego tak prosto już nie jest. 

Licytacja mimo zawiadomienia

Mimo że Grisebach został powiadomiony przez stronę polską, iż ma w swoim katalogu obraz pochodzący z kradzieży, dom aukcyjny zdecydował się na licytację i przeprowadził ją 1 grudnia. Jawnie. Każdy zainteresowany mógł śledzić przebieg aukcji na swoim ekranie komputera, to, co działo się za kulisami, pozostało zakryte. Jak napisał dwa dni później dziennik „Tagesspiegel”: „Podczas licytacji przed domem aukcyjnym zjawiły się – jak twierdzą naoczni świadkowie – dwa policyjne samochody. Funkcjonariusze zażądali spotkania z dyrektorem zarządzającym Grisebacha”. W sali podczas aukcji był obecny konsul RP w Niemczech Marcin Król, który wcześniej przekazał władzom domu aukcyjnego oświadczenie niniejszej ­treści: 
„W imieniu państwa polskiego chciałbym zakomunikować, iż oferowany w dniu dzisiejszym przez dom aukcyjny Grisebach obraz Wassilego Kandinskiego »Ohne Titel« – lot 31, jest dziełem sztuki skradzionym w 1984 r. z Muzeum Narodowego w Warszawie. Wskazana przed dom aukcyjny Grisebach proweniencja/historia obrazu wskazuje jasno i klarownie, że obraz znajdował się w polskich zbiorach publicznych i, co ważniejsze, posiada oznaczenia własnościowe jednoznacznie wskazujące na jego pochodzenie z Muzeum Narodowego w Warszawie. W związku z powyższym jakakolwiek jego sprzedaż po momencie kradzieży nie może być uznana za działanie w dobrej wierze. Dom aukcyjny Grisebach został poproszony przez polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego o wycofanie obrazu z aukcji, co jest w zaistniałej sytuacji jedynym słusznym i moralnym działaniem. Z tego też względu na stanowcze potępienie zasługują jakiekolwiek decyzje i działania, które zmierzają do sprzedaży tego obrazu – skradzionego z polskich zbiorów publicznych. Pragnę również poinformować, iż obraz Wassilego Kandinskiego został zgłoszony przez stronę polską do bazy skradzionych dzieł sztuki prowadzonej przez Interpol”. Koniec oświadczenia. 

Ani wizyta policji, ani interwencja Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie zatrzymały aukcji. Akwarela osiągnęła cenę 310 tys. euro. „Codzienna” zwróciła się o komentarz do domu aukcyjnego Grisebach, ale i do konkretnych ekspertów zajmujących się ustalaniem pochodzenia obiektów. Żaden nie zareagował na naszą prośbę, Grisebach przesłał jedynie do mediów swoje oświadczenie, wskazujące, że zdecydował się zawiesić sprzedaż akwareli. W oświadczeniu rzecznik Grisbacha, Sarah Buschor, czytamy:

„Dom aukcyjny Grisebach jest zobowiązany do sprawdzania wszystkich obiektów pod kątem autentyczności, proweniencji i własności. Grisebach traktuje ten obowiązek bardzo poważnie i zatrudnia zespół 40 ekspertów, w tym historyków sztuki i badaczy proweniencji. Również w przypadku akwareli Kandinskiego analiza została wykonana z dużą starannością. Wykazała, że obraz od kilkudziesięciu lat był w posiadaniu osób, które zgłosiły go na aukcję, i został zakupiony podczas jawnej aukcji w domu aukcyjnym Sotheby’s w Londynie w pierwszej połowie lat 80

O możliwej kradzieży obrazu z polskiego muzeum dom aukcyjny Grisebach został zawiadomiony na krótko przed aukcją za pośrednictwem komunikatu polskiego resortu kultury. Po tym zawiadomieniu niezwłocznie przystąpiono do analizy prawnej, która jednoznacznie wykazała, że nie ma zastrzeżeń prawnych, które przemawiałyby przeciwko licytacji. Niezależnie od tego dom aukcyjny Grisebach skontaktował się z osobami sprzedającymi i nabywcami akwareli i dołoży wszelkich starań, aby przeprowadzić dodatkową kontrolę sądową w celu uzyskania wiążących wyjaśnień. Do tego czasu dalsza realizacja tego procesu przez Grisebach zostaje zawieszona"

Na dodatkowe zapytanie „Codziennej”, czy w takim razie można uznać, że sprzedaż do wyjaśnienia sprawy odwołano, uzyskaliśmy odpowiedź twierdzącą. 

Refleksja wewnętrzna

Zdaniem Jarosława Sellina, wiceministra kultury i dziedzictwa narodowego i generalnego konserwatora zabytków, reakcja Grisebacha była po części wynikiem zainteresowania, jakie wzbudziła na świecie sprzedaż akwareli: – Mimo przeprowadzenia aukcji i sprzedaży tego obrazu sam proces jego sprzedawania został zatrzymany. Myślę, że jest to skutek refleksji wewnętrznej, która tam nastąpiła. Chyba zauważono, że jest to sprawa, którą się interesuje świat – bardzo dużo mediów zagranicznych. Jest to zapewne również skutek gwałtownego obniżenia ich ratingu zaufania, które nastąpiło w ciągu tych kilku dni. W związku z tym podjęli decyzję, że mimo przeprowadzenia aukcji ta sprzedaż na razie nie będzie „skonsumowana” i że poddadzą się procedurze sądowej, żeby wyjaśnić status obrazu i jego przyszły los – mówi Jarosław Sellin w rozmowie z „Codzienną”. Czy zatem państwo polskie czeka proces w niemieckim sądzie o odzyskanie tego obrazu?

– Być może to będzie rozstrzygane na gruncie sądu niemieckiego. Mamy też inne możliwości, o których nie będę teraz mówił. Według mojej wiedzy tydzień przed tą aukcją nasz Departament Restytucji Dóbr Kultury i Strat Wojennych, który zajmuje się poszukiwaniem dzieł ukradzionych bądź zaginionych, zauważył ten obraz w katalogu aukcyjnym i rozpoczął działania. W związku z tym dostarczył dokumentację do ambasady. Konsul osobiście udał się do domu aukcyjnego, złożył tam pełną dokumentację świadczącą, że to jest obraz skradziony, który znalazł się tam w wyniku przestępstwa, i należy się jego zwrot. Niestety kierownictwo domu aukcyjnego nie zechciało porozmawiać z konsulem, nie wpuściło go do środka, tylko poprosiło o pozostawienie dokumentów. Potem jednak uznało, że obraz został nabyty w dobrej wierze i zgodnie z prawem niemieckim, które mówi, że po 30 latach posiadania jakiegoś dzieła posiadający staje się jego legalnym właścicielem i może je sprzedać. Potem nastąpiła zmiana tej decyzji i na razie jest stan, o którym mówiłem na początku

– komentuje Sellin. 

40 ekspertów i żaden nie zauważył stempla

Dom aukcyjny Grisebach szczyci się swoją historią i szerokimi kontaktami w świecie sztuki (ponad 30 tys., jak wylicza na stronie internetowej) oraz rzetelnością, z jaką podchodzi do sprawdzania obiektów przyjmowanych na aukcję. Już sama lokalizacja zobowiązuje, willa przy Fasanenstrasse 25 powstała w latach 1891–1922, wybudowana według projektu i na własny użytek przez architekta Hansa Grisebacha. To w tym domu mieszkał i prowadził swoje atelier ten jeden z najznamienitszych przedstawicieli historyzmu.

Wróćmy jednak do oświadczenia rzeczniczki Grisebacha – dom aukcyjny tłumaczy, że bardzo poważnie traktuje obowiązek sprawdzenia obiektów pod kątem autentyczności, proweniencji i własności i że zatrudnia „zespół 40 ekspertów, w tym historyków sztuki i badaczy proweniencji”. Dlaczego w takim razie żaden z ekspertów nie przyjrzał się historii stempla z Muzeum Narodowego i czy w związku z tym dom aukcyjny może się zasłaniać niewiedzą w kwestii pochodzenia akwareli? Jarosław Sellin nie ma wątpliwości. – Już od połowy lat 80. w środowisku znawców, marszandów i historyków sztuki była wiedza o tym, że ten obraz został ukradziony z Warszawy. Wiadomość o tym znalazła się również w jednym z międzynarodowych katalogów skradzionych dzieł sztuki.

– Dodatkowo natychmiast po wykryciu tej aukcji powiadomiliśmy Komendę Główną Policji, a ona powiadomiła Interpol – teraz wiadomość o tym, że obraz pochodzi z kradzieży, jest również w zasobach Interpolu – odpowiada Sellin. 
W niewiedzę Grisebacha o pochodzeniu obrazu nie wierzy Konrad Lewandowski, znawca rynku sztuki, syn zmarłego w styczniu tego roku malarza Janusza Lewandowskiego. – Nie wyobrażam sobie, by poważny dom aukcyjny nie sprawdził tego stempla, to są podstawy. Podejrzewam, że kiedy licytacja stała się głośna medialnie, w głowach władz domu aukcyjnego zapaliła się czerwona lampka i postanowiono sprawę jakoś wyprostować, bo takie sytuacje zdecydowanie nie służą budowaniu wiarygodności – mówi Konrad Lewandowski. – Dom aukcyjny lub galeria, które organizują aukcję dzieł sztuki, zobowiązane są do sprawdzenia autentyczności obiektu i proweniencji pracy – zauważa z kolei Robert Swaczyński, ekspert rynku aukcyjnego, współwłaściciel warszawskiej Wallspace Gallery. Jak tłumaczy, w przypadku autentyczności organizator kontaktuje się z żyjącym artystą, który stworzył dzieło, lub jego spadkobiercami. W innej sytuacji zgłasza się do eksperta, najczęściej historyka sztuki, który zna się na twórczości malarza lub rzeźbiarza. To właśnie ten fachowiec wystawia atest autentyczności danego obiektu, a dom aukcyjny umieszcza go w katalogu aukcyjnym.

Gdy stwierdzi się, że praca jest falsyfikatem, utraconym lub skradzionym dziełem, nie dopuszcza się go na aukcję i zwraca właścicielowi, ewentualnie zgłasza policji lub prokuraturze. Kolejnym krokiem jest analiza proweniencji obiektu. Kiedy dokumentacja artysty lub spadkobierców wskazuje na oryginał, sprawa jest czysta. Obraz lub rzeźba reprodukowane w katalogu bądź albumie i biorące udział w wystawach są dostatecznym powodem, by uznać je za autentyczne. Robert Swaczyński zapytany o berliński dom aukcyjny i możliwe tło transakcji, odpowiada: – Akwarela Wassilego Kandinskiego „Kompozycja” z 1928 r. trafiła na aukcję do niemieckiego domu aukcyjnego Grisebach. Berlińczycy znani są z renomy i należą do czołówki najlepszych sprzedawców dzieł sztuki w Europie. Obiekt w latach 80. sprzedany został w londyńskim Sotheby’s. I prawdopodobnie na podstawie tej transakcji Grisebach zdecydował się na umieszczenie akwareli w swoim katalogu aukcyjnym.

Dziwi jednak fakt, że mimo oznaczeń i naklejki Muzeum Narodowego w Warszawie na odwrocie obrazu nie zostało to sprawdzone przez pracowników domu aukcyjnego. Sam fakt sprzedaży na europejskim rynku aukcyjnym dzieła Kandinskiego w Sotheby’s nie sprawia, że nie trzeba dogłębnie przeanalizować proweniencji. A działanie Grisebacha po zgłoszeniu pracy jako kradzionej przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego oraz polską ambasadę w Niemczech jest kompletnie niezrozumiałe i działające na szkodę dobrego imienia domu aukcyjnego.

Mimo tych informacji berlińczycy dopuścili „Kompozycję” do aukcji, na której ją wylicytowano. Prawdopodobnie z powodu nagłośnienia sprzedaży kradzionego dzieła ją wstrzymano. Tłumaczenia pracowników Grisebacha, że dopełnili wszystkich obowiązków przed wystawieniem Kandinskiego, są wyłącznie próbą wyjścia z twarzą z tej sytuacji.

Berlin milczy

W Niemczech wiele się mówi o dziełach sztuki zagrabionych w trakcie II wojny światowej i nawet jeżeli polityka symbolicznego uderzania się w piersi za grabież dzieł sztuki nie idzie zawsze w parze z chęcią ich oddania, to tzw. Raubkunst z czasu III Rzeszy jest tematem mocno eksploatowanym, a w ostatnich latach został uzupełniony o obiekty wywiezione przez Niemców ze swoich dawnych kolonii w Afryce. Już na początku swojej kadencji Claudia Roth, minister stanu w Urzędzie Kanclerza Federalnego, odpowiadająca za sprawy kultury i mediów, podkreślała potrzebę stopniowego zwracania państwom Afryki obiektów zagrabionych przez Niemcy. Sztuka skradziona po II wojnie światowej jednak nie jest chyba tematem do dyskusji. Przynajmniej taki wniosek płynie z braku odpowiedzi na zapytanie „Codziennej” w sprawie akwareli Kandinskiego skierowane zarówno do minister Roth, jak i wicerzecznika rządu federalnego oraz osób odpowiedzialnych za resort kultury na poziomie landowym, w senacie Berlina. I jest jeszcze Niemieckie Centrum Strat Kultury w Magdeburgu zajmujące się wnikliwie zrabowanymi dziełami sztuki, ale i tu nikt nie czuł się kompetentny, by skomentować sprawę licytacji. 

„Misja naszej fundacji odnosi się do dóbr kultury zagarniętych w wyniku prześladowań, tj. grabieży nazistowskich, konfiskaty dóbr kultury w sowieckiej strefie okupacyjnej oraz materiałów kulturowych i kolekcjonerskich z kontekstów kolonialnych, a także do strat wojennych bezpośrednio po II wojnie światowej. W związku z tym nie jesteśmy w stanie skomentować tej sprawy” – czytamy w odpowiedzi przesłanej przez rzecznik prasową Centrum, Lenę Grundhuber. Być może niechęć do odnoszenia się akurat do rabunku sprzed niemal 40 lat ma swoje źródło w prawie niemieckim, które pozwala, by po 30 latach od kradzieży dzieła sztuki przejść nad nią do porządku dziennego? Czyli – gdyby mieszkaniec Hanoweru chciał zlicytować na internetowej aukcji Lorda Vadera z lego po trzech dekadach od jego „uprowadzenia” sprzed sklepu, mógłby to zrobić bez żadnych konsekwencji. 

– Z tego, co wiem, nie ma w Europie drugiego kraju z takim prawem. Sami Niemcy zauważyli, że mają z tym problem i że to na pewno nie jest dobry standard. W umowie ko-alicyjnej obecnej koalicji jest punkt o zmianie tego prawa, ale to jeszcze nie nastąpiło. Mam nadzieję, że międzynarodowy wymiar tej afery przyspieszy w Niemczech zmianę tego dziwnego prawa, które pozwala coś ukradzionego lub posiadanego w wyniku przestępstwa przetrzymać w sejfie lub w ukryciu przez 30 lat, a potem legalnie sprzedać za duże pieniądze – mówi Jarosław Sellin. 

Sztuka elitarna

Już w dzień po aukcji w Grisebachu dziennik „Berliner Zeitung” podał, że właścicielką akwareli Kandinskiego jest Inga Maren Otto, wdowa po przedsiębiorcy Wernerze Otto, której majątek „Forbes” szacuje na 2,5 mld dol. Pani Otto, tak jak jej mąż, kolekcjonuje działa sztuki. Według „Berliner Zeitung” obrazy wystawione na aukcji w Grisebachu to część kolekcji, która poszła pod młotek w związku z przeprowadzką ich właścicielki do Stanów Zjednoczonych. Inga Maren Otto jest jedną z najhojniejszych fundatorek i mecenasów sztuki w Niemczech, wspiera zarówno projekty ratujące zdrowie i życie, jak i muzea, opery, akademie naukowe, gminy kościoła ewangelickiego, stypendia dla młodych pianistów oraz wiele innych.  W ostatnich latach (od 2017 r., kiedy informację podano do wiadomości) Maren Otto ufundowała 4,5-metrowy krzyż, umocowany już dziś na kopule odbudowanego Pałacu Pruskiego (Humboldtforum) w Berlinie. Ku pamięci swojego zmarłego w 2011 r. męża. Sam Werner Otto zapisał się w historii zachodnich Niemiec jako jeden z pionierów cudu gospodarczego. Może gdzieś w domowych archiwach mają Państwo jeszcze grube katalogi domu wysyłkowego Otto. Tak, to dzieło Wernera Otto.
„Codzienna” wysłała do Maren Otto prośbę o komentarz. Do zamknięcia niniejszego wydania gazety nie otrzymaliśmy jednak odpowiedzi. 

Co dalej?

Czy Polsce uda się odzyskać akwarelę Kandinskiego? – Myślę, że w ramach procesu sądowego możemy uzyskać wyrok o zwrocie tego obrazu. A jak będzie wyglądać rozliczenie finansowe, to już jest problem wewnątrzniemiecki. Wydaje mi się, że Niemcy, którzy lubią siebie opisywać jako „mocarstwo moralne” o niezwykle wyśrubowanych standardach, które rozliczyło się z przeszłością i lubi pouczać innych, rzekomo nierozliczonych – jeżeli chcą utrzymać ten wizerunek, to powinni tę sprawę rozwiązać – podsumowuje Jarosław Sellin.

Czy rozwiążą? Jak zawsze w takich sytuacjach – czas pokaże. Dobrze by było, żeby sprawa ze skradzioną z Muzeum Narodowego akwarelą na nowo rozpaliła debatę o konieczności zmiany prawa, które pozwala, by po 30 latach od kradzieży uznać dzieło sztuki za legalne. Po raz ostatni tego typu dyskusja miała w Niemczech miejsce przy okazji skandalu z kolekcją zrabowanej sztuki w zbiorach Corneliusa Gurlitta. 

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

#Grisebach #Niemcy

Olga Doleśniak-Harczuk/Antoni Opaliński
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo