Ginie idea wspólnej Europy. Myślenie zastępuje bezmyślna wierność procedurom

„Na naszych oczach – z racji wszechobecnego proceduralizmu – ginie idea wspólnej Europy. To europejski proceduralizm nakazał ślimaka traktować jak rybę, nawoływał do prostowania ogórków i bananów. Proszę zauważyć, że ideę wspólnej Europy stworzyła kultura francuska, jej potęgę sformowała kultura brytyjska, odkąd zaś prymat przejęła proceduralna kultura niemiecka – wszystko się sypie i wszyscy do wszystkich mają pretensje” – mówi w rozmowie z Niezalezna.pl dr hab. Janusz Sytnik-Czetwertyński, filozof i etyk, profesor Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy.

arch.

Co widzi filozof, gdy patrzy dzisiaj na Europę? Więcej podziałów czy więcej dowodów jedności? 

Prof. Janusz Sytnik-Czetwertyński: Europa podzielona jest w zasadzie na trzy kręgi kulturowe: francuski, brytyjski i niemiecki. Osobno jest Rosja jako pustynia. 

A jest coś specyficznego dla tych kręgów?

W kulturze francuskiej najważniejszy jest drugi człowiek. To dlatego w Polsce, która jest spadkobierczynią tej kultury, zwracamy się do adresata z „dużej litery” (piszemy Tobie, Ciebie itd.). W kulturze brytyjskiej ja jestem na pierwszym miejscu (stąd „I”, czyli „ja”, piszemy tam z „dużej litery”). To z tego powodu gabinety brytyjskich profesorów obwieszone są dyplomami, nagrodami, czy podziękowaniami, ściany te mówią: spójrz kim ja jestem! W kulturze Niemieckiej nie liczy się zaś ani „ty”, ani ja”, w ogóle nie liczy się człowiek, a jedynie norma i jej możliwie skrupulatne spełnienie. Nie dziwi więc, że słynna niemiecka kindersztuba opiera się na ścisłym, acz bezmyślnym wypełnianiu reguł. W przeciwieństwie do francuskiego savoire vivre, gdzie nacisk kładzie się na wyczucie. W znaczeniu pozytywnym, kultura francuska prowadzi do altruizmu, brytyjska do samorozwoju, a niemiecka do poszanowania prawa. W znaczeniu negatywnym kultura francuska prowadzi zaś do kołtuństwa, brytyjska do narcyzmu, a niemiecka do bezmyślnego automatyzmu, w skrajnych przypadkach do zbiorowej nekrofilii (czasy Hitlera). 

Czy któryś ze wspomnianych kręgów kulturowych zdominował dzisiejsze myślenie i działanie Starego Kontynentu? 

Przed wojną dominowała kultura francuska, potem brytyjska, dziś niemiecka – stąd kult procedur i ich bezmyślnego spełniania. Proceduralizm zabija bowiem w człowieku to, co w nim najbardziej ludzkie: spontaniczność. Tylko ideologom wydaje się, że cokolwiek można zdziałać z pomocą procedur. Zakładają, że człowiek doceni i zrobi to, co dlań najlepsze. Jest to założenie każdej ideologii i każdego światopoglądu. Tymczasem człowiek namiętnie odmraża sobie na złość uszy, ba, w imię tego prawa jest w stanie walczyć na śmierć i życie. Odmrażając uszy wyraża bowiem potrzebę wolności: stracę, bylebym miał świadomość, że to moja decyzja. Ponadto twórcy procedur starają się kategoryzować rzeczywistość, spisać sytuacje typowe i nadać im harmonogram. Życie jest jednak dowodem ciągłych odstępstw. Proceduralizm zmusza więc, by sytuację niekonwencjonalną zmieścić w ciasnych granicach sytuacji typowej – to jest sednem. Proceduraliści, nawet gdyby lądowało UFO, próbowaliby znaleźć procedurę. 

A zna Pan Profesor przykłady takich idei, które mogą albo mogły zmienić świat, ale zabiły je procedury?

Na naszych oczach – z racji wszechobecnego proceduralizmu – ginie idea wspólnej Europy. To europejski proceduralizm nakazał ślimaka traktować jak rybę, nawoływał do prostowania ogórków i bananów. Proszę zauważyć, że ideę wspólnej Europy stworzyła kultura francuska, jej potęgę sformowała kultura brytyjska, odkąd zaś prymat przejęła proceduralna kultura niemiecka – wszystko się sypie i wszyscy do wszystkich mają pretensje. Tenże proceduralizm wypchnął Wielką Brytanię poza granice wspólnej Europy. Proceduralizm łączy bowiem na papierze, ale realnie dezintegruje.

Proceduralizm jest dobry tylko w sytuacji typowej, czyli prawie nigdy. Tego nie widzą jego wyznawcy, dominujący dziś w unijnych gremiach. Nawet gdy się wszystko rozsypie będą twierdzić, że metoda była dobra, że zabrakło procedur. Jest to – jak pisał Brandstaetter – powtórzenie dawno umarłej ludzkości. Pierwsza cywilizacja w dziejach (sumeryjska), próbowała wszystko spisać. Była to cywilizacja skrajnych technokratów, po której nie został kamień na kamieniu. Sto pięćdziesiąt lat temu, po niemal pięciu tysiącach lat, dowiedzieliśmy się, że w ogóle istniała. Jej wpływ na tworzenie wiedzy i starożytnej filozofii był zerowy. Inną cywilizacją skrajnie kodeksową była cywilizacja hinduska – co skończyło się brytyjskim kolonializmem. 

Czyli proceduralizm wygląda dobrze „na papierze”, ale już nie w życiu?

Proceduralizm świetnie wygląda, ale nigdy się nie sprawdza. Zabija spontaniczność, miłość, uczucia, wolność, w tym wolność wyboru – to, o co rzekomo walczy. To wszechobecny proceduralizm jest odpowiedzialny za to, że nie możemy dziś w Europie korzystać z posiadanych źródeł energii (wojna na Ukrainie pokazuje jak ogromnym było to błędem), nie możemy korzystać z dostępnych dobrodziejstw cywilizacji i demokracji (procedury zakazują…).

Dzieje się to zresztą nie tylko w sferze makro, ale i życia potocznego. To z racji proceduralizmu jesteśmy zmuszeni tolerować np. quasimarketingowe oszustwa (np. przez telefon), ale też nie mamy pełnego dostępu do informacji o realnych skutkach notorycznego zażywania suplementów (co obecnie jest w Polsce problemem) czy dostępu do informacji o alternatywach dla osób palących (co mogłoby okazać się zbawcze dla wielu palaczy). Proceduralizm próbuje przy tym siebie wskazywać jako wzorzec moralny, choć jest obiektem notorycznego lobbingu. Domyślać się można, że np. przywołany brak informacji o alternatywach dla palących jest efektem lobbingu firm farmaceutycznych, zainteresowanych dochodami ze sprzedaży leków leczących skutki palenia lub reklamą gadżetowych produktów, np. gum równie uzależniających, co papierosy. 

A może patrząc na pandemię COVID-19 procedury okazały się dla nas ratunkiem? Czy może zapędziły w kozi róg?

No ale właśnie nas nie uratowały. Od wielu lat wskazywano, opierając się m.in. na statystyce, że nadchodzi pandemia. Upatrywano jej w wirusie ebola, w ptasiej grypie, w każdym epidemiologicznym zagrożeniu.

I co to dało? Przyszła pandemia i nasza proceduralna cywilizacja miotała się od lewa do prawa, na przemian nakazywała i zakazywała, na końcu wszystko zamknęła. Dowiedzieliśmy się, że w XXI wieku jedynym lekarstwem na epidemię jest po prostu zasłonić sobie twarz lub nie wychodzić. Moim zdaniem pandemia COVID obnażyła to, co w proceduralizmie najgorsze: całkowita bezradność wobec sytuacji niestandardowych. 
 
Procedury znamy na co dzień aż zbyt dobrze z urzędów i administracji publicznej... Statystycznemu Kowalskiemu raczej trudno o dobre skojarzenia z tymi miejscami. Czy Pańskim zdaniem w naszym kraju biurokracja wygrywa z myśleniem? 

Ten problem jest prosty: administracja przyjęła dogmat, że wszystko, cokolwiek robi, musi być zgodne z wprowadzoną procedurą. Urzędnik zostaje więc sprowadzony do roli maszyny. W sytuacji, gdy urzędnik, wiedziony np. doświadczeniem życiowym doskonale wiedziałby, co robić, by rozwiązać stawiany przed nim problem, zmuszony jest zajrzeć do Złotej Księgi Procedur i postępować zgodnie z jej zapisami nawet, gdy wie, że jego działania będę przeciwskuteczne. Zakazana jest inwencja, inteligencja, inicjatywa. 

Ale może są też takie obszary, jak choćby zdrowie czy nauka, w których nie ma miejsca na ideologizację ani proceduralizację? A może przeciwnie, to tutaj takie zjawiska są najsilniejsze? Tylko gdzie i co jest ich przyczyną?

Medycyna wciąż opiera się procedurom. Są oczywiście standardy leczenia, ale dają pewien luz decyzyjny. W nauce mamy zaś obecnie procedury ewaluacyjne, które wprowadzała wpierw min. Kudrycka, a potem wszyscy odpowiedzialni za naukę. Proceduralizm w nauce oparty jest na schematach sprzed 20 lat, nazywanych standardami jakości produkcji ISO 9001 i ISO 9002. Jest to gwóźdź do trumny europejskiej nauki.

Czy wyobrażają sobie Państwo, że dzisiejsze procedury pozwalają np. by student kończący licencjat z niemal dowolnej dziedziny przyszedł na studia magisterskie z filozofii, gdzie wnioskując o Indywidualną Organizację Studiów zostaje zwolniony z obecności? Człowiek ten może więc zostać magistrem filozofii nie uczestnicząc nawet w jednych zajęciach z tej dyscypliny. Oblałem kiedyś na ostatnim semestrze, z trzech przedmiotów studenta, który próbował tą drogą zostać magistrem filozofii, nie odróżniając logiki od etyki. 

Gdyby miał Pan Profesor postawić diagnozę na temat kondycji intelektualnej instytucji międzynarodowych, np. UE, NATO czy WHO, to w jakim kierunku poszłaby taka diagnoza?

Pandemia COVID zdruzgotała autorytet WHO, które dziś jest bardziej ideologicznym think-thankiem, niż poważną organizacją zajmującą się ochroną zdrowia. Organizacji tej suflują na przemian różne fundacje, najczęściej związane z biznesem. Bez wątpienia WHO jest też jednym z siewców proceduralizmu. O Unii Europejskiej powiedziałem już kilka zdań. Jeśli zaś idzie o NATO, to obecnie walczy o życie. Jeśli – a wojna na Ukrainie jest zagrożeniem – zaatakowany zostanie choćby skrawek jednego z państwa Sojuszu, oczy całego świata zwrócą się w stronę zarzewia konfliktu.

Jeśli NATO nie ruszy z impetem, zdruzgotany zostanie jego autorytet na zawsze. Doprowadzi to do upadku USA jako mocarstwa, a wraz z tym Europy. Brak odzewu w sprawie fundamentalnej – to śmierć polityczna. To jest bardzo śliska gra, z której wszyscy doskonale zdają sobie sprawę. Rosja też. 

dr. hab Janusz Sytnik-Czetwertyński – prof. Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego (UKW) w Bydgoszczy (Instytut Filozofii) oraz Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego w Warszawie. Od 2016 r. Wiceprzewodniczący Odwoławczej Komisji Bioetycznej przy Ministrze Zdrowia. Członek Polskiego Towarzystwa Filozoficznego w Krakowie. Autor 15 książek i około 70 artykułów naukowych, opublikowanych w czasopismach naukowych w Polsce i za granicą.

 



Źródło: niezalezna.pl

 

Grzegorz Broński
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo