Mroczna baśń o miłości i pokonywaniu własnych ograniczeń. "Do ostatniej kości" Luki Guadagnino już w kinach

Nie myślę o "Do ostatniej kości" jako o filmie gatunkowym. To mroczna baśń o pokonywaniu własnych ograniczeń i odnajdywaniu miłości – powiedział reżyser Luca Guadagnino w rozmowie z A.V. Club. Jego nowy film z Taylor Russell i Timothée Chalametem w rolach głównych trafia w piątek do polskich kin.

youtube.com/printscreen

W "Do ostatniej kości" Guadagnino przenosi widzów do Stanów Zjednoczonych lat osiemdziesiątych. Jedną z głównych bohaterek historii jest osiemnastoletnia Maren (w tej roli Taylor Russell), która mieszka ze swoim ojcem (André Holland) w spartańskich warunkach. Na pierwszy rzut oka dziewczyna wydaje się zwykłą licealistką, ale szybko dowiadujemy się, że od dzieciństwa przejawia skłonności kanibalistyczne, przez co regularnie musi zmieniać miejsce zamieszkania. Po ataku na koleżankę ze szkoły zostaje porzucona przez ojca, który w pożegnalnym nagraniu dźwiękowym tłumaczy, że nie mógł już znieść życia z nią pod jednym dachem, i od teraz musi radzić sobie sama. Zrozpaczona Maren rozpoczyna tułaczkę po kolejnych stanach Ameryki. Kiedy spotka na swojej drodze młodego kanibala, włóczęgę Lee (Timothée Chalamet), połączy ją z nim uczucie. Dzięki niemu dziewczyna powoli dojrzewa do tego, by poznać historię swojej rodziny i odnaleźć mamę, która wkrótce po porodzie zostawiła ją z tatą. Niestety, po drodze odkrywa, że ktoś ją śledzi i może grozić jej śmiertelne niebezpieczeństwo. Film jest adaptacją powieści Camille DeAngelis pod tym samym tytułem. Za scenariusz odpowiada David Kajganich.

Choć "Do ostatniej kości" jest pierwszym obrazem Włocha zrealizowanym w Stanach Zjednoczonych, reżyser nie ma poczucia, że otwiera nowy rozdział w swojej karierze. Każdy film traktuje jako pierwszy. Ta historia wzięła się z fascynacji kinematografią amerykańską i latami osiemdziesiątymi. Łączy w sobie elementy romansu, kina drogi i horroru, bo – jak podkreśla twórca – "kino może być więcej niż jedną rzeczą na raz".

"Oczywiście, mam doświadczenie i wiem, jak podejść do rzeczy w sposób, którego wcześniej mogłem nie znać. Ale jednocześnie naprawdę każdy film to nowy rozdział, nowa przygoda. Lubię robić filmy, które są intensywnym doświadczeniem i pozwalają widzowi zanurzyć się w historii. Nie dzielę swojej pracy na kino gatunkowe i niegatunkowe, arthousowe. Nie myślę o +Do ostatniej kości+ jako o filmie gatunkowym. To romans, mroczna baśń o pokonywaniu własnych ograniczeń i natury, a także o odnajdywaniu miłości"

– zwrócił uwagę Guadagnino w rozmowie z A.V. Club.

Jak zaznaczył, nie jest to również obraz, który miałby szokować widzów brutalnością. Swoich bohaterów ukazał z empatią. Najważniejsza dla niego była wewnętrzna walka z naturą, która się w nich toczy, oraz poczucie bycia outsiderem, z którym wiele osób może się utożsamić.

"Interesowało mnie to, co zostawiamy za sobą, kiedy znikamy, a przede wszystkim, kiedy jesteśmy do tego zmuszani przez ludzi, którzy nas niszczą. Chodziło o niemożność tego, z czym mierzą się postacie. A jednocześnie chciałem zmusić siebie i – mam nadzieję – widzów do refleksji, co zostaje, gdy my już nie istniejemy? To pytania, które zawsze do mnie wracają. Jak film może uczynić niemożliwe możliwym?"

– powiedział reżyser w wywiadzie dla "Vanity Fair".

W "Do ostatniej kości" Guadagnino po raz kolejny udowodnił, że ma wyjątkowe oko do młodych talentów. Kariera Chalameta poszybowała po tym, jak w 2017 r. w "Tamtych dniach, tamtych nocach" obsadził go w roli nastoletniego Elia zakochanego w starszym mężczyźnie. Tym razem zachwyt wzbudziła Russell, którą wypatrzył w "Waves" Treya Edwarda Shultsa. Za kreację Maren uhonorowano ją statuetką za najlepszy debiut podczas festiwalu w Wenecji, gdzie odbyła się światowa premiera obrazu. Chalamet miał partnerować jej od samego początku.

"Czułem, że to może być pierwszy projekt, w którym będę mieć wolną rękę w tworzeniu postaci. A na pewno coś zupełnie innego niż poprzedni film, nad którym pracowaliśmy [...]. Luca zasugerował mi, że powinienem zadzwonić do Davida i rozpocząć przygotowania. Nie chcę, żeby to zabrzmiało pretensjonalnie, ale naprawdę ucieszyłem się na myśl o tym, że pojedziemy z Luką do Ameryki Środkowej, by nakręcić jego pierwszy amerykański film. Niedawno zrealizowałem kilka ogromnych projektów i czułem, że potrzebuję nowego wyzwania. Powrót do kina niezależnego to było to"

– stwierdził aktor, cytowany przez "Variety".

Russell nie była jedyną osobą z ekipy docenioną na festiwalu w Wenecji. Guadagnino wyjechał stamtąd z nagrodą za najlepszą reżyserię. "Do ostatniej kości" przypadł także do gustu wielu recenzentom. Brytyjski krytyk filmowy Peter Bradshaw ("The Guardian") przyznał mu pięć gwiazdek. "To film ekstrawagancki i skandaliczny, straszny, paskudny i zaskakujący w swoim wypaczonym romantycznym idealizmie" – ocenił. Leila Latif (IndieWire) dodała, że "chemia między głównymi bohaterami jest urocza". "Nie ma nic niekonwencjonalnego w pokazaniu dwóch samotnych dusz zakochujących się w sobie i patrzących sobie w oczy (prawdopodobnie Jane Campion zrobiła to lepiej w zeszłorocznych +Psich pazurach+), ale Guadagnino obdarował nas oszałamiającym romansem, któremu nie sposób się oprzeć" – podsumowała. Odmiennego zdania był Owen Gleiberman ("Variety"), który opisał "Do ostatniej kości" jako "zmodyfikowany film o wampirach, romans, pokaz mody Chalameta, ale przede wszystkim nudną gawędę". "Maren i Lee dryfują od stanu do stanu [...], ale niestety nie ma tu żadnej fabuły. Czy twórca +Tamtych dni, tamtych nocy+ naprawdę sądził, że jest?" – napisał.

"Do ostatniej kości" trafia w piątek do polskich kin. W obsadzie znaleźli się również m.in. Michael Stuhlbarg, Mark Rylance i Chloe Sevigny. Dystrybutorem obrazu jest Warner Bros. 

 

 



Źródło: PAP, niezalezna.pl,

bm
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo