Polak, Ukrainiec – dwa bratanki

Co rusz pojawiają się w Polsce ostrzeżenia w sprawie rzekomej niechęci Polaków do Ukraińców. Ale zdaje się, że tymczasem nawet nieszczęśliwie zabłąkana na naszym terytorium rakieta nie jest w stanie popsuć relacji sąsiedzkich.

Eksplozja na Lubelszczyźnie zabłąkanej rakiety, która najprawdopodobniej była rakietą ukraińską, zbiegła się z publikacją raportu Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego, w którym autorzy ostrzegają przed rosnącą niechęcią do Ukraińców wśród Polaków. Ale mimo pojawiających się poważnych zagrożeń w relacjach polsko ukraińskich są one wciąż na różnych poziomach całkiem ciepłe. Różne siły polityczne, mimo powtarzanych prób, nie potrafią skłócić dwóch narodów.

Cała sprawa musi mieć głębsze dno. Być może te kwestie nie wyglądają tak, jak to się wydaje zarówno konfederatom, jak i lewicy spod znaku „Krytyki Politycznej”. Albowiem na relacje polsko ukraińskie nakładają się różne sprawy. Są to zarówno zmiany geopolityczne na świecie, jak i zmiany społeczne w naszym kraju. Po prostu zbliżenie polsko ukraińskie jest częścią większej zmiany. Zmiany, której badacze skupieni na „tu i teraz” najwyraźniej nie potrafią zrozumieć.

Specjaliści ze wschodnim akcentem

Aby zrozumieć relacje polsko ukraińskie, warto się przyjrzeć Ukraińcom w Polsce. A spotykamy ich na każdym kroku: w przedszkolu, szkole, uczelni, pracy, sklepie, Placu zabaw czy na wakacjach. Wykonują często gorzej płatne prace, w sklepach czy hotelach. Ale nie jest to regułą. Możemy spotkać Ukraińców także w IT, na budowach i przy remontach, w fabrykach oraz za kierownicami ciężarówek i taksówek.
Ukraińcy mocno wsiąkają w nasze społeczeństwo. Często od swoich sąsiadów i kolegów z pracy różnią się tylko akcentem. Wytwarza się nawet taka sytuacja, że nie ma różnicy, czy nasz znajomy na święta wyjeżdża na Śląsk, na Podlasie, czy na Podole.

Ale pewna niechęć do naszych sąsiadów, opisywana przez Sadurę i Sierakowskiego, jest faktem. Tylko lewicowi badacze nie do końca ją rozumieją, choć sami trafnie zauważają, że ta niechęć do Ukraińców jest przedłużeniem niechęci do „hołoty za 500+”. Ukraińcy wpisują się po prostu w napięcia, jakie w Polsce wywołuje spadek znaczenia wykształcenia przy osiąganiu sukcesu materialnego. I nie chodzi tu tylko o to, że coraz więcej ludzi bez wykształcenia akademickiego osiąga sukces materialny. Wielu też ludzi widzi, jak ich wykształcenie ma się nijak do ich pracy. W wielu zawodach, gdzie szybko rosną płace, nie jest potrzebne wykształcenie kierunkowe (2/3 pracowników IT nie ma formalnego wykształcenia informatycznego). Ta zmiana nakłada się na problemy z wolniej rosnącymi zarobkami w obszarach, gdzie wykształcenie kierunkowe jest niezbędne (prawo, edukacja, administracja, służba zdrowia).

Pojawia się więc dysonans poznawczy wśród ludzi, którzy żyją w narzuconym przez elity III RP przekonaniu, że są lepsi z powodu swojego wykształcenia. Kurczącą się lukę między sobą a ludźmi „niewykształconymi” tłumaczą sobie wzrostem „socjalu” za rządów PiS. I właśnie w ten resentyment wpadają Ukraińcy pracujący „bez wykształcenia kierunkowego”. Jest to jednak resentyment słabnącej grupy, więc nie wpływa tak bardzo na całe polskie społeczeństwo.

Razem bezpieczniej

Zbliżenie polsko ukraińskie na poziomie społeczeństw ma także implikacje polityczne. Tak duże poparcie dla wsparcia Ukrainy i zryw pomocy dla ukraińskich uchodźców mogą być nie tylko wynikiem odruchu serca. Polacy po prostu czują, że wojna na Ukrainie to także ich sprawa. Zbliżenie polsko ukraińskie na poziomie społecznym może więc wkrótce wytworzyć ferment, który będzie prowadził do tym większego zbliżenia politycznego.

Prawdopodobnie więc pojawi się nacisk na stworzenie ram współpracy militarnej i gospodarczej Kijowa i Warszawy. Jakaś postać unii polsko ukraińskiej, o której mówi dziś tylko kilku publicystów, w ciągu pokolenia może stać się faktem. Tym bardziej że geopolityczne zmiany wokół same nas do niej popychają.
Już dzisiaj możemy zaryzykować tezę, że mimo kompromitacji wojennej daleko jest do upadku Rosji. Nie chcą tego Chiny. Kijów, a za nim Warszawa zaczynają dostrzegać, że zabezpieczenie własnej niepodległości nie będzie się wiązało z rozpadem Rosji. Zabezpieczyć trzeba się samemu, najlepiej tworząc „jedność” militarną. Do stworzenia takiej „jedności” mogą nas popychać też Amerykanie, którzy pragną mieć w tej części Europy przeciwwagę dla rosyjskiego psa łańcuchowego Chin.

Wreszcie w kierunku unii polsko ukraińskiej mogą nas pchać zmiany w Europie. Unia Europejska nieuchronnie zmierza w kierunku rozpadu. Próby jej centralizacji ten rozpad tylko przyśpieszą. UE stanowi byt zbyt różnorodny, aby stał się jednością. A jedyny klej, jaki ją jeszcze spaja, czyli niemiecki imperializm, słabnie wraz ze słabnięciem rosyjskiego partnera. Polska więc będzie potrzebowała nowego rozwiązania, a unia z potencjalnie szybko odbudowującą się po wojnie Ukrainą (wzorem Japonii czy Korei Południowej z połowy XX w.) jest dobrym wariantem.

Klucz do sukcesu

Czy ktoś w 1987 r. byłby w stanie powiedzieć, że dokładnie 12 lat później Polska będzie członkiem NATO? Tymczasem patrząc nie z perspektywy „tu i teraz”, ale z perspektywy procesów, można było tę zmianę antycypować. Obserwacja procesów wyraźnie pokazywała, że sowieckie imperium murszeje i zaraz ustąpi nie tylko z Europy Środkowej, ale i znad Dniepru. Kontynuacja rozszerzających się NATO i UE na te obszary była więc logiczną konsekwencją.

Podobny błąd analitycy mogą popełniać i dzisiaj. Widzą relacje polsko ukraińskie w starych kategoriach. Ale nie chcą widzieć procesów. A obserwacja procesów wyraźnie wskazuje na to, że cofa się napór niemiecki i rosyjski na nasz region. A to ten napór odpowiadał za jego nienaturalny stan, z jakim mamy do czynienia dzisiaj. Wraz z ustępowaniem Rosji i Niemiec wracamy więc do naturalnego stanu, jakim jest wspólnota między Odrą a Dnieprem.

Niemal naturalną formą organizacji przestrzeni między Bałtykiem a Morzem Czarnym była I RP (niemal, bo brakowało w niej Śląska, Pomorza Zachodniego i rejonu dzisiejszej Odessy). Ten nasz twór państwowy został zniszczony przez napór Prus i Rosji. Ale te dwa żywioły się cofają, więc powoli wracamy do stanu sprzed powstania Chmielnickiego. Polacy i Ukraińcy (do których dołączą pewnie wkrótce Białorusini) zbliżają się do siebie.

A napięcia polsko ukraińskie nie mają charakteru narodowego, tylko jak w I RP – klasowy. Kończy się eksperyment elit III RP ze stworzeniem podziału na „lepszych wykształconych” i „gorszych niewykształconych”. Teraz ten nienaturalny podział się zamazuje, a „wykształceni” i „niewykształceni” spotykają się w nowej, szerokiej klasie średniej, co frustruje „wykształconych”, rodząc napięcia między nimi a „niewykształconymi” Polakami i Ukraińcami.

Wielu analityków zastanawia się od lat, dlaczego Jarosław Kaczyński jest najdłużej rządzącym politykiem w III RP, a jego PiS, mimo olbrzymich problemów, wciąż jest najsilniejszym ugrupowaniem na polskiej scenie politycznej. Odpowiedź jest prosta. Prezes PiS szybko pojął, że naturalną drogą Polski jest „odbudowa” I RP, oczywiście w dzisiejszych realiach, z silną klasą średnią. Dlatego nie tylko prowadzi politykę proukraińską, lecz także stara się w podział dobrobytu włączać szersze rzesze Polaków (i Ukraińców). I tej polityki polska prawica powinna się trzymać, jeśli chce utrzymać wpływy, a ponadto zapewnić naszej części świata bezpieczną i dostatnią przyszłość.

 

 



Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Bartosz Bartczak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo