Putin wysłał ich na wojnę. Rezerwiści nie dostają nawet chleba. Co gotują? Kukurydzę ukradzioną z pola

Rodziny wojskowych w rozmowie z niezależnymi mediami przyznali, że rosyjscy rezerwiści wysłani na front na Ukrainę nie mają tam nawet chleba. - Są zmuszeni gotować kukurydzę, którą znaleźli na polach - ich relacje przytacza dziś Radio Swoboda.

Aleksiej Witwicki/ Gazeta Polska

"(Żołnierze) mogą zjeść tylko raz dziennie. Są zmuszeni spać na ziemi, pod gołym niebem. Jeden śpiwór na pięć osób - oto ich wyposażenie. Ponadto część rzeczy, które kupiliśmy (zmobilizowanym) za nasze własne pieniądze jeszcze w Tiumeniu, została im odebrana"

- przyznała żona jednego z rezerwistów, cytowana przez portal Sibir.Realii, projekt medialny Radia Swoboda.

"Oni nie są przyporządkowani do żadnej jednostki wojskowej, za tych ludzi nikt nie odpowiada. W nocy pełnią wartę na ślepo, ponieważ nie mają środków łączności ani noktowizorów" - dodały rodziny żołnierzy.

W opowieściach tych powtarzają się doniesienia, że mężczyźni są nierzadko wysyłani na front bez żadnego wcześniejszego przeszkolenia lub po zaledwie kilku dniach ćwiczeń.

"Po prostu zostali porzuceni i pozostawieni sami sobie. Zapasy żywności już się kończą, nie mają kuchni polowej. (...) Jeśli chodzi o umundurowanie - jeden (komplet) odzieży przeciwdeszczowej na pięć osób. Jeśli chodzi o uzbrojenie - jeden magazynek z 10 nabojami"

- przekazują rozmówcy niezależnych mediów.

"Aż włosy stają dęba, gdy chłopcy opowiadają, co się tam wyprawia. (...) Jeden zapas suchego prowiantu i półtora litra wody na dwie osoby w ciągu doby. A i to, jeśli się uda. (...) Nie mają czego jeść i w co się ubrać. Marzną i głodują. (...) Wolontariusze, którzy wozili im pomoc humanitarną, potwierdzili, jakie u chłopaków oczy, jak się cieszą, gdy zobaczą puszkę konserw. (...) Tam nawet chleb jest uważany za luksus" - powiedziały żony rezerwistów z Tomska na Syberii.

"Wyobraźcie sobie - na cały dzień przysługuje nam kawałek chleba, jak za czasów blokady Leningradu (podczas II wojny światowej - red.). (...) (Dlatego) jedzenie kupujemy sobie sami, za własne pieniądze. Nawet kociołki, łyżki, kubki" - przyznał jeden z żołnierzy walczących na Ukrainie.

Wojskowi narzekają również na fatalną jakość uzbrojenia.

"Gdy pokazali mi mój sprzęt, długo się śmiałem. Nasze czołgi i pojazdy opancerzone są z czasów sowieckich. (...) Musieliśmy to doprowadzić do porządku, ale armia nie ma na to pieniędzy. Wszystko nabywaliśmy na własny koszt - narzędzia, części zamienne. Zmontowaliśmy to najlepiej, jak potrafiliśmy. Wszystkiego uczyliśmy się z książek, nawet kupowaliśmy podręczniki w internecie"

- wspominał Fiodor, zmobilizowany w Kraju Zabajkalskim.

Prezydent Rosji Władimir Putin wydał 21 września dekret o częściowej mobilizacji na wojnę z Ukrainą oraz zagroził "użyciem wszelkich środków", by bronić Rosji przed rzekomym zagrożeniem ze strony Zachodu. W ocenie niezależnego portalu Meduza branka może w najbliższych miesiącach objąć nawet 1,2 mln mężczyzn, głównie spoza dużych miast.

Tuż po decyzji Putina pojawiło się wiele doniesień o chaosie organizacyjnym podczas mobilizacji. Do armii powoływano m.in. osoby niepełnosprawne i bez doświadczenia w armii. Odnotowywano liczne przypadki pijaństwa wśród poborowych, alarmowano też o fatalnych warunkach zakwaterowania rezerwistów i niskiej jakości wydawanej im broni.

We wrześniu i październiku setki tysięcy mężczyzn opuściło Rosję lub próbowało to uczynić, obawiając się wysłania na front.

Zmobilizowany Rosjanin trafia na wojnę średnio po siedmiu dniach od otrzymania wezwania, a ginie - po 12; na polu walki spędza zaledwie około czterech dni - poinformował pod koniec października ukraiński projekt InformNapalm.

 



Źródło: niezalezna.pl, PAP

 

#Ukraina

mg
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo