Ważny gest solidarności, na który papież zdobyć się nie umie

Justin Welby, arcybiskup Canterbury i duchowy zwierzchnik Wspólnoty Anglikańskiej, przyjechał do Kijowa. Z jego ust padły ważne i mocne słowa, a on sam okazał prawdziwą solidarność z prześladowanym narodem.

Welby chwalił niezwykłą odwagę Ukraińców, podkreślał, że chce „być z ludźmi, którzy z powodu konfliktu i wojny czują się niewiarygodnie odizolowani”, a także że obawia się katastrofy humanitarnej. - Ta wizyta ma na celu okazanie solidarności z nimi, ponieważ stoją w obliczu bardzo trudnej zimy - podkreślał już w Kijowie. A w czasie wcześniejszego spotkania w Warszawie z uchodźcami mówił, że chce okazać im zwyczajne ludzkie ciepło. - Były to niemal wyłącznie kobiety, które uciekły z Ukrainy, w niektórych przypadkach z dziećmi, pozostawiając za sobą mężów, chłopaków, partnerów służących w wojsku. Tak więc czuły się naprawdę samotne, odizolowane i zalęknione - powiedział Welby.

To naprawdę ważny gest. A dla mnie jako dla katolika jest czymś naprawdę przykrym, że nie jest w stanie zdobyć się na niego papież. Franciszek wielokrotnie zapewniał, że jest gotów pojechać na Ukrainę, ale później zmieniał zdanie. Dlaczego? Tego też nie ukrywał, żeby nie narazić się Rosji. I choć od jakiegoś czasu otwarcie (choć niezwykle ostrożnie i nieczęsto) mówi o tym, że to właśnie „państwo rosyjskie” odpowiada za wojnę, to jednocześnie niemal każdą taką wypowiedź opatruje kolejnymi zastrzeżeniami. Kilkanaście dni temu mówił o tym, że wojnę prowadzą najemnicy i żołnierze, a nie Rosjanie, ci bowiem należą do narodu Dostojewskiego. Kilka dni temu - w wywiadzie dla jezuickiego magazynu „America” przekonywał, że najbardziej okrutni na tej wojnie wcale nie są Rosjanie, ale Buriaci i Czeczeni. To niestety uświadamia, że papież ani tej wojny, ani poziomu degradacji moralnej w Rosji, ani nawet Dostojewskiego zwyczajnie nie rozumie.

Jest czymś głęboki frustrującym, że zwierzchnik Kościoła i głowa Państwa Watykańskiego operuje w ocenie wojny kategoriami wyniesionymi z lektury włoskich gazet. Nie widać w tych wypowiedziach minimalnego pogłębienia, wyjścia poza stereotyp, poza dziennikarskie wnioski. Teza o szczególnym okrucieństwie Buriatów i Czeczenów wielokrotnie już była weryfikowana i odrzucana. Rosjanie są w czasie tej wojny równie okrutni, a czasem okrutniejsi. To nie są jacyś obcy, inni, ale zupełnie zwyczajni Rosjanie, w cywilu wykonujący zupełnie zwyczajne zawody. I muszę powiedzieć, że to jednak dla mnie jest szok, że człowiek, który stoi na czele tak potężnej instytucji, który jest władcą absolutnym nie próbuje wyjść w swoich diagnozach i analizach poza doniesienia medialne. I to dość jednostronne.

Frustrujące jest zaś dla mnie to, że to arcybiskup Canterbury daje świadectwo Ewangelii w czasie tej wojny, a nie papież.

 



Źródło: niezalezna.pl

 

Tomasz P. Terlikowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo