Schetyna lepszy niż Tusk

Wydaje się, że półtora roku temu, gdy Donald Tusk wracał do polskiej polityki, to zakładał, że wszystko pójdzie jak po maśle. Tymczasem największym jego sukcesem przez ostatnie kilkanaście miesięcy było wyprzedzenie Polski 2050 w sondażach i okopanie się na drugim miejscu. To za mało. Tusk potrzebuje zwycięstwa.

Najprawdopodobniej już wie, że samodzielnie go nie odniesie. PiS-u nie zatopiła wojna z Komisją Europejską, nie poszedł na dno przez pandemię, inflację i chaos spowodowany wojną. Trudno zakładać, by coś jeszcze gorszego zdarzyło się przez następne 12 miesięcy. Dlatego jak mantra wraca pomysł jednej listy. Ostatnia szansa na zwycięstwo.

Problem jest jednak taki, że na opozycji nikt się do tego nie pali. Może bowiem okazać się, że pomysł Zjednoczonej Opozycji faktycznie osłabi obóz antypisu. Wyborca PSL-u niekoniecznie musi aż tak nienawidzić Kaczyńskiego, aby przymknąć oko na pomysły Lewicy czy Szymona Hołowni. Oczywiście na opozycji nikt się tym nie przejmuje. Gorsze dla nich jest to, że Tusk ma w zwyczaju wykańczać swoich politycznych współpracowników i eliminować ich z wyborczych gier. Lepiej więc mieć mniejszą partię, ale własną, niż być w obozie zwycięzców z Tuskiem jako dowódcą i dyktatorem. To nie oznacza oczywiście, że nie będzie presji na słabszych koalicjantów. Będzie ona stale rosła, a list 447 popleczników Tuska ze świata nauki, aktorstwa i dziennikarstwa świadczy tylko o wielkiej determinacji. Paradoksalnie cała sytuacja mówi też o jednym. Lepszym politykiem antypisu niż Tusk był Grzegorz Schetyna. Może ostatecznie nie odniósł on zwycięstwa, ale miał zaufanie partnerów. Kto wie, może okazać się, że ceną za zjednoczoną opozycją powinno być odejście króla Europy?

 

 



Źródło:

Jacek Liziniewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo