Kibic Legii skazany za rusofobię: prokurator powiedział, że rzuciłem się na mocodawców Tuska z Moskwy

Prokurator powiedział mi, że rzuciłem się na mocodawców Tuska z Moskwy. Putin był zbulwersowany zamieszkami wywołanymi rzekomo przez polskich kibiców. Telefonował w tej sprawie do Tuska. I mnie aresztowano – mówi Gazecie Polskiej Wojciech Braun „Kelner”, znany kibic Legii Warszawa, jeden z nielicznych Polaków skazanych za… rusofobię, czyli dyskryminowanie Rosjan „z powodu przynależności narodowej”. Jak opowiada, w więzieniu został pobity, przez co później musiał przejść dwie operacje. Proponowano mu też wypuszczenie na wolność w zamian za złożenie fałszywych zeznań obciążających Macieja Dobrowolskiego i Piotra Staruchowicza. Miał pomówić ich o handel narkotykami.

Wojciech Braun "Kelner"
fot. arch

Piotr Lisiewicz: Przypomnijmy atmosferę z 2012 roku. Wcześniej Donald Tusk ogłosił ocieplenie stosunków z Rosją „taką, jaka ona jest”. Powstawały listy nawołujące do pojednania.  Było palenie zniczy na grobach czerwonoarmistów, a nawet budowa ich pomnika w Ossowie. W tej atmosferze pojawiła się informacja o przyjeździe rosyjskich kibiców do Warszawy na Euro 2012.

Wojciech Braun "Kelner": Aby opisać atmosferę dotyczącą kibiców, musimy cofnąć się kilka lat wstecz, gdy Tusk wypowiedział kibicom wojnę. Wtedy zobaczymy, jak nałożyły się na siebie różne okoliczności, które spowodowały, że zostałem aresztowany. Ostatecznie tak się stało w związku z – jak to nazwano – napaścią polskich kibiców na kibiców rosyjskich. Zostałem ogłoszony winnym tej sytuacji. Jednak było to także pokłosie wcześniejszych wydarzeń. Chodziło o wojnę między kibicami Legii a ITI, ówczesnym właścicielem telewizji TVN, konflikt z Leszkiem Miklasem i Mariuszem Walterem. Grupa ITI zmieniła historyczny herb Legii na logo. Myślano, że to zwiększy sprzedaż pamiątek. Herb to dla kibiców świętość. Nie zgodziłem się na to. W ramach protestu, który miał być pewnym symbolem i nie wyrządzić nikomu krzywdy, rzuciłem w prezesa Miklasa tortem z bitą śmietaną. Wtedy zaczęła się nagonka na moją osobę. Zatrzymano mnie za ten tort na 48 godzin. Policja przyszła po mnie o godzinie 6 rano. Postawiono mi zarzut napaści na Leszka Miklasa. W ciągu kolejnych lat do 2012 roku miałem 29 spraw sądowych. We wszystkich reprezentował mnie mecenas Krzysztof Wąsowski, któremu chciałem podziękować, bo też mu z tego powodu rzucano kłody pod nogi. Przed każdą sprawą badano mnie pod kątem psychiatrycznym. Najkrótsza miała cztery posiedzenia, dotyczyła rozwieszenia plakatów, które sugerowały, że Miklas był pedofilem. Nie wiem, kto zorganizował tę akcję, ale podejrzewano mnie, więc zostałem zatrzymany. Zostałem oczywiście uniewinniony. Większość spraw wygrałem, ale w końcu zostałem skazany za rzekomą nienawiść do Rosjan, choć zarzutów było wcześniej kilka. Zarzucono mi między innymi założenie grupy terrorystycznej Dżihad Legia, która miała zajmować się napadaniem na wysokich urzędników państwowych. Przykładem terroryzmu miało być… rzucenie w Leszka Miklasa tortem z bitą śmietaną. To brzmi śmiesznie, ale skutki były poważne, bo zatrzymany za organizowanie protestów przeciwko marszowi Rosjan trafiłem przez to w więzieniu na „enkę”, czyli do pawilonu dla osób niebezpiecznych. 

Sprawę obrzucenia tortem ostatecznie umorzono. Ale wtedy pojawiły się również pomysły wymiany publiczności na Legii na bogatszą i grzeczniejszą.

Pewna pracownica klubu, która już w nim nie pracuje, powiedziała mi, że Walter na poważnie zaproponował, żeby wzorem teleturniejów na stadionie Legii pojawiły się hostessy. Miały pokazywać kibicom kartki z napisami, na przykład „Brawo”, i wtedy kibice mieli klaskać. To było absurdalne. Ta wojna była wymierzona w nas, więc zaczęliśmy się bronić. Otworzyłem dwie strony internetowe. Jedna to szechteriada.org, która pokazywała prawdę o Adamie Michniku i jego bracie Stefanie. Druga to konieciti.pl. Władze bolało między innymi to, że na stronie o ITI były zawarte informacje o założycielach koncernu, o tym, że to Urban polecił towarzysza Waltera do prowadzenia propagandy ocieplającej wizerunek milicji. Dostaliśmy 70 tys. maili, ponieważ trzeba było podać adres mailowy w celu rejestracji, żeby wejść na stronę.

O tę stronę miałeś sprawę cywilną.

W dziwny sposób przegrałem sprawę o działanie tej strony. ITI wysłało do sądu swoich historyków. Mieli udowodnić, że naruszone zostało dobre imię ITI. W pierwszej instancji ustalono, że nie. Ale w drugiej tak prowadzono tą sprawę, że mnie i mecenasa Wąsowskiego o rozprawie nie powiadomiono. A w sprawach cywilnych jest tak, że jeżeli strona się nie stawi, to przegrywa. Przegrałem. Bo ktoś z góry zaplanował, żebym przegrał. 

Organizowałeś szereg protestów kibiców przeciwko Tuskowi.

Tak. Organizowałem m.in. manifestację „W godzinach pracy nie grają w piłkę rodacy” na Agrykoli, gdzie Tusk reklamował się, grając w piłkę z dziećmi. Za wszystkie te zgromadzenia byłem zatrzymywany następnego dnia o 6 rano. 

Ile razy tak było?

Od rzucenia tortem w Miklasa do sprawy starć z kibicami rosyjskimi byłem zatrzymany 14 razy na 48 godzin i około 30 razy o 6 rano wchodzili do mnie do domu. Rok po rzuceniu tortem w Miklasa zostałem przewieziony na komendę przy ulicy Wilczej i przykuty kajdankami do kaloryfera. Później powiedziano mi, że to pomyłka, bo chciano mnie tylko wezwać do oddania tacki jako dowodu w sprawie dotyczącej rzucenia tortem z bitą śmietaną. Pomagał mi mój kolega Wojtek Wiśniewski. Byłem już przyzwyczajony do wizyt policyjnych o 6 rano. Nawet przygotowywałem się do nich. Wstawałem o 5.45, brałem prysznic, o 5.55 byłem już ubrany i czekałem na nich przed domem. Kiedyś przed jednym z meczów reprezentacji okazało się, że polscy kibice nie otrzymają biletów. Było tak dzięki redaktorom Błońskiemu i Stecowi z „Gazety Wyborczej”. Na stronie konieciti.pl opublikowaliśmy artykuł, w którym zwróciliśmy się do kibiców, żeby osobiście podziękowali Stecowi i Błońskiemu za to, że nie mogą obejrzeć meczu na żywo. Z tego powodu o 6 rano policjanci weszli do mojego domu. Trafiłem na dołek pod zarzutem… grożenia śmiercią Błońskiemu i Stecowi, ponieważ sugestia podziękowania została odebrana jako nawoływanie do zabicia.

Prowadziłeś też słynny „Tóskobus”, parodiujący kampanię wyborczą premiera.

I to było dla niego solą w oku. Niektóre sytuacje były zabawne. W Łodzi dziennikarze TVN zapytali mnie, czy domagamy się uwolnienia „Starucha”, który był wtedy w areszcie na Białołęce. Odpowiedziałem, że nie, bo „Staruch” jest z nami. Po tym do naszego autobusu wbiegli policjanci w poszukiwaniu „Starucha”. Powiedziałem wtedy, że Piotr Staruchowicz siedzi w więzieniu na Białołęce. Ale jest z nami, w moim sercu, w naszych piosenkach, w ten sposób uczestniczy w naszym proteście. To było przesłanie.

Ale były też prowokacje.

One pokazywały, że na kibiców przyszło zlecenie z góry. Kiedyś w ramach protestu zbieraliśmy stare buty dla rumuńskich kibiców, ponieważ w przeszłości kazano nam zdjąć buty podczas wejścia na stadion narodowy w Bukareszcie. Buty, sznurówki czy paski od spodni musieliśmy rzucić pod bramą stadionu. Później więc zbieraliśmy stare buty pod stadionem Legii. Podczas zbiórki podszedł do mnie pewien człowiek i postawił przede mną skarbonkę z pieniędzmi. Zrobiono mi zdjęcia i aresztowano za to, że przy zbiórce butów nielegalnie zbierałem pieniądze. Często byłem zatrzymywany z takich wyimaginowanych powodów. Próbowali mnie zmęczyć. Ale nie dawałem się, bo przyzwyczaiłem się do tego. W pewnym momencie już byłem nawet ciekawy, co jeszcze wymyślą, żeby mnie zamknąć. Ponieważ podczas rzutu tortem krzyknąłem „Dżihad Legia!” i powiedziałem, że ogłaszam świętą wojnę z koncernem ITI, przesłuchiwali mnie, by ustalić, czy ktoś z Legii jeździł do krajów arabskich i kontaktował się z tamtejszą ludnością.

Wasza sytuacja była podwójnie trudna, bo właściciel klubu był jednocześnie właścicielem najbardziej prorządowej telewizji.

Zgadza się. Po tej akcji niosłem do swojego domu na pamiątkę dwa plakaty. Wtedy zatrzymała mnie policja i dostałem mandat w wysokości 150 zł za to, że rzekomo chciałem nielegalnie rozwiesić te plakaty. Przez kilka lat miałem zakaz stadionowy, więc przychodziłem pod stadion. Kiedy w Warszawie odbywał się mecz Legii z Ruchem Chorzów, była awantura pod bramą. Ja ten mecz oglądałem w barze. I o 6 rano przyjechali po mnie policjanci za rzekomą próbę… wtargnięcia na stadion. Zarzucono mi, że jednym kopnięciem otworzyłem ową bramę. Znaleźli nawet świadków tego zdarzenia. Trafiłem na dołek. Do pokoju przesłuchań przyszedł pan, który przedstawił się jako Famuła, naczelnik wydziału do spraw przestępczości pseudokibiców. Famuła zaproponował mi współpracę. Miałem podrzucić „Staruchowi” narkotyki do domu. Miałem być przewieziony do CBŚ na ulicy Okrzei i tam miał prowadzić mnie człowiek cień. Odmówiłem. Jeśli chodzi o sprawę wtargnięcia na stadion podczas meczu z Ruchem, to dostałem 8 miesięcy prac społecznych. Kurator wyznaczył mi prace sprzątające na komendzie w Grodzisku Mazowieckim. Jako kibic Legii odmówiłem sprzątania komendy. Kurator powiedział mi, że naraziłem się komuś z góry i było polecenie przydzielenia mnie do pracy na komendzie. Nie chciałem wykonywać tej pracy, więc musiałem odsiedzieć 4 miesiące na Służewcu. Honor nie pozwalał mi na czyszczenie komendy policji. Nigdy nie byłem grzecznym chłopcem. Mogę pójść siedzieć za bójkę, ale nie w szytej sprawie, której celem jest zamknięcie mnie na siłę. W końcu nadeszło Euro 2012. Znów przyszli do mnie o 6 rano. A wtedy nie byłem przygotowany, nie spodziewałem się tego, bo uznawałem, że nie ma żadnych powodów, żeby mogli mnie zatrzymać.

Przypomnijmy, że przez Warszawę miał przejść marsz kibiców rosyjskich. Co zaskakujące, Hanna Gronkiewicz-Waltz mówiła, że taki przemarsz w ogóle nie wymaga zgody.

Przecież było oczywiste, że ten marsz to prowokacja, w której Hanna Gronkiewicz-Waltz wzięła udział. Pozwolenie na ten marsz było działaniem antypolskim. Dziś słucham z niedowierzaniem, że nawet TVN krytykuje Niemcy za wyrażanie zgody na manifestacje Rosjan i zwolenników Rosji w Niemczech. A wtedy taki marsz miał iść przez Warszawę i uznawano, że wszystko jest w porządku. Przecież Rosja Putina już miała wówczas na swoim koncie ludobójstwo i napaść na inne państwa. Czy nasze służby nie wiedziały, że może dojść do prowokacji? I to się potwierdziło. Przed Stadionem Narodowym były osoby z tatuażami specnazu. Rosyjscy kibice przeskakiwali przez kordon polskich policjantów, bili Polaków, a później wracali za kordon i byli chronieni przez policję. A policja zatrzymywała naszych. Policjanci byli nastawieni na ściganie nas, a nie Rosjan. Dlaczego tak się stało? Przecież można było odizolować Rosjan, przywieźć ich na mecz autobusami, tak jak przywozi się kibiców różnych drużyn przyjeżdżających na mecze na stadion Legii.

Niektórzy kibice nieśli flagi z sierpem i młotem. Twój telefon był wówczas na podsłuchu.

Nagrano, jak mówiłem kibicom różnych klubów, że należy się temu przeciwstawić. Mówiłem o historii i zbrodniach, których Rosjanie dokonali na Polakach. Mówiłem też, że jeżeli pojawią się flagi z sierpem i młotem, to trzeba im je zabrać.

Twoje wypowiedzi zakwalifikowano jako nawoływanie do przemocy.

Pewne rzeczy były wyrwane z kontekstu. Owszem, mówiłem kibicom, żeby przyjechali i działali na własną rękę, ale nie organizowałem tego. Mimo to mnie aresztowano. Wyglądało to tak, że przyszli po mnie o 6 rano, a już o 14.30 byłem w więzieniu na Mokotowie. Założyli mi worek na głowę i czerwony strój dla osób niebezpiecznych.

Jak wyglądało zatrzymanie?

Policja był nawet delikatna. Co zabawne, z garażu zabrali mi siekierę oraz… sekator i inne rzeczy, które, ich zdaniem, mogły być użyte do awantur ulicznych. Później rozmawiał ze mną pan Maciej Karczyński, były rzecznik policji. Powiedział, że ma zaszczyt powitać króla przemytu narkotyków. To była totalna bzdura. Inny policjant powiedział, że organizowałem zamieszki, w wyniku których… zginął Rosjanin. W prokuraturze przy ulicy Chocimskiej na rozmowę wziął mnie prokurator Marcin Górski. Później w sądzie powiedziałem o nim, że to mały człowiek nie tylko z powodu wzrostu, a największe sukcesy zapewne osiągnąłby jako prokurator w latach 1945–1955. On przecież zaproponował mi współpracę w celu potwierdzenia doniesień w sprawie Maćka Dobrowolskiego. Miałem potwierdzić bzdurę, że Maciek handlował narkotykami. Jeżeli tego nie zrobię, miałem pójść siedzieć. Miał też dojść zarzut organizowania pobicia ze skutkiem śmiertelnym, bo jeden z Rosjan miał leżeć w szpitalu w stanie agonalnym. Powiedziałem, że odmawiam składania wyjaśnień. Na krótkim posiedzeniu sąd postanowił o aresztowaniu mnie. Skierowali mnie na Mokotów, na dziedzińcu czekało na mnie pięciu ludzi w kominiarkach i trzech z tarczami. Gdy mnie wprowadzali, złapali za głowę i wykręcili ręce. Widziałem kratkę z 1905 roku na korytarzu. Pomyślałem, że chyba to samo widzieli Łupaszka, Pilecki, Fieldorf i inni. Niewiele się tam zmieniło. Zaprowadzili mnie do piwnic, założyli worek na głowę, kajdanki na nogi i ręce, zaprowadzili do pawilonu dla niebezpiecznych. Dowiedziałem się o tym później, bo nie znałem rozkładu budynku. Po 7 godzinach oczekiwania w sali powiedziano mi, że zaszła pomyłka. Nie zarzucano mi już kierowania, tylko organizowanie. Zapytano mnie też, czy jestem poważny, że rzucam się na partię rządzącą. 

Kto tak zapytał?

Szef ochrony na Mokotowie, tzw. atandy. Nie znam nazwiska.

Według mecenasa Krzysztofa Wąsowskiego, w sądzie tłumaczono, że atanda nie istnieje.

Bo to formalnie prawda. Chodzi o to, że to są strażnicy, którzy dopuszczają się określonych czynów. Ten człowiek traktował mnie jako winnego, organizatora napaści na obywateli Rosji. Pytał, czy na pewno wiem, na kogo się rzuciłem. Zaprowadzono mnie do celi, gdzie zamiast sedesu była dziura w podłodze. Strasznie śmierdziało z tej dziury. Wcześniej ktoś załatwił tam swoje potrzeby. Dali mi kolację, ale odmówiłem jedzenia, bo w takich warunkach nie da się jeść. Wyprowadzili mnie więc do celi obok i tam kazali mi się rozebrać. Powiedzieli, że mam to zrobić, bo i tak mnie rozbiorą. Uznałem, że jeżeli mają mi rozerwać spodnie, to wolę sam się rozebrać. Zapytali, czy grypsuję. Potwierdziłem. Wtedy zaczęli mnie bić, tłukli jakieś 20 minut, bili głównie w żołądek i w nogi. Czułem kopniaki. Później w więzieniu na Mokotowie zostałem zakwalifikowany do operacji. Ale… nie wskutek pobicia. Lekarz stwierdził, że w celi zbyt intensywnie ćwiczyłem podnoszenie ciężarów i w wyniku tego miałem przepuklinę moszny. Pojawiła się kilka tygodni po pobiciu, gdy zeskoczyłem z łóżka. Miałem świadków, którzy wiedzieli, że nie trenowałem. To ewidentnie wynikało z pobicia. Prokurator jednak zajął się tym za późno, kiedy nie było już nagrań, które automatycznie kasowały się po trzech miesiącach.

Miałeś obdukcję?

Tak, ale już w czasie, gdy nie było śladów pobicia. Na wolności miałem dwie operacje, czekam na trzecią, ponieważ mam mocno uszkodzony żołądek.

Operacje były skutkiem pobicia?

Tak. Nigdy nie trenowałem podnoszenia ciężarów. Wcześniej trenowałem pływanie. To jedyny sport, przy którym nie ma problemu z potem. Nie znoszę pocenia się, a niestety w więzieniu jest problem z zachowaniem higieny. Nie mogłem wytrzymać we wspomnianej celi. Mówiłem strażnikom, że popełnię samobójstwo. Przenieśli mnie do celi WWO, czyli dla więźnia wzmożonej ochrony. Tam było spokojnie, nie męczono mnie, ale stosowano inne metody represji. Przez półtora miesiąca nie miałem widzeń. Dwa razy byłem doprowadzany do prokuratury, gdzie prokurator Górski przekonywał mnie, żebym zastanowił się nad wcześniejszą propozycją dotyczącą obciążenia Maćka. Odmówiłem. Prokurator Górski powiedział mi również, że przygotował wniosek w celu przedłużenia aresztu. Mówił, że wypuści mnie, jeżeli będę współpracował. Odmówiłem. Tymczasem okazało się, że mnie... oszukiwał, bo właśnie zostało przygotowane zwolnienie mnie z aresztu. Mimo to prokurator Górski próbował mnie przekonać do potwierdzenia nieprawdy. Wyszedłem. Prokurator zupełnie inaczej rozmawiał ze mną, kiedy byłem na wolności. Mówił do mnie w sposób, w który prawnicy mówią do szarego człowieka. Gdy przyszedłem zapłacić kaucję, byłem rozemocjonowany, ale starałem się być grzeczny. Górski pytał mnie, czy warto było rzucać się na Tuska i Putina, skoro mam dzieci. Sugerował, że nimi powinienem się zająć. Mówił, że niepotrzebnie walczę z Rosją. Będące tam inne osoby mówiły: Putin zadzwonił do Tuska i proszę bardzo, już jest winny.

Jak odebrałeś zarzut działania z nienawiści do Rosjan? Zostałeś skazany z art. 119 kk: „Kto stosuje przemoc lub groźbę bezprawną wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej…”. 

Cała sprawa Rosjan była szyta grubymi nićmi. Najpierw próbowano zmusić mnie do przyznania się. Sąd nie chciał powołać na świadka Hanny Gronkiewicz-Waltz. Mogłaby wyjaśnić, dlaczego pozwoliła na ten marsz. Ja i mecenas Wąsowski chcieliśmy też powołać na świadka Donalda Tuska, ale nie zgodził się na to prokurator Górski. Już po moim wyjściu z więzienia prokurator powiedział mi, że rzuciłem się na mocodawców Tuska z Moskwy. Putin był zbulwersowany zamieszkami wywołanymi rzekomo przez polskich kibiców. Telefonował w tej sprawie do Tuska. I mnie aresztowano.

Na jakiej podstawie założono ci podsłuch?

Moi obrońcy twierdzili, że do tej sprawy nie powinno dojść, ponieważ byłem nielegalnie podsłuchiwany. Przy moim zarzucie nie można używać podsłuchów. Jednak okazało się, że istnieją jeszcze jakieś akta tajne. Nie mogłem ujawnić ich treści przez dwa lata od zakończenia sprawy pod groźbą 5 lat pozbawienia wolności. Teraz mogę. W tych aktach napisano, że byłem szefem przemytu narkotyków w Warszawie. Założono mi podsłuch jako szefowi mafii narkotykowej, co było kompletną bzdurą. Nigdy nie miałem nic wspólnego z podobnym procederem. No a przy tej okazji miało wyjść na jaw, że popełniłem przestępstwo nienawiści do Rosjan. Wygląda więc na to, że w praktyce można podsłuchiwać każdego. 

Na Twojej rozprawie pojawiły się rosyjskie media i przedstawiciel rosyjskiej ambasady...

Weszli dziennikarze ITAR TASS, natomiast nie wpuszczono polskich mediów, w tym dziennikarzy „Gazety Polskiej”.

W 2012 roku za głoszenie swoich poglądów okazałeś się rusofobem, podlegającym odpowiedzialności karnej. Dziś to samo mówią wszyscy. Co mówią znający twoją historię kibice dziś, kiedy Rosja zaatakowała Ukrainę?

Zarówno moi bliscy znajomi, jak i inni kibice Legii podchodzą do mnie na Żylecie i zadają pytania. Dziwią się, że dziś można palić rosyjskie flagi, dla świata to stało się normalne i słuszne. Teraz mało kto uważa, że takie działania wynikają z jakiejś nienawiści. A przecież Rosja nie od dziś jest agresorem! Znajomi dziwią się, że nie zabiegam o uniewinnienie. Chcę podkreślić, że w mojej ocenie Donald Tusk jest zdrajcą narodu polskiego. Jestem kibicem i nie ma dla mnie żadnej partii, z którą bym się we wszystkich sprawach zgadzał. Nie jestem zwolennikiem PiS. Ale jest powód, dla którego chcę, żeby PiS wygrał wybory. To jedyna partia, która pilnuje suwerenności Polski. Jeśli władzę przejmie opozycja, znowu będziemy służyć Moskwie i Berlinowi. Uważam, że nikt, kto głosuje na Platformę Obywatelską, nie ma prawa uważać się za kibica Legii. Ta partia bezwzględnie zwalczała całe polskie środowisko kibicowskie i działała wbrew interesom naszego kraju.


O ustosunkowanie się do zarzutów Wojciecha Brauna poprosiliśmy prokuratora Marcina Górskiego za pośrednictwem rzecznika Prokuratury Krajowej, gdyż w Prokuraturze Okręgowej w Warszawie poinformowano nas, że prokurator już tam nie pracuje. Do momentu zamknięcia numeru [wydanego 9 listopada 2022] nie otrzymaliśmy odpowiedzi.


Tekst pochodzi z aktualnego wydania tygodnika "Gazeta Polska".

 

 



Źródło: Gazeta Polska

 

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo