„Posła”, „posełka” czy „poślica”? Z prof. Ewą Budzyńską rozmawiamy o językowych absurdach gender

- Nazwanie kobiety "polityczką", "socjolożką", "ministrą" to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Za ideologią gender idzie o wiele więcej. Ojciec czy matka to rodzic "A" i rodzic "B". Zamiast tradycyjnych i jednoznacznych określeń "małżonek", "małżonka" mówi się "mój partner". W miejsce "odpowiedzialnego rodzicielstwa" wchodzi "zdrowie reprodukcyjne" - mówi nam socjolog prof. dr hab. Ewa Budzyńska. I dodaje, że w tej sytuacji, nie ma już w myśleniu społecznym - "dziecka poczętego", jest "płód", "zapłodniona komórka jajowa", a zabicie dziecka to nic innego jak „terminacja ciąży” czy „wywołanie miesiączki”.

zdjęcie ilustracyjne
pixabay.com

Agnieszka Kołodziejczyk: Joanna Mucha, minister sportu w drugim rządzie Donalda Tuska, mówiła, że należy ją nazywać "ministrą". Łamy części gazet czy informacje stacji telewizyjnych wypełniają "polityczki", "socjolożki", "antropolożki", "oficerki", (kobiety służące w armii). Czy naprawdę przydaje to kobietom profesjonalizmu i zmusza odbiorców do szacunku?

prof. dr hab. Ewa Budzyńska: - Przykłady tworzenia nowych słów wpisują się w znacznie szerszy proces, jakim jest tzw. globalna rewolucja seksualna. W Polsce nabiera ogromnego tempa, stanowiąc imitację zachodnich procesów rewolucyjnych. Jesteśmy na początkowym etapie zachowań imitacyjnych. Przejmujemy je niczym kalkę i chcemy zastosować do naszego społeczeństwa. W tych działaniach chodzi o to, by zniszczyć to, co tradycyjne. Nasz kraj z zewnątrz jest postrzegany jako katolicki, czyli zaściankowy, zacofany. Trzeba zatem nieść ów „kaganiec” rewolucyjnego światła do ludu. Celem tych działań jest przyspieszenie zmian w społecznym eksperymencie, jakim jest m.in. zatarcie różnic biologicznych i społeczno-kulturowych między płciami, ale także zniszczenie istniejących od wieków tradycyjnych struktur społecznych – przede wszystkim rodziny, ale i Kościoła katolickiego. 

Do aksjomatów zachodniej rewolucji kulturowej należy m.in. likwidacja tożsamości płciowej mężczyzny i kobiety oraz uznanie zmienności oraz zamienności tożsamości płciowej (płeć - wedle tych założeń - można sobie dziś wybrać, podobnie jak preferencje seksualne). Innym aksjomatem jest walka płci pomiędzy uciskanymi kobietami i wykorzystującymi je mężczyznami - na wzór marksistowsko-leninowskiej walki klas. Realizacja tych dwóch założeń wiąże się ze zmianą, a nawet dekonstrukcją języka, z którego trzeba usunąć pojęcia tradycyjne. Innym obszarem ideologicznej „operacji” na żywym języku jest narzucanie form żeńskich, np. wykonywanych zawodów bądź pełnionych funkcji przez kobiety. 

Oczywiście, w języku polskim zawsze funkcjonowały formy żeńskie tworzone od nazw męskich, ale kształtowały się naturalnie, np. "król" - "królowa", „car” – „caryca”.

Natomiast te, które tworzy się w sposób sztuczny, stają się karykaturalne. Jeden z moich znajomych stwierdził, że jeżeli wprowadzono tytuł "profesorka" (od tytułu „profesor”), to przez analogię mężczyznę trzeba by nazywać "profesorkiem"... (Podobnie byłaby "dyrektorka" i "dyrektorek"). Takie nazewnictwo od razu wywołałoby jednak oburzenie. 

AK: W jednym z wywiadów, profesor architektury, stanowczo zaprotestowała, gdy dziennikarka próbowała ją nazwać "architektką". 

prof. Ewa Budzyńska: No to może dodajmy do tej listy „psychiatrkę”, „chirurżkę”, „powstankę”, „dziekankę”… Przywołajmy w tym miejscu jeszcze inne przykłady: skoro mężczyzna jest "premierem", kobieta to "premiera"... Ja natomiast od niedawna mam dylemat: w jaki sposób nazywać kobietę wybraną do Sejmu: mężczyzna staje się „posłem”, a kobieta? Czy powinna funkcjonować jako „posła”, a może „posełka” albo „poślica”? Język jest żywy i ewoluuje w sposób naturalny, choć nie do końca logiczny.

Niektórzy badacze wskazują na zjawisko „wrogiego przejęcia” tradycyjnego terminu, opisującego społeczne fakty, i nadawania mu całkowicie nowego znaczenia. Za przykład z okresu PRL może służyć nazwanie ustroju socjalistycznego (komunistycznego) demokracją ludową, gdy faktycznie panował ustrój totalitarny. Współcześnie mówiąc o wartości życia, ogranicza się ją do jego jakości. W związku z tym niektóre osoby uznaje się za niewarte życia, co przekłada się na decyzję uśmiercenia ich – poprzez aborcję lub eutanazję. Co więcej, owa wartość życia została daleko zsubiektywizowana: jeśli poczęte dziecko uznam za wartość dla siebie, zdecyduję się je urodzić, ale jeśli to samo dziecko będzie postrzegane przeze mnie jako przeszkoda w realizacji innych ważnych dla mnie celów (np. kariery zawodowej, wolności), zostanie poddane procedurze uśmiercenia. 

AK: Jednym z przykładów ideologii feministycznej jest, to że mówimy "płód", a nie "człowiek"!

prof. Ewa Budzyńska: Przypomnę, że z depersonalizacją człowieka w okresie prenatalnym mieliśmy do czynienia już w czasach komunizmu, gdy prawnie dopuszczano aborcję do 12 tygodnia ciąży, a w praktyce bez żadnych ograniczeń. Już wtedy używano podobnych określeń, jednocześnie zwalczając wszelkie działania na rzecz obrony dzieci przed zagładą. Wtedy jednak nie było USG, nie było filmów ani zdjęć pokazujących nie tylko rozwój fizyczny prenatalnego dziecka, ale i jego niebywałą aktywność ruchową. Prowadząc wykłady m.in. z socjologii moralności, gdy studenci decydowali się dyskutować na temat wartości życia „płodu”, zawsze pytałam o znaczenie terminu "płód": jaki „płód”, czyj "płód"? „Czy państwo znacie kobietę będącą w ciąży, która zaczyna rozmyślać, co urodzi? Psa, kota? Odpowiedź jest jedna: poczęłam człowieka, noszę i urodzę człowieka.

Wielu współczesnych badaczy przeprowadza analizy współczesnej "nowomowy" i wskazuje, że zabrania się używania słowa ojciec czy matka – natomiast jest rodzic "A" i rodzic "B". Ponadto nie używa się słów "małżonek", "małżonka", a zastępuje je słowami "mój partner", „moja partnerka”. Wtedy pojawia się pytanie, czy to "konkubent", "mąż", "żona". Z kolei w miejsce "odpowiedzialnego rodzicielstwa" wchodzi "zdrowie reprodukcyjne". Słowo "zdrowie" jest terminem bardzo pozytywnym, ale pojęcie "reprodukcja" to już termin z weterynarii. Termin "prawa dziecka" odnosi się do dziecka dopiero od jego urodzenia, i to pod warunkiem, że urodzi się zdrowe (bo nie każde dziecko zasługuje na swoje prawa – np. w Holandii, Belgii - krajach najbardziej "postępowych" można uśmiercać dzieci urodzone z wadami lub chorobą). Ten proces w psychologii społecznej nazywamy depersonalizacją, (odczłowieczeniem). Wobec dziecka poczętego pojawiają się określenia: "płód" "embrion", "zarodek", "tkanka płodowa", "zapłodniona komórka jajowa", "zlepek komórek". Tylko nie „człowiek”; zaś zabójstwo dziecka nienarodzonego to tylko "aborcja", "przerwanie" lub "usunięcie ciąży”, bądź "wywoływanie miesiączki".

Z kolei "eutanazja" to "dobra śmierć", ale tak naprawdę to samobójstwo wspomagane, czy wręcz działania zbrodnicze na człowieku, który chce żyć. 

Zgodnie z gender w wielu krajach wystarczy mężczyźnie stwierdzić, że jest kobietą - bez dokonywania żadnych zabiegów medycznych, by uzyskać pewne przywileje związane z płcią żeńską, np. prawo do wcześniejszego o kilka lat przejścia na emeryturę, albo – w razie skazania na karę więzienia za jakieś przestępstwo, np. gwałt, prawo odbycia tej kary w celi z innymi kobietami. To tak, jakby „osadzić” lisa w kurniku pełnym ptactwa.

AK: W Polsce córka jednego ze znanych dziennikarzy zmienia płeć, lekarka "endokrynolożka", do której się udała, musiała się później tłumaczyć ze swoich słów o nieleczeniu transseksualizmu i z tego, że nie chciała przepisać leków hormonalnych z refundacją NFZ... 

prof. Ewa Budzyńska: Przypomnijmy, że w krajach zachodnich w obszarze językowym dokonuje się już takiej absurdalnej wprost ekwilibrystyki w ramach tzw. poprawności politycznej, nakazując używanie takich terminów jak: "osoba z szyjką macicy", "z waginą" czy "osoba karmiąca klatką piersiową", a ostatnio „rodzic rodzący dziecko” (przypomnę, że słowo „matka” także stało się słowem zakazanym)…

 

 



Źródło: niezalezna.pl

#gender #dr hab. Ewa Budzyńska

Agnieszka Kołodziejczyk
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo