Reparacje dla Polski - Berlin milczy. Szef ISW: Kalkulują, czy dalej opłaca się im chować głowy w piasek

Odpowiedzialna dyplomacja wielkiego kraju europejskiego działa bardzo intensywnie. To, że tego nie widzimy, o niczym nie świadczy. Nie sądzę oczywiście, że chcą od razu nam zapłacić, ale kalkulują z pewnością, czy dalej opłaca się im chować głowy w piasek - mówi portalowi niezalezna.pl dr hab. Konrad Wnęk, dyrektor Instytutu Strat Wojennych im. Jana Karskiego, pytany o postawę Berlina wobec stawianej przez polski rząd kwestii reparacji za krzywdy wyrządzone w trakcie II wojny światowej.

Egzekucja więźnia na Radogoszczu
fotografia ze zbiorów Instytutu Pamięci Narodowej

Aleksander Mimier, Niezalezna.pl: Od powstania Instytutu Strat Wojennych, jest pan jego trzecim dyrektorem. Z czego bierze się rotacja?

Dr hab. Konrad Wnęk, dyrektor Instytutu Strat Wojennych, współautor raportu o stratach poniesionych przez Polskę w wyniku agresji i okupacji niemieckiej: Teorie spiskowe się mnożą, choć nie ma co się dopatrywać sensacji. Jeśli chodzi o pierwszego dyrektora Instytutu, dr. hab. Bogdana Musiała, nie udało mu się zorganizować odpowiednio prac Instytutu przez siedem miesięcy. Pan dyrektor  deklarował też publicznie, że nie będzie się zajmował tematem reparacji wojennych. Nastąpiło nieporozumienie; Instytut ma się zajmować tymi kwestiami - reparacji, odszkodowań, samego raportu. Przynajmniej teraz skupiamy się na tłumaczeniu raportu na kolejne języki, na jego dystrybucji. Raport ma pełnić bardzo ważną rolę. To nie są tylko wyliczenia autorstwa jakichś ekspertów. Oczekujemy od Niemiec reakcji na ten raport i wypłaty odszkodowań. Myślę, że pan premier podjął dobrą decyzję o odwołaniu dr. hab. Musiała.

Po tym rolę dyrektora Instytutu powierzono panu prof. Mirosławowi Kłuskowi. Idea powstania samego Instytutu to był zresztą jego pomysł. Został powołany w sierpniu - w bardzo gorącym czasie. Doskonale sprawdził się przy przygotowaniu, wydrukowaniu raportu. We wrześniu pojawiły się pierwsze reakcje na nasz raport. I przyznam szczerze, niektóre z nich mocno nas zaskoczyły. Szkalujące publikacje, obelgi przyczyniły się do tego, że prof. Kłusek zrezygnował. Jego stan zdrowia się pogorszył; nie chciał dalej pozostawać pod taką presją. Uznanie dla prac pana profesora jest bardzo wysokie. Po odejściu ze stanowiska dyrektora, premier powołał go w skład Rady Instytutu.

I mnie także nie pożałowano wyzwisk. Usłyszałem, że jestem docentem marcowym, faszystą, sługusem. Nawet moja koleżanka, z którą pracowałem wcześniej 15 lat, a która przeszła później na Uniwersytet Warszawski, była uprzejma wspomnieć, że rozliczy mnie historia. Pracę dla kraju nie zawsze się docenia, trudno.

Jaką widzi Pan rolę Instytutu w nadchodzących miesiącach?

Dalej zajmujemy i będziemy się zajmować raportem. Właśnie zastał mnie pan przy pracy nad broszurą, która ukaże się w języku angielskim. Chcemy propagować tezy zawarte w raporcie. Nie każdy na Zachodzie będzie miał ochotę czytać opasłe tomy raportu. Tworzymy więc mocno okrojoną wersję, we współpracy z Ministerstwem Spraw Zagranicznych.

Niedawno ukończyliśmy też tłumaczenie raportu na język niemiecki. Ten trafi do niemieckich polityków, elit intelektualnych, uczelni czy redakcji. Ważne, by prowadzić świadomą politykę. Musimy pokazać, jak ważna to dla nas kwestia.

Wiceszef MSZ Arkadiusz Mularczyk skieruje 50 not dyplomatycznych do państw sojuszniczych. Taki rozmach to efekt braku odpowiedzi Berlina na notę dyplomatyczną z 3 października?

Nie czyniłbym nadziei, że Berlin odpowie natychmiast. Nota dyplomatyczna, szczególnie tej wagi, wymaga czasu, rozmów i analiz. Niespecjalnie dziwi mnie, że Niemcy nie odpowiadają. Odpowiedzialna dyplomacja wielkiego kraju europejskiego działa bardzo intensywnie. To, że tego nie widzimy, o niczym nie świadczy. Nie sądzę oczywiście, że chcą od razu nam zapłacić, ale kalkulują z pewnością, czy dalej opłaca się im chować głowy w piasek.

Myślę, że realny termin na odpowiedź to co najmniej pół roku. Zapewne wyczekują na zmiany polityczne w naszym kraju; wiemy, jaki stosunek ma Berlin do obecnie rządzących w Warszawie.

Sam raport oczywiście tworzony był przez lata, ale nadszedł finał, ukończyliśmy go. Zdecydowaliśmy się na publikację; nie przejmujemy się krytyką, bo zawsze będzie „moment polityczny”.

Jeśli doszłoby do zmiany władzy, dalsze losy raportu i dochodzenia reparacji od Niemiec zależeć będą od polityków, którzy jednoznacznie krytykowali cały proces. 

Oczywiście może być tak, że kolejne wybory nie będą rozstrzygnięte na korzyść Zjednoczonej Prawicy. Mamy trudną sytuacje gospodarczą; wiadomo, że mogą pojawić się zawirowania. Jeśli władza się utrzyma, kierunek dotyczący reparacji będzie niezmienny. Wówczas Niemcy będą musiały odpowiedzieć.

Jeśli wziąć pod uwagę reakcje opozycji z pierwszych dni po publikacji raportu, możemy się spodziewać przesunięcia tej kwestii na dalszy plan, być może nawet wycofania samej noty. To raczej pytanie do przedstawicieli opozycji.

O rozmiarze zagłady nie trzeba dziś w Polsce nikogo przekonywać. Dlaczego nie idzie to parze z powszechnym przekonaniem o wyegzekwowaniu przez Polskę reparacji wojennych?

Nie zgodzę się z panem, że o skali krzywd nie musimy przekonywać polskiego społeczeństwa. Z badań wynika, że za dochodzeniem przez Polskę reparacji opowiada się od 56 do 64 proc. naszych rodaków. Mało, prawda? Powinniśmy mówić w tej sprawie jednym głosem. Zaniedbaliśmy politykę historyczną, zaniedbaliśmy uświadamianie społeczeństwa o wyrządzonych przez Niemcy krzywdach.

Reparacje nam się należą. Można realnie je uzyskać. To w jakiej wysokości, jest kwestią negocjacji. To żadne fantasmagorie. 

Zgodzę się zaś z tym, że społeczeństwa na Zachodzie nie mają pojęcia o tym, co działo się w Polsce w czasach II wojny światowej, może z wyjątkiem elitarnej grupy historyków czy polityków.

Zwracam jednak uwagę, że ta wiedza nie jest na wyciągnięcie ręki w Niemczech. Społeczeństwo, którego ojcowie i dziadkowie dokonali tak straszliwych zbrodni, niechętnie wraca pamięcią do tego, skąd wziął się piękny obraz w ich domu, kościelny lichtarz czy złota biżuteria. To mechanizm wyparcia, ale też świadomie prowadzona polityka w RFN, która szybko i płytko rozliczyła się z nazizmem. Dziś rzadko wspomina się o zbrodniach niemieckich, dalece częściej pojawia się narracja o zbrodniach nazistowskich. Sam odczytuję to jako niemiecką autocenzurę.

Konsultacje z Izraelem. O ile wspólne stanowisko podniosłoby rangę poruszanego problemu, o tyle nie słychać o postępach.

Jestem za prowadzeniem konsultacji zarówno z Izraelem, jak i z diasporą żydowską w Stanach Zjednoczonych. Na pewno wzmocniłoby to naszą pozycję negocjacyjną. Wspólne wystąpienie w sprawie reparacji na szczeblu politycznym byłoby korzystne dla obu stron. Widzę jednak postawę wyczekiwania po tamtej stronie. Zapewne ze względu na rozstrzygnięcie wyborów i niedawne ukonstytuowanie się tamtejszego rządu.

 



Źródło: niezalezna.pl

 

Aleksander Mimier
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo