Immunitet albo nahajka

Klasyczny, łaciński termin „immunitas” oznacza uwolnienie od obciążeń. Jest to instytucja korzystna dla państwa, gdy odnosi się do ludzi, którzy w służbie publicznej mogą podlegać rozmaitym naciskom. Istota immunitetu tkwi właśnie w uwolnieniu ich od nacisków, które mogą przeszkadzać w realizowaniu misji dla dobra wspólnego. Immunitet nie jest zatem przywilejem, lecz narzędziem ułatwiającym bezkompromisowe pełnienie funkcji publicznej.

Już tak zarysowana definicja jest wielce niekorzystna dla naszej „klasy” (chciałoby się rzec chewry) politycznej. Pokazuje bowiem dystans pomiędzy klasyką a… klasycznym zdeprawowaniem. Jednak na wschodzie – niestety, przez lata sowieckiej okupacji i u nas – wytworzył się zupełnie inny (od rzymskiego pojmowania) przywilej – jest to immunitet praktyczny, który bardziej precyzyjnie można nazwać „beznakazannost szlioch”. Tłumaczył nie będę z uwagi na wymogi kultury, ale ten termin – bardziej niż rzymskie pięknoduchostwo – lapidarnie i adekwatnie oddaje istotę problemu. Mechanizm „bez” (od ruskiego, mięsistego określenia) bezczelnie i z odcieniem chamskiego potu funkcjonuje sobie w najlepsze na salonach w Republice Okrągłego Stołu od czasu knajackich porozumień przy „okrągłym stole”, gdzie banda dysponujących siłą renegatów dogadała się z żądnymi pieniędzy i wpływów dysydentami ze swojego grona – co Polakom zostało przedstawione jako swoista operetka dekomunizacji i wyzwolenia Polski. Oto stworzona została kasta dzierżawców kastowych przywilejów. Fawory wobec dawnych komunistów teraz rozszerzono na całą kastę polityków pełniących ważne funkcje i ich rodziny, sędziów i prokuratorów oraz co bardziej znacznych celebrytów, którzy mogą się do czegoś przydać. Wszystkie te „święte krowy nowego systemu” tylko teoretycznie podlegają przepisom prawa, w praktyce zawsze ktoś ich ochroni i wyciągnie, jak choćby mordercę ciotki Filipczyńskiego, z którego wojskowa bezpieka może zrobić choćby szanowanego bankiera w Szwajcarii, a postkomunistyczny prezydent grzecznie go ułaskawi. Rozparty na stołku cham nie musi zmieniać ani przyzwyczajeń, ani manier, jest świadomy, że należy mu się więcej, a gdy powinie mu się noga, będzie mógł liczyć na wsparcie ze strony swojej partiogangowej braci. 

Do świadomego posługiwania się bronią człowiek musi dorosnąć i przejść szkolenia w jej odpowiedzialnej i bezpiecznej obsłudze. Podobnie, niestety, jest ze sztandarowymi zabezpieczeniami rozwiniętej demokracji, do których należy właśnie instytucja immunitetu. Do tego społeczeństwo, opinia publiczna i sam ustrój państwa też musi dojrzeć. W naszym wypadku musi dojść do wyprania się z ruskich brudów i chłopskich przyzwyczajeń usadzania „rodziny na swoim”. Kargulowe „sądy sądami, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie” musi zastąpić Aureliuszowskie: „Bacz, byś nie postępował tak wobec ludzi niemających uczuć ludzkich, jak ludzie niemający uczuć ludzkich wobec ludzi”.

Sublimacja władzy nie następuje od razu, a sztuka jej uprawiania wiąże się z klasycznym gorsetem samoograniczeń. Do tego cywilizacja dorasta i ta powłoka wszędzie jest bardzo cienka. Każde mocne poruszenie sprawi, że ponad jej szlachetną suknię wybroczą ropne wyziewy ludzkiej natury.

Zastanawiacie się, ku czemu tak się skradam i zasłaniam definicjami? Tu niestety Was niczym nie zaskoczę. Przyglądam się choćby Marszałkowi Senatu, który skutecznie, i to od wielu miesięcy, blokuje odebranie mu immunitetu parlamentarnego w sprawie dotyczącej zwykłego łapownictwa, czyli tzw. ruskiej wziątki. Pan Grodzki często stroi senatorskie miny i takież przybiera pozy… co ściągnęło na niego całą tę klasyczną tyradę. Skoro bowiem, bratku, przybierasz Antoniuszowskie pozy, racz zerknąć w literaturę rzeczy. Wiem, nie uczynisz tego, bo karlałbyś (nawet we własnych oczach) z każdą przeczytaną stroniczką.

Buc, nawet wstawiony w najdroższe cholewki, nie staje się raptem wyrafinowanym miłośnikiem sztuki i poezji. Cham ze wschodniego barłogu nie będzie filozofem przez same jeno przebranie. Epitetów „Buc” i „Cham” nie kieruję już pod adresem nieszczęsnego Grodzkiego, ale bardziej w stronę ogólnego tyrana wschodniego, który rozparł się na byle stołku i łypie stamtąd władczym spojrzeniem na tych, którzy stoją niżej, a jednocześnie kundli się przed tymi, którym udało się wspiąć ponad niego.

Mówiąc krótko – immunitet jest dla ludzi cnotliwych, dla rozparzonego wieprza nauczką niestety bywa cięty nahaj.

Chcielibyśmy mężów stanu, a od lat wychowujemy wieprzy. To wina obyczaju wspólnego i słabości opinii publicznej. Sami sobie stworzyliśmy ludzi, którzy kompromitują nas publicznie i dopóki nie znajdziemy sposobu, aby to zmienić, nasza demokracja będzie miała bardziej twarz Grodzkiego niż Zbigniewa Herberta.
 

 



Źródło: Gazeta Polska

 

Witold Gadowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo