Kiedy Polska ostrzegała przed Rosją, świat nie słuchał. Teraz przyznaje: „Mieliście rację…”

Polska od wielu lat ostrzegała na arenie międzynarodowej przed imperialnymi zapędami Federacji Rosyjskiej. Kluczowym punktem było wystąpienie śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi w Gruzji w 2008 roku. Już wtedy przestrzegał on, że Rosję trzeba zatrzymać, ponieważ będzie atakować państwo po państwie. "Polska miała rację ostrzegając przed Rosją" - przyznają teraz, po prawie roku wojny na Ukrainie, politycy z Niemiec, Wielkiej Brytanii i Finlandii. Konsekwencją zmiany postrzegania Rosji przez państwa europejskie jest wczorajsze przyjęcie przez Parlament Europejski rezolucji uznającej Rosję za państwo sponsorujące terroryzm.

Aleksiej Witwicki | GAZETA POLSKA

Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski skomentował, że w dniu przyjęcia rezolucji PE Rosja wykorzystała 67 rakiet przeciwko ukraińskiej "infrastrukturze, energetyce, zwykłym ludziom" i tym samym "udowodniła całemu światu, że to wszystko prawda", że jest państwem terrorystycznym.

Ówczesna minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii Liz Truss przyznała na początku kwietnia, że Polska miała rację, przez wiele lat ostrzegając przed Rosją. Podczas wizyty w Warszawie zauważyła, że Polska jest w czołówce tych, którzy wzywają do zdecydowanej reakcji na rosyjską agresję na Ukrainę, ale jeszcze przed obecnym kryzysem "Polska zawsze miała klarowne spojrzenie na Rosję".

"Zrozumieliście wrogie zamiary Putina. Mieliście rację"

- oceniła wówczas Truss.

Niemcy tego nie widzieli. A czy widzą?

Władze Niemiec przed wybuchem wojny na Ukrainie oskarżane były o preferencyjne traktowanie Rosji i przedkładanie własnego interesu ekonomicznego nad bezpieczeństwo krajów Europy Wschodniej. Po rozpoczęciu rosyjskiej inwazji niemieccy politycy byli krytykowani za brak zdecydowanych kroków popierających Ukrainę.

Jeszcze w grudniu 2021 roku kanclerz Niemiec Olaf Scholz utrzymywał na szczycie UE, że "Nord Stream 2 jest projektem czysto prywatnym", który zostanie rozstrzygnięty "całkowicie apolitycznie" i gazociąg został w ten sposób skutecznie wykluczony z ewentualnych sankcji wobec Rosji.

Tymczasem na szczycie branży inżynieryjnej w październiku br. Scholz oświadczył, że Putin "używa dostaw energii także jako broni". W swoim wystąpieniu twierdził też, że w porę rozpoznał gazowy szantaż Putina i "już w grudniu zadał sobie pytanie i przekazał je swoim pracownikom", co by się stało, "gdyby Rosja przestała dostarczać gaz".

Było to w czasie, "kiedy większość ludzi nie uważała tego za prawdopodobne, ale ja myślałem, że jest to możliwe" - podkreślił.

Dziennik "Bild" wytykał wtedy, że Scholz będący w latach 2018-2021 ministrem finansów i wicekanclerzem "popierał kurs byłej kanclerz Angeli Merkel, która doprowadziła Niemcy do gazowego uzależnienia od kremlowskiego dyktatora Putina", a gdy sam został kanclerzem, "bronił budowy rosyjskiego rurociągu Nord Stream 2 - nawet wtedy, gdy rosyjskie wojska maszerowały już do granicy z Ukrainą".

Na stronie ministerstwa spraw zagranicznych Niemiec 19 października zamieszczono opis stosunków bilateralnych z Rosją, w którym stwierdzono:

"Rosja naruszyła podstawowe zasady prawa międzynarodowego swoją agresją na Ukrainę oraz aneksją ukraińskich regionów w latach 2014 i 2022 . Miało to poważne konsekwencje dla wszystkich obszarów stosunków niemiecko-rosyjskich. W obecnych okolicznościach nie jest już możliwe kontynuowanie wymiany i współpracy jak wcześniej".

Aneksja Krymu w 2014 roku nie spowodowała jednak zwrotu w niemieckiej polityce wobec Moskwy. Jeszcze w czerwcu br. "Foreign Policy" pisał, że pomimo przemówienia kanclerza Olafa Scholza kilka dni po inwazji Rosji na Ukrainę ogłaszającego nowe realia niemieckiej polityki obronnej i zagranicznej, "zapowiadana zmiana nie nastąpiła".

"Zdecydowanie zbyt długo niemiecka klasa polityczna szczyciła się swoim rzekomo cierpliwym, zrównoważonym podejściem do Moskwy, które wznosiło się ponad to, co postrzegała jako prymitywne lęki i pasje swoich wschodnioeuropejskich sojuszników. Przez lata Berlin wypracował szereg porozumień, formuł i formatów, które, jak sądził, uspokoiły i nasyciły Putina"

- oceniał amerykański magazyn.

"Lech Kaczyński miał rację"

Były przewodniczący Bundestagu Wolfgang Schaeuble w rozmowie z "Tagesspiegel" we wrześniu powiedział, że "Putin prowadzi wojnę nie tylko z Ukrainą, ale z porządkiem Zachodu" i "jeśli wygra tę wojnę, nie zatrzyma się, ale będzie kontynuował", a prezydent Lech Kaczyński ostrzegając przed rosyjskimi zamiarami po inwazji na Gruzję w 2008 roku "miał rację".

Schaeuble powtórzył te słowa w zeszłym tygodniu, przyznając że jest zły na siebie za to, że nie dostrzegł wcześniej zagrożenia, jakie stwarza Rosja.

"Nie chcieliśmy tego widzieć"

- powiedział gazecie "Handelsblatt".

"Mogłem przyjrzeć się temu, co Rosja robiła w Czeczenii albo posłuchać ówczesnego prezydenta Polski Lecha Kaczyńskiego"

- dodał.

Również dziennik "Le Figaro" już w czerwcu zwracał uwagę, że to kraje Europy Wschodniej miały rację, a tandem francusko-niemiecki zawiódł w polityce wobec Rosji.

"Kraje (wschodnioeuropejskie) chcą teraz mówić głośniej w Brukseli, bo od początku miały rację w kwestii rosyjskiego zagrożenia"

– pisała francuska gazeta.

Finlandia w końcu dostrzegła...

Przyznała to również niejednokrotnie premier Finlandii Sanna Marin.

"Z Rosją należy zerwać wszelkie więzi", a "nasi przyjaciele z Polski i krajów bałtyckich mieli rację", "trzeba było ich słuchać"

– podkreśliła w czwartek podczas konferencji dla start-upów Slush 2022 w Helsinkach.

"Dziś uznaną mocną stroną Polski, Litwy, Łotwy i Estonii jest doskonała znajomość Rosji"

– mówił w tym czasie fińska minister ds. europejskich Tytti Tuppurainen.

"Słyszeliśmy już z ich strony komentarze w tonie 'A nie mówiliśmy?'. Ich analizy były trafne"

– dodała.

Przez lata fińscy premierzy z różnych stron sceny politycznej nie dostrzegali w projektach gazociągów Nord Stream z Rosji do Niemiec zagrożenia bezpieczeństwa, lecz jedynie "interes Niemiec" oraz "aspekty czysto ekologiczne, a nie geopolityczne" - pisał dziennik "Helsingin Sanomat".

"Naiwność" i "powolny proces decyzyjny" zarzucano także obecnemu lewicowo-centrowemu rządowi Finlandii w kwestiach dotyczących zabezpieczenia granicy z Rosją. Pomysł postawienia tam płotu politycy konserwatywno-liberalnej opozycji wysuwali już jesienią 2021 r., gdy Polska zmagała się z falą migrantów i operacją hybrydową ze strony Białorusi, ale przedstawiciele władzy odrzucali wówczas ideę fizycznego zabezpieczenia wschodniej granicy. Argumentowali to m.in. nieopłacalnością projektu, ale zaznaczano również, że nie należy tego czynić ze względu na stosunki sąsiedzkie z Rosją. W tym tygodniu rząd Marin przedstawił poprawkę do budżetu uwzględniającą finansowanie budowy płotu, który w ciągu 3-4 lat ma zabezpieczyć odcinek granicy o długości ok. 200 km.

Zdaniem byłego szefa fińskiego rządu oraz MSZ, Alexandra Stubba, Finlandia w relacjach z Rosją "łączyła idealizm z realizmem", należało jednak postępować "realistycznie", tak jak Polska i kraje bałtyckie, które "wiedziały, o co chodzi z Rosją, ostrzegały innych".

Wiele europejskich mocarstw, jak Niemcy, Francja czy Włochy podchodziło do Rosji "o wiele bardziej naiwnie niż Finlandia", ale to Polska i kraje bałtyckie "miały rację, ja byłem w błędzie" - przekonywał w listopadzie.

 

 



Źródło: niezalezna.pl, PAP

#Rosja #Polska #Wielka Brytania #Niemcy #Finlandia #wojna #Ukraina #agresja

az
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo