Gruba kreska zaszkodziła sądom. Sędzia Demendecki o "grupie Iwulskiego" i politykach w todze

- Sędzia, który nie potrafi pozostawić poza salą rozpraw swoich poglądów politycznych, ma problem z własną niezawisłością – mówi "Gazecie Polskiej" dr hab. nauk prawnych Tomasz Demendecki, sędzia Sądu Najwyższego, z którym rozmawiamy o „grupie Iwulskiego”, obstrukcji w SN, poczuciu bezkarności niektórych sędziów i skutkach grubej kreski.

PAP/Wojciech Olkuśnik

Przez długie lata politycy różnych opcji zgodnie odpowiadali: „Sądowych wyroków się nie komentuje”. A teraz w uzasadnieniach orzeczeń nie brakuje skrajnie upolitycznionych tez, część środowiska sędziowskiego recenzuje polityczne wydarzenia, a nawet bierze w nich udział. Co się wydarzyło, że doszło do tak drastycznej zmiany obyczajów?

To, co obserwujemy już od lat, a więc tworzenie sztucznych podziałów społecznych. Także wśród sędziów czy szerzej środowiska prawniczego, w tym akademickiego, widzimy okopy wykopane przez będące ze sobą w sporze strony, a bardzo często są to okopy wyimaginowane. To, co nie powinno dzielić prawników, jako profesjonalistów, tak jak nie powinno dzielić na przykład lekarzy, czyli osób, które przecież również pełnią misję w służbie państwu, nabrało walorów nie profesjonalnego, lecz stricte politycznego sporu. I nad tym boleję.

Jak to, co się obecnie dzieje w Sądzie Najwyższym, wpływa na autorytet wymiaru sprawiedliwości? Tym bardziej, że zaufanie do sądów od dłuższego czasu spada.

Niestety. Faktycznie cały czas następuje obniżanie poziomu zaufania społecznego do przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości, a powinno być zgoła odwrotnie. Być może to pokłosie tego, że wielu edukatorów całych wręcz tabunów współczesnych prawników okazało się fałszywymi autorytetami, a ich pielęgnowane latami pomniki są nie brązowe, lecz powleczone powłoką imitującą brąz. Jaki nauczyciel, taki uczeń, chciałoby się rzec.

Trudno sądzić, żeby wśród strażaków czy lekarzy nie było osób, którzy mają wyraziste poglądy polityczne. Pomimo to nadal  cieszą się poważaniem.

A czy Pan sobie wyobraża, żeby lekarz asystujący przy wspólnej operacji obraził się na kolegę i odszedł od stołu zabiegowego, nie ratując życia ludzkiego? A myślę, że rozmawiają o polityce jak przeciętna część społeczeństwa. Tylko wiedzą, gdzie przebiega granica, której nie można przekroczyć. Niektórzy sędziowie ją zatracili.

Chyba jednak to nie może dziwić, gdy w Sądzie Najwyższym funkcjonują takie osoby jak Józef Iwulski. Nie tylko skazujący opozycjonistów w stanie wojennym na więzienie za kolportaż ulotek, ale – jak niedawno ujawnił portal Niezalezna.pl – nawet nie spełniający wymogów formalnych, gdy zaczynał orzekać w SN. Pomimo to cieszy się poparciem części środowiska, nadal wydaje wyroki.

Grzechem polityków tzw. okresu okrągłostołowego było stworzenie „linii demarkacyjnej” w postaci grubej kreski. Wszystkie państwa środkowowschodniej Europy, poza Polską, poradziły sobie z rozliczeniem swych funkcjonariuszy publicznych, chociażby za współpracę z aparatem bezpieczeństwa czy za aktywne wspieranie poprzedniego ustroju niedemokratycznego. Była możliwość, tak naprawdę, nie rewolucyjna, lecz ewolucyjna, ale tego nie zrobiono. Słynne są słowa profesora Adama Strzembosza o tym, że wymiar sprawiedliwości sam się oczyści, bo ma taką zdolność. Jak widać, była to zupełnie nietrafiona diagnoza. A przede wszystkim znika z pola widzenia w tym sporze najistotniejsza rzecz: nie są ważne przekonania osób zasiadających za ławą sędziowską, najważniejsze są problemy tych osób, które stoją z drugiej strony tej ławy sędziowskiej. Mówię to z pełnym przekonaniem.

Tymczasem na salach rozpraw coraz częściej dochodzi do skandalicznych  sytuacji. Szczególnie bulwersujące było uchylenie wyroku skazującego sprawcę brutalnego zabójstwa. Tylko dlatego, że wyrok w pierwszej instancji wydała sędzia z nominacją obecnej KRS. Granice zostały przekroczone...

Niewątpliwie. Uważam i podnosiłem to już wielokrotnie, także publicznie, że błędem zasadniczym osób, które próbują podważać status innych sędziów, jest to, że zazwyczaj one same nie przeszły wcześniej tzw. testu własnej niezawisłości. Jak mogą więc same wskazywać palcem, że ktoś jest lub nie jest sędzią? Skoro obalają gołosłownie domniemanie, że osoba powołana w odpowiedniej procedurze konstytucyjnej do działalności orzeczniczej jest sędzią, to same najpierw powinny udowodnić własny status. 

Co Pan ma na myśli?

Jeżeli w grę wchodzi polityka, to teraz pytanie, czy potrafię poza salą rozpraw pozostawić osobiste poglądy polityczne, do których mam prawo jako obywatel, ale których jako sędzia nie powinienem prezentować, a na pewno nie powinny one mieć wpływu na moje rozstrzygnięcia. Jeśli ktoś tego nie jest w stanie zrobić, to z założenia ma problem z własną niezawisłością.

A w obecnej sytuacji sędziowie potrafią swoje poglądy zostawić poza salą rozpraw?

Znakomita większość potrafi, bo mamy w Polsce ponad 10 tysięcy sędziów. Tylko dziwię się, że ta znakomita większość jednocześnie jest tak pasywna, nie zabierając głosu. Bo tak naprawdę tych „sędziów polityków” mamy kilka procent. I teraz ta mała grupka „aktywnych inaczej” określa nam kierunek, który ma jednocześnie przesądzać o ocenie całego zawodowego środowiska.

Mała grupka, ale bardzo głośna. I coraz bardziej stanowcza w swoich działaniach.

Bo zazwyczaj tak jest, że ci najwięksi aktywiści są „tylko” najgłośniejsi. 

I tutaj pojawia się temat stowarzyszenia „Iustitia”, którego członkowie nie tylko kontestują wszelkie propozycje zmian, ale próbują też zdominować dyskusję, narzucić swoje reguły gry. Z równoczesnym wsparciem polityków.

Można to zaobserwować. Nie należę do żadnego sędziowskiego stowarzyszenia i uważam, że żaden sędzia nie powinien być związany jakimikolwiek więzami strukturalnymi, bo może powstać problem jego niezawisłości; może być on podatny na pewne sugestie, wręcz polecenia czy decyzje wewnątrzstrukturalne. Tego sobie nie wyobrażam. A działanie takich organizacji, obecnie funkcjonujących w Polsce, bardziej mi przypomina funkcjonowanie związku zawodowego niż stowarzyszenia. 

I równocześnie ich członkowie czują się ponad prawem. 

To chyba wyraz słabości państwa, bowiem istnieją mechanizmy, których zastosowanie spowodowałoby niechybnie szybki powrót do legalnych postaw. To zadanie dla organów państwowych, które powinny w sposób stanowczy i konsekwentny egzekwować prawo wobec (a może przede wszystkim!) także własnych funkcjonariuszy, nie tylko „zwykłych obywateli”. W innym wypadku zostanie wytworzony nieprawidłowy wzorzec zachowania, niegodny przecież naśladowania, że jako funkcjonariusz państwa mogę więcej i zupełnie bezkarnie, tj. podważać istnienie demokratycznych organów czy kontestować ich działanie. To jest i nielegalne, i zarazem etycznie niegodne funkcjonariusza państwowego, który z założenia powinien być propaństwowcem.

Sytuacja w Sądzie Najwyższym jest mocno zagmatwana i niezrozumiała dla przeciętnego obserwatora. Bo instytucją kieruje I Prezes Małgorzata Manowska, jednak szefowie dwóch Izb, należący do grona „starych” sędziów, podejmują decyzje, które wzbudzają ogromne emocje, a reakcja prezes Manowskiej ogranicza się do komentarzy. Czy powinny zostać podjęte bardziej zdecydowane działania?

Każdy z prezesów kieruje powierzoną mu izbą i w zakresie tej działalności jest częściowo autonomiczny. Oczywiście, żaden z prezesów ani też Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego nie mają uprawnień, które by dopuszczały ingerencję w tzw. sferę orzeczniczą, w której realizuje się zasada niezawisłości. Faktycznie zaś PPSN administruje całym sądem i powinna zapewniać jednolity kierunek jego działania. Być może obecne zachowanie PPSN jest elementem jakiejś strategii, a może też PPSN zamierza wykorzystać przysługujące jej środki w odpowiednim momencie... Trudno mi to oceniać, ale doskonale rozumiem obywateli, że mogą być zaskoczeni obecnym wielogłosem dochodzącym z Sądu Najwyższego. Nawet ławnicy z nami orzekający w prywatnych rozmowach zadają pytanie, jak to możliwe, że jedna instytucja jest tak podzielona.

Ale ten podział się pogłębia. Niedawno 30 „starych” sędziów odmówiło orzekania z sędziami mającymi nominację po 2018 roku. Z kolei sędzia Paweł Czubik złożył wniosek o zbadanie, czy tym oświadczeniem nie zrzekli się mandatów. Jak Pan ocenia sytuację, która może doprowadzić do marazmu, wręcz paraliżu SN na wiele miesięcy?

Niestety, ten marazm już jest widoczny w tych izbach, którymi kierują prezesi należący do grupy starszych służbą sędziów. Powstają swoiste „getta”, nie dopuszcza się w nich do mieszania składów orzekających. W sądach powszechnych to system komputerowy dokonuje przydziału spraw sędziom. W Sądzie Najwyższym próby losowego przydzielania spraw kończą się często odmową zasiadania przez „starszych” sędziów w składach z udziałem młodszych kolegów, co już wywołuje ogromne zaległości, ale i wręcz uniemożliwia rozpoznanie spraw społecznie bardzo istotnych, jak choćby w „sprawach frankowych”. Natomiast odnośnie do złożenia oświadczenia przez wspomnianą „30-tkę”, którą zaczyna się określać jako „grupę Iwulskiego (on także się podpisał pod oświadczeniem – przyp. red.), to trzeba na wstępie podkreślić, że istotą służby sędziowskiej jest orzekanie. Nie można sobie ekskluzywnie wybierać, w jakich sprawach będę orzekał albo z kim, bo to może bezpośrednio wpływać na niezawisłość, jeżeli chcę orzekać w gronie tylko dobrze mi znanych sędziów, z którymi będę następnie wspólnie ustalać treść rozstrzygnięcia. Żaden z tych sędziów odmawiających orzekania nie ma samodzielnie prawa do  badania tego, czy jego koleżanka/kolega ma status prawidłowo nadany czy też nie. To nie jest jego rolą. I równocześnie nie może częściowo nie orzekać. Jakie są konsekwencje? Jeżeli odmawiam orzekania, to znaczy, że tracę zupełnie uprawnienie do działania w takim obszarze, jaki jest istotą służby sędziowskiej. Zgadzam się z argumentacją sędziego Czubika. Zresztą wyraziłem to własnym podpisem, nie tylko ja, ale też grupa sędziów. Teraz odpowiednie organy powinny dokonać analizy, czy takie oświadczenie nie jest zrzeczeniem się urzędu przez osobę, która odmawia orzekania.

Usprawnienie postępowań dyscyplinarnych wobec sędziów – to był jeden z celów reformy wymiaru sprawiedliwości. Chyba średnio wyszło, a szczególnym przykładem jest sprawa sędziego Roberta W. z Wrocławia, który wpadł na gorącym uczynku, gdy kradł w sklepie. Pomimo skazania prawomocnym wyrokiem, nadal jest sędzią, co miesiąc pobiera sowite wynagrodzenia, choć nie  pracuje. Bo postępowanie ws. pozbawienia go urzędu utknęło w Sądzie Najwyższym. Krew się burzy...

Pełna zgoda. Tu pojawia się kwestia, czy instytucja immunitetu, dotycząca nie tylko tej grupy zawodowej, jest prawidłowo skonstruowana. Czy immunitet powinien chronić osoby dokonujące pospolitych przestępstw, bo chyba nie w tym rzecz. To zapewne wymagałoby przekonstruowania postanowień konstytucyjnych, ale uważam, że immunitet powinien chronić sędziego wyłącznie w zakresie pełnionych funkcji urzędowych. Nic ponadto. Odnośnie do działalności Izby Odpowiedzialności Zawodowej, to pamiętajmy, że wiele spraw „przeleżało” miesiącami, zaległości faktycznie są bardzo duże. Myślę, że uczciwa ocena sprawności działania nowej Izby powinna nastąpić na początku przyszłego roku.

Tydzień temu „Gazeta Polska” opisała sprawę sędziów, którzy w maju 2010 roku przyjęli nominację od Bronisława Komorowskiego, marszałka Sejmu, wówczas pełniącego obowiązki głowy państwa. Wobec niego złożyli też ślubowanie. Pojawiają się poważne wątpliwości, czy te nominacje są skuteczne. W gronie tych sędziów jest Igor Tuleya. I jakoś „starzy” sędziowie nie dostrzegają tej sytuacji, choć równocześnie podważają mandat innych. Taka sędziowska „wybiórczość”...

Objęcie urzędu następuje, zgodnie z polską Konstytucją, po zaistnieniu, i to w chronologicznej kolejności, konkretnych aktów: wystąpienia z wnioskiem przez Krajową Radę Sądownictwa, a wniosek obejmuje zaopiniowanie kandydatury najlepszej w danym konkursie, oraz podjęcie w formule postanowienia określonej decyzji przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Oba te elementy muszą zaistnieć łącznie, a w ramach każdego następuje badanie kandydatury. Proszę pamiętać, że Prezydent nie składa wyłącznie podpisu kontrasygnującego pod opinią KRS i nie jest zobowiązany do wydania postanowienia zawsze pozytywnego. Jego uprawnienie jest osobiste, jako głowy państwa. I teraz istnieje w sądownictwie grupa osób, które zostały powołane, ale nie przez organ konstytucyjny do tego uprawniony. Marszałek Sejmu, nawet pełniący obowiązki prezydenta przez okres przejściowy, nie jest prezydentem, nie posiada takiej demokratycznej legitymacji, która uprawnia go do korzystania z osobistych uprawnień konstytucyjnych. W tym przypadku mamy do czynienia z grupą osób, które nie zostały nominowane przez głowę państwa.

Czy któraś z instytucji, być może Trybunał Konstytucyjny lub Kancelaria Prezydenta, powinna zająć stanowisko w tej sprawie i stwierdzić, czy osoby od 12 lat wydające wyroki na pewno są sędziami?

Niewątpliwie stwarza to olbrzymi problem odnośnie do samego określenia statusu tych osób, jak też w ogóle dopuszczalności istnienia w obrocie prawnym orzecznictwa zapadłego z ich udziałem. W tym przypadku ktoś musi zainicjować odpowiednie postępowanie. Myślę, że najlepszym podmiotem jest prezydent, który mógłby wystąpić z takim pytaniem do Trybunału Konstytucyjnego.

Pojawiły się spekulacje, że obecne wydarzenia w Sądzie Najwyższym mogą mieć związek z nadchodzącymi wyborami, bo przecież to sędziowie SN stwierdzą o ważności wyboru parlamentarzystów, samorządowców, a także prezydenta. To naprawdę może być przyczyna?

Mam nadzieję, że nie! Obym się nie mylił, ale być może jest to faktycznie jakiś akt, który ma pobudzić do reakcji inne grupy, w tym zewnętrzne, a także wywołać określone następstwa. Ja tylko mogę zwrócić się z apelem do środowiska sędziowskiego, cytując za klasykiem: nie idźcie tą drogą. 

Od lat ogromne trudności napotykały próby rozliczania sędziów, którzy w PRL popełniali zbrodnie sądowe, a wnioski prokuratorów IPN o uchyleniu ich immunitetów z reguły były odrzucane. Skąd w środowisku taka solidarność z osobami, które sprzeniewierzały się zasadom, niszczyły ludziom życie?

Być może wynika ona stąd, że „sądowi epigoni” wychowywali sobie kolejne zindoktrynowane pokolenia następców, bezwarunkowo kierujące się narzuconymi im wzorcami. Struktura sądownictwa była i nadal niestety jest wewnętrznie „feudalna”, a zarazem bardzo hermetyczna. Jest to struktura, która wymaga czasem od jej członka wręcz „złamania kręgosłupa”, zindoktrynowania, aby w efekcie pozwolić na określenie w niej swojej pozycji czy umożliwić zaprojektowanie ścieżki kariery zawodowej. Myślę, że to jest „grzech pierwotny” obecnego kształtu sądownictwa. Dlatego widoczny jest tak olbrzymi opór przed wejściem do tego skostniałego systemu nierozpoznanych obcych, wręcz intruzów – nowych sędziów. Niestety, nie potrafiliśmy w sposób ewolucyjny przejść do realiów państwa współczesnego, demokratycznego i pożegnać się poprzednim ustrojem nie w formule „grubej kreski”, tylko na zasadzie zastąpienia całego wymiaru sprawiedliwości służącego poprzedniemu ustrojowi nowym, demokratycznym, państwa prawa.

 

 



Źródło: Gazeta Polska

#Gazeta Polska

Grzegorz Broński
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo