Zbierzmy się do kupy, kupy nikt nie ruszy!

Jeśli zero doda się do zera i pomnoży przez zero, to nadal pozostaje… O tej prostej prawdzie ciągle zdają się zapominać politycy, którzy od kilku lat boleśnie cierpią na syndrom odstawienia i zamiast przemyśleć źródła swych klęsk, ciągle powracają do starego schematu, który kiedyś w Polsce, z powodzeniem, zastosowały postkomunistyczne służby specjalne. Zastrzegam, że tą metaforą nie określam person, lecz jedynie zjawisko.

Chodzi o wiarę w tzw. promieniowanie autorytetu – proces psychologiczny istotnie zachodzący w sytuacjach, gdy ktoś cieszący się niekwestionowanym autorytetem udziela swego poparcia osobie mniej znanej. Następuje wtedy podniesienie tej osoby niemal do rangi postaci udzielającej tego faworu. Manipulacyjne „elity”, po czasach PRL-u, zastosowały ten manewr choćby przy tworzeniu listy Solidarności w pierwszych wyborach po Okrągłym Stole. Poparcia udzielał wtedy noszony na ramionach Lech Wałęsa, o którym niewielu wówczas wiedziało, że od czasu strajków na ramionach nosili go esbecy. 

Sumowanie głośnego poparcia dawało efekt wiele razy i „elity” powtarzają go, ile tylko wlezie, do dziś. Jednak publiczność staje się coraz bardziej grymaśna i okazuje się, że samo nagromadzenie „autorytetów” coraz słabiej działa jako motyw werbunkowy, coraz mocniej za to trąci niezamierzonym kabaretem.

Kiedy zamiast namiastki rzetelnego programu, zamiast przygotowania katalogu wpadek i błędów rządzących, gromadzi się w jednym pomieszczeniu, kogo tylko się da, i robi się wokół tego jazgot wszystkich zaprzyjaźnionych mediów i dziennikarzyków, to zamiast wielkiej sprawy wychodzi sprawka wstydliwa. 

Szkoda, że czasów tych nie doczekali Tuwim z Gałczyńskim, no, może doprawiony Brzechwą, powstałby bowiem wierszyk udany, jak z cwanym spotkał się bankrut cwany.

Kogóż to na tym spędzie nie było: bęcwał z jełopem, chytry frant w chłopem, jakaś zbutwiała figura stara, i polityczna, chroma… niezdara.

No, ale koniec z poetyckimi facecyjami. Pora bowiem postawić zakład. Jeśli ktoś z Państwa szanownych uważa, że kiedy Komorowski z Kwaśniewskim list napiszą, gdy Czarzasty z „Tygryskiem” Kamyszem obok nich przysiądą i doprawimy to jeszcze Gowinem, przytaszczymy Tuska, Hołownię (najwyraźniej jako eksponat zastąpił lubelskiego Palikota)…, wedle fantazji podlać taki sos można rozmaitymi jeszcze Zandbergami, Szczukami i na przykład panią Tokarczuk (wszak współczesna nagroda leninowska nie powinna się marnować i obrastać pajęczyną), i dodać do tego jeszcze monodram w wykonaniu na przykład pani Jandy… – że to wystarczy, aby zmontować siłę polityczną, która w Polsce może teraz przewracać trony, to ja staję naprzeciw i o zakład idę, że to się już nie uda. 

Taniego jarmarku wszystkiego z wszystkim, pod hasłem odsuńcie PiS od władzy, bo my już dostatecznie wygłodnieliśmy odsunięci od żłobu, nie da się sprzedać jako solidnej i alternatywnej – wobec obecnej władzy – opozycji. 

Spoglądając – nawet wyrozumiale – na drzemiących Czarzastego, Kwaśniewskiego, Komorowskiego, Gowina, można jedynie zbadać im poziom cukru we krwi, a nie wieszczyć polityczną ofensywę.

Możecie się Państwo zżymać, że w lekkiej formie opisuję potencjał tuzów dzisiejszej polskiej opozycji, ale dalibóg powiedzcie mi: jakież to głębsze przesłanie wydaliło z siebie to – nominalnie – wielce szacowne grono? Nawiasem mówiąc, wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak prosta propaganda zdołała na fotelu prezydenckim osadzić kogoś takiego jak Kwaśniewski czy Komorowski!

Panowie spotkali się i łączy ich tylko jedno: nienawiść wobec PiS… nic więcej. O żadnym wspólnym programie nie ma – w ich przypadku – nawet mowy. Zamiast programu usłyszeliśmy jedynie rytualne pohukiwanie i zapewnienia, że taka „drużyna” jest gotowa przejąć po Kaczyńskim władzę i solidnie zemścić się na aktualnie rządzących. Co ciekawe, to ten zestaw twarzy posadzony razem sprawia wrażenie całkowicie zwiędłej sałaty. Nic ciekawego, nowego, żadnego pomysłu, który nosiłby w sobie choć pozór myślenia o Polsce w kategoriach odpowiedzialności i służby państwu. Tu zresztą nie ma żadnego rozczarowania. Stara maniera „Gazety Wyborczej”, gdy pełne frazesów listy protestacyjne – na łamach gazety – podpisywały całe tabuny „autorytetów”, wraz z noblistką stalinistką, została jeszcze raz odgrzana. Ławka „wielkości” znacznie się jednak przerzedziła, a wszystkich łączy tylko syndrom długotrwałego odstawienia od żłobu. „Konserwatysta” Gowin, „liberał” Tusk, „katolicki liberał” Hołownia, ekskomuch „demokrata” Czarzasty, „zielone ni to, ni owo, ale do władzy gotowo” Kosiniak-Kamysz, do tego „intelektualista” Komorowski i „autorytet demokratyczny III Rzeczypospolitej” Kwaśniewski.

Przyznacie, że takie grono budzi entuzjazm, który ludzie z mojego pokolenia zapamiętali z akademii pierwszomajowych epoki późnych lat 80.
 

 

 



Źródło:

Witold Gadowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo