Fałszywe stronnictwo pokoju

Im bardziej Rosja przegrywa na froncie, tym bardziej podnoszą się głosy na świecie, że już dosyć tego i czas na negocjacje. Za czym naprawdę opowiadają się ci, którzy właśnie teraz chcą pozwolić Rosji złapać oddech?

Doradca prezydenta Ukrainy Ołeksij Arestowycz powiedział, że każdy taki głos ze strony polityka, eksperta czy nawet publicysty z Zachodu w uszach Ukraińców brzmi jak zdrada lub co najmniej demobilizacja, a w uszach Rosji i innych tyranów jak zachęta do dalszych agresji. Czyli fałszywa troska o pokój, „rozmowy pokojowe”, „zawieszenie broni” de facto przedłużają wojnę. Dają bowiem nadzieję ludojadom, że można popełnić nawet najgorsze zbrodnie, a i tak istnieje furtka do negocjacji. Takie reżimy nigdy nie traktują negocjacji ani nawet umów sporządzonych na ich bazie jako cel ostateczny. To zawsze tylko zyskiwanie na czasie przed kolejną agresją. Taka jest logika tyranii.

Skamlenie o pauzę

Zresztą oni już nawet tego nie ukrywają. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow powiedział, że obecne ataki rakietowe na infrastrukturę Ukrainy mają na celu zmuszenie jej władz do rozmów, a rosyjski propagandysta, pisarz i parę lat temu „zielony ludzik” w Donbasie Zachar Prilepin powiedział w rosyjskiej telewizji, że zawieszenie broni i rozmowy pomogłyby Rosji zyskać czas i przygotować się do kolejnych ataków. Wpisuje się w to wypowiedź szefa FIFA Gianniego Infantino, który chce zawieszenia broni na czas mundialu.

Jak zwykle zasmuca obecność w takim gronie wypowiedzi papieża Franciszka, który po raz kolejny wezwał do rozmów i zawieszenia broni. No i jest cała reszta: niewielki, ale głośny chór amerykańskich „realistów” (w rzeczywistości – surrealistów) lub izolacjonistycznych skrajnych skrzydeł w Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej. Do tego premier Węgier Viktor Orbán, który nawiasem mówiąc, z miłości do Polski ostatnio przerzucił się na miłość do Serbii.

Co ciekawe, jakoś mniej słychać ostatnio głosów wzywających do rozmów z Rosją ze strony władz Francji i Niemiec. Francja przekazuje kolejne partie ciężkiego uzbrojenia Ukrainie, a kanclerz Niemiec Olaf Scholz powtarza za prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim, że warunkiem rozmów jest wycofanie się Rosji z Ukrainy. Na razie za wcześnie, by ogłaszać przełom, ale jest to z pewnością interesujące.

Co do elit wojskowych i politycznych USA, od których najwięcej zależy, to nie ma tematu zmuszania Ukrainy do rozmów. Jest jednak polemika, jak między szefem kolegium połączonych sztabów armii USA Markiem Milleyem i byłym głównodowodzącym amerykańskich wojsk w Europie emerytowanym (ale wpływowym) generałem Benem Hodgesem co do tego, czy Ukraina jest w stanie odzyskać całe terytorium na polu bitwy, czy nie. Hodges uważa, że jak najbardziej i jest to możliwe w ciągu paru miesięcy. Milley w przeciwieństwie do Hodgesa jest sceptyczny. Wierzy w „polityczne rozwiązanie”, a to dlatego że uważa, iż Rosja jest prawie na kolanach, więc można jej podyktować warunki pokoju. Hodges twierdzi, że to nierealistyczne założenie.

Ta polemika pokazuje główne osie sporu w USA. Jeśli chodzi o elity obu partii i wojska, nie ma sporu o to, czy pomagać Ukrainie odzyskać integralność terytorialną, dostarczać broń itd., tylko o to, jak szybko ma przyjść triumf Ukrainy i co zrobić z upadającą Rosją. Innymi słowy, USA są w okresie wypracowywania nowej strategii – nie co do wojny na Ukrainie, ale wobec Rosji. Trochę to musi potrwać, a medialne „wrzutki” radykałów i pożytecznych idiotów w przestrzeni publicznej USA mają tylko ten proces zakłócić.

Scenariusz zdrady

Załóżmy jednak, że doszłoby do zdrady (co jest mało prawdopodobne) i Rosja dostałaby upragnioną „pieredyszkę”. Co wtedy? Rozmowy, które nie przynosiłyby efektu, być może kolejne terrorystyczne ataki rakietowe Rosji pod pretekstem, że Ukraina łamie zawieszenie broni. Tylko że wtedy to Ukraina musiałaby się tłumaczyć. A za pół roku, rok, Rosja zaatakowałaby znowu. Tym razem najprawdopodobniej nie ograniczyłaby się jedynie do Ukrainy. Widząc, że w 2022 r. Ukrainę uratowała pomoc Zachodu, m.in. Polski i krajów bałtyckich, doszłoby do ataku, co najmniej hybrydowego, na nasze kraje. Zagrażającego naszej integralności terytorialnej i wolności.

Rosja przez ten czas zebrałaby koalicję krajów chcących zniszczyć porządek międzynarodowy, bo znowu uwierzyłyby w Rosję. Reżim irański już ma po swojej stronie. Chiny, widząc niezdecydowanie Zachodu, może znowu bardziej zbliżyłyby się do Rosji i uderzyły na Tajwan. Zagrożeniem dla porządku w Europie, jak wspomniałem, są też władze Węgier i Serbii. Kraje te nawet nie ukrywają, że nie bardzo podoba im się ład w Europie, na przykład granice. Destabilizacja na Bałkanach i w Europie Środkowej byłaby dodatkowym nieszczęściem.

Tak otwarłyby się wrota piekieł. Nie tylko dla Ukrainy, nie tylko dla naszego regionu. Nie chodzi też o to, że byłyby kolejne Bucze, Irpienie, Iziumy, Chersonie. Ludobójstwo, pewnie nawet na większą skalę. Chodzi też o to, że wszędzie na świecie rozpaliłyby się spory graniczne prowadzące do wielkich wojen. USA i ich sojusznicy nie byliby w stanie ugasić tych wszystkich pożarów. Zapanowałyby globalny chaos i kryzys, jakich sobie nie wyobrażamy, być może prowadzące do zmierzchu Zachodu i idei wolności. Tak w praktyce wyglądałby ten „multilateralizm”, o którym z taką czcią mówią Franciszek i inne pięknoduchy.

Przyszłość Polski oczywiście też byłaby zagrożona. Dlatego tak trudno zrozumieć, że w Polsce jeszcze tu i ówdzie są publicyści, którzy powtarzają za Orbánem, że trzeba przestać pomagać Ukrainie i doprowadzić do zawieszenia broni. Być może po prostu brakuje im rozumu.

Scenariusz chwały

Drugim scenariuszem, bardziej prawdopodobnym, jest nieugięcie się i pokonanie Rosji. Inny doradca prezydenta Ukrainy Mychajło Podoliak mówi w rozmowie z francuską agencją AFP: „Gdy masz inicjatywę na polu bitwy, trochę dziwacznie jest otrzymywać propozycje takie jak: nie będziecie w stanie zrobić wszystkiego metodami wojskowymi, musicie negocjować”. Według niego to tak, jakby kraj, który odzyska swoje terytoria, miał skapitulować wobec kraju, który przegrywa.

Dlatego sądzę, że dużo bardziej prawdopodobny jest scenariusz, iż Rosja przegrywa na Ukrainie w ciągu kilku miesięcy, najwyżej roku. Co będzie dalej z Rosją, to inne pytanie. Myślę, że się rozpadnie, ale zanim to nastąpi, należy doprowadzić do jej denuklearyzacji, którą będzie mógł wymóc Zachód. Rosja będzie na kolanach, a Zachód będzie potęgą.

W przypadku zwycięstwa Ukrainy Zachód okazałby się potężnym obrońcą ładu międzynarodowego, nienaruszalności granic, suwerenności i wolności narodów, a Polska odgrywałaby w nim istotną rolę. Znowu Zachód stałby się „świecącym miastem na wzgórzu”. Kraje spoza naszej cywilizacji będą musiały przemyśleć i swój stosunek do niego, i to, czy opłaca im się budować przyszłość, opierając się na tyranicznych rządach. To może być początek nowej, lepszej ery w stosunkach międzynarodowych, początek nowej ery wolności, rozumianej już znacznie bardziej rozsądnie niż w ostatnich 20–30 latach.

Jesteśmy więc w momencie zwrotnym. Decyduje się nasza przyszłość. Nie bójmy się Rosji, jej gróźb, także nuklearnych, bo są nic niewarte. Bójmy się zdrady. Jeżeli zdrady nie będzie, świat, który się wyłoni po zwycięstwie Ukrainy, będzie z pewnością lepszy.

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

Marcin Herman
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo