Lisiewicz do lewicowych i liberalnych wyborców: jedną rzecz załatwmy razem. Bo historia uzna nas za idiotów

„Chodzi o to, żebyśmy mogli spierać się, a nawet rzucać się sobie do gardła w państwie, któremu nie grożą bomby ani rozbiory. Właśnie mija 250 lat od I rozbioru Polski z 1772 r. i gdy spojrzymy na te ćwierć tysiąclecia obecna sytuacja jest absolutną anomalią. Po napaści Rosji na Ukrainę, nastąpiła unikalna zmiana na arenie międzynarodowej, przez którą Polska, kluczowa dla Stanów Zjednoczonych, znalazła się po właściwej stronie każdej potencjalnej żelaznej kurtyny. Dla myślących prawicowych patriotów to zwycięstwo, ale nawet dla tych liberałów i lewicowców, co chcą uwolnić się od polskiej martyrologii, też możliwość spełnienia marzeń: nie będzie trzeba ginąć i cierpieć! Jest tylko jeden warunek, żeby to się udało: nie może w Polsce wrócić do władzy układ rosyjsko-niemiecki” – pisze Piotr Lisiewicz w Gazecie Polskiej. 

Zbyszek Kaczmarek/Gazeta Polska

Gdy toczyłem niedawno rozmowę z lewicowym kolegą z dawnych czasów, powiedział on: najbardziej brakuje nam rozmowy. Nie ma już rozmów, każdy ciągnie w swoim kierunku. Dlatego chciałbym, żeby ten tekst był próbą rozmowy. Nie będę więc używać ostrych sformułowań zapewniających klikalność w Internecie.

Niezadowoleni, ale bez Mariupola nad Wisłą

Drogi do tego, by uniknąć powrotu Polski do układu niemiecko-rosyjskiego są dwie. Pierwsza to trwanie u władzy PiS, czyli kontynuacja budowy koalicji państw Międzymorza w sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Wtedy oczywiście elektorat liberalny i lewicowy będą niezadowolone, bo za duży wpływ Kościoła na państwo, brak zmian prawa dotyczącego aborcji czy LGBT, upolitycznienie mediów publicznych itp. Ale nie będą musiały obawiać się, że w jakiejś wyobrażalnej perspektywie czasowej bomby spadną na ich wegańskie restauracje i genderowe pracownie. To pod naszą szerokością geograficzną niemało.

Druga droga to reorientacja opozycji, gdy chodzi o sojusze międzynarodowe, przecięcie jej związków z Niemcami i Rosją, oczywiście przy zachowaniu lewicowych lub liberalnych poglądów ideologicznych. W przypadku dojścia owej opozycji do władzy niezadowoleni będą tacy jak ja. Będą obawiać się rozmywania polskiej tożsamości, osłabiania chrześcijaństwa kosztem ideologicznej pustki, nie spodobają nam się programy szkolne i… oczywiście, a jakże, upolitycznienie mediów publicznych. Ale nie będziemy musieli obawiać się, że bomby spadną na kościoły, patriotyczne pomniki i muzea. Tak, to również pod naszą szerokością geograficzną niemało.

I obie strony mogą mieć pewność, że o swoje racje będą mogły walczyć w kolejnych wyborach, a w  żadnej przewidywalnej przyszłości nie zostanie nam narzucona jakaś „republika ludowa” na wzór donieckiej czy ługańskiej.

Opozycyjny węzeł gordyjski

Czy taka reorientacja jest w opozycji możliwa? Chodzi generalnie o to, żebyśmy mieli w Polsce opozycję, która w przypadku wydarzeń podobnych do napaści na Ukrainę zachowałaby się nie gorzej, niż PiS. Uważam, że w perspektywie wyborów w 2023 r. nie jest to możliwe. Natomiast długoterminowo powinien być to proces naturalny.

Opozycja, której programem ma być według Donalda Tuska „antypis”, ma w rzeczywistości kilka tożsamości, które wcale nie muszą być ze sobą na zawsze sklejone. Co więcej, uważam że ich sklejenie, istnienie tego węzła gordyjskiego, nie służy ludziom z lewej strony, pragnącym uczciwie wprowadzać w życie swoje idee. Jakie są te składniki? Wymienię je po kolei od tych, które mnie nie odstręczają, do takich, co nie podobają się w ogóle. Pierwszy to po prostu tradycje polskiej lewicy, pozostające w kontrze do endeckiej wizji Polski. Drugi to idee uważane dziś za lewicowe czy liberalne w świecie zachodnim. Trzeci to dziedzictwo postkomunizmu. Czwarty wreszcie, powiązany z trzecim, to niemiecko-rosyjskie powiązania.

Te wszystkie składniki splątały się ze sobą, chociaż wcale nie muszą być ze sobą sklejone. Bo niby dlaczego obrona praw LGBT musi być połączona z obroną uprzywilejowanych esbeckich emerytur? Przecież ten drugi postulat nie jest z pewnością lewicowy. Bo co miałoby być lewicowego w utrzymywaniu przywilejów emerytalnych dla funkcjonariuszy totalitarnego państwa, wsadzających opozycjonistów, w tym również lewicowych, do więzienia, a nawet organizujących wymierzoną w homoseksualistów akcję „Hiacynt”? Z punktu widzenia składników numer jeden i dwa, też jest to raczej bez sensu. Wydaje się wręcz, że odrzuciwszy ten balast, lewica otworzyłaby się na nowy elektorat.

Zakup Himarsów nie jest prawicowy. Ale Tusk tego nie zrobi

A dlaczego lewica miałaby by być przeciwko przekopowi Mierzei Wiślanej? Albo przeciwko gazoportowi w Świnoujściu? Przecież gazoport czy przekop nie są prawicowe ani lewicowe, są niepodległościowe po prostu. A zakup 500 Himarsów, 1250 czołgów i 48 samolotów z Korei Południowej jest prawicowy czy lewicowy? Zakup uzbrojenia – choć można dyskutować o szczegółach – jest racjonalny chyba? Ale wiemy, że gdyby do władzy doszedł Tusk, zaraz zaczęłyby się w tych zakupach opóźnienia.

No więc z całą pewnością myślenie lewicowe ani liberalne nie jest wpisywanie się opozycji w układ niemiecko-rosyjski. Powody dla których tak dotąd było, spróbujmy opisać neutralnym, politologicznym  językiem. Wpisanie nurtów lewicowego i liberalnego w układ niemiecko-rosyjski wynika z tego, jaki ukształtował się w III RP model stosunków społecznych. Polegał on na dominacji biznesu o postkomunistycznym, a więc mającym powiązania z Moskwą rodowodzie oraz kapitału zagranicznego, z dominującym udziałem kapitału niemieckiego. I doszło do tego, że kapitał ten w Polsce związał się z ugrupowaniami, mającymi w nazwie idee lewicowe, liberalne, ludowe. A w części rosyjskiej, także narodowe.

Ale ten związek nie ma charakteru braterstwa idei, a wynika wyłącznie interesów.  Czy można sobie wyobrazić lewicę z programem wspierania Międzymorza oraz jego sojuszu z Ameryką? Z ideowego punktu widzenia oczywiście, że tak. Nie ma powodu, dla którego lewica miałaby mniej lubić Rumunię, Słowenię czy Litwę, niż Niemcy.

Z praktycznego punktu widzenia oczywiście będzie z tym trudniej, bo nawiązane zostały określone relacje międzynarodowe, bo to wymaga mówienia innym językiem do własnych wyborców, bo trochę wyjdzie to na przyznawanie elementów racji PiS. Ale wraz ze słabnięciem znaczenia starego establishmentu biznesowego z rodowodem w końcówce PRL, wraz z wzrostem znaczenia gospodarczych powiązań ze Stanami Zjednoczonymi i państwami Międzymorza, taka zmiana na lewicy czy w obozie liberalnym wydaje się logiczna.

Trzaskowski, czyli nieudany balon próbny

Próby inicjowania takich zmian już się pojawiły, gdy dyplomacja amerykańska zaczęła demonstrować swój dystans do niemiecko-rosyjskiego Donalda Tuska. Kolejne, co raz bardziej zdecydowane wypowiedzi byłej ambasador Mosbacher rozpoczęte od stwierdzenia, że „jeśli chodzi o problemy z praworządnością, spora część z tego, co docierało na Zachód, była efektem rosyjskiej dezinformacji” pokazały, że Amerykanie zaczynają rozumieć sytuację. I chcieliby mieć możliwie dobre relacje, gwarantujące stabilność, z obiema stronami politycznej sceny.

Dowartościowywanie przez Amerykanów Rafała Trzaskowskiego okazało się balonem próbnym, który nie dał zakładanych efektów. Trzaskowski nie tylko okazał się niezdolny do oderwania się od niemiecko-rosyjskich układów, ale też mniej skuteczny od Tuska, który postanowił dalej żerować na kalkach ideologii antypisu.

W kontekście Ukrainy zdecydowanie lewicowy Adrian Zandberg potrafił wypowiedzieć słowa, które Trzaskowskiemu nie przeszłyby przez usta, gdy Jarosław Kaczyński i Mateusz Morawiecki jako pierwsi pojechali do atakowanego Kijowa: „Ukraina bardzo potrzebuje europejskiej solidarności - w gestach i w materialnym wsparciu. To ważny gest. Oby przybliżył sprawiedliwy pokój. Są w ojczyźnie rachunki krzywd, ale to naprawdę nie czas, by się w nich pogrążać. Powodzenia w Kijowie i bezpiecznego powrotu”. Skąd ta różnica? Zandberg jest na lewo od Trzaskowskiego, ale nie jest częścią obozu niemiecko-rosyjskiego. 

Nie sposób było nie postawić sobie w czasie tej wojny pytania, czy Ukraina obroniłaby się, gdy w Polsce premierem był Donald Tusk i rządziła opozycyjna koalicja? Jak podkreśla prof. Piotr Grochmalski, Polska dała Ukrainie bardzo dużo ze ważnego dla niej uzbrojenia dokładnie w tym czasie, w którym dało to jej szansę na zatrzymanie Rosji. A potem stała się najważniejszym państwem na świecie, gdy chodzi o logistykę, transport broni z Zachodu. Bez Polski, z racji na jej położenie, tak sprawna i szybka akcja nie byłaby możliwa.

Nie trudno się domyślić, że Polska rządzona przez Tuska zachowywała się podobnie jak państwo niemieckie, np. gdy chodzi o wysyłanie Ukrainie uzbrojenia i jego transport przez Polskę. W pierwszych dniach wojny, gdy liczył się każdy dzień i tydzień, deklarowałaby pomoc dla Ukrainy, po czym zwodziła ją miesiącami. Podobnie transport broni na Ukrainę z innych państw napotykałby na obiektywne trudności.

PiS wobec Czeczenii, Gruzji, Białorusi i Ukrainy. Prorosyjski?

Pojawienie się w ostatnim czasie tekstów sugerujących, że PiS działa na korzyść Rosji, to próby powstrzymania tego nieuchronnego procesu. Retoryka, że PiS wprowadza autorytaryzm i dlatego podobny jest do Putina nie jest czymś szczególnym, w polityce często gada się głupoty.
By było jasne: nie uważam też, by cała prawica miała właściwe podejście do Rosji, odwrotnie – zniknięcie ze sceny politycznej Konfederacji i słabnięcie mediów np. głoszących antyszczepionkowe brednie czy bzdurzące „upaińcach” przyjąłbym z satysfakcją.

Ale stwierdzenie, że gdy chodzi o politykę wobec Rosji linia Lecha Kaczyńskiego po prostu okazała się słuszna, nie jest prawicowe ani lewicowe. Bardzo potrzebujemy tu rzetelnego opisu. Chronologicznie biorąc, to gdy chodzi o politykę wschodnią, środowisko obecnego PiS najbardziej zdecydowanie broniło Czeczenii, w czasach gdy Mariusz Kamiński stał na czele polsko-czeczeńskiego zespołu parlamentarnego, Adam Borowski kierował Komitetem Polska-Czeczenia, a Zbigniew Romaszewski walczył o status uchodźcy dla Czeczenów. Owszem, były środowiska na lewicy, które zachowywały się w tej sprawie właściwie, sam z nimi współpracowałem w ramach Komitetu Wolny Kaukaz. Ale większość establishmentu III RP realnie na rzecz Czeczeni nie działała.

Jak było z Gruzją, wszyscy pamiętamy, bo przemówienie prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Tbilisi przeszło do historii. W sprawie Białorusi większość polskiej sceny politycznej, przynajmniej deklaratywnie zachowuje się właściwie, choć Radosław Sikorski i tu się wyłamywał.

W sprawie Ukrainy Polska rządzona przez PiS odgrywa dziś rolę historyczną. Należy docenić zarówno działania rządu, jak dostawy uzbrojenia czy działania dyplomatyczne i na rzecz uchodźców, jak i pomoc niesioną przez zwykłych Polaków, od prawa do lewa. Zgoda? Nie do końca? To rozmawiajmy…

Ktoś powie, że Rosja wyjdzie z tej wojny osłabiona, więc może błądzę, przypisując polityce wschodniej nadmierne znaczenie. Nie mam wątpliwości, że jeśli Rosja nie zostanie całkowicie rozbita, natychmiast po przegranej rozpocznie „robotę polityczną” według tego schematu, co zawsze. Nie udała się nam próba podbicia Czeczenii i musieliśmy w 1996 r. podpisać pokój? To lata 1996-1999 poświęcamy na destabilizowanie Czeczenii, na instalowanie tam islamskich fanatyków wahabitów, których literaturę drukujemy pod Moskwą, na rujnowanie wizerunku Czeczenii na świecie. Potem parę bomb pod blokami i uderzamy znowu, tym razem skutecznie. Schemat opisany wiele razy przez rosjoznawców i sowietologów. Oczywiście w najrozmaitszych wariantach, ofiara nie musi być zawsze ta sama, przerwa może być dłuższa, ale cel zawsze  ten sam.

Mamy największą geopolityczną szansę po wrześniu 1939

Zapewne wielu odbierze ten tekst, idący w jakimś stopniu pod prąd publicystyki wszystkich politycznych obozów, jako głos wołającego na puszczy. Ale uważam, że mam obowiązek to napisać. No i jak to u nas w Gazecie Polskiej na koniec musi być patetycznie, ale do obu stron. Stoimy przed geopolityczną szansą, której nie miało żadne pokolenie po wrześniu 1939.

Żołnierze Andersa czy Maczka nie wybaczyliby nam, gdybyśmy teraz demokratycznie zmarnowali szansę na dokończenie ich dzieła, na Polskę, która pokona fatalizm wynikający z jej położenia. Lewicowy więzień komunizmu Kazimierz Pużak, który umarł w rawickim więzieniu, czy PPS-owiec Adam Pragier walczący piórem z tym fatalizmem na wygnaniu, powiedzieliby nam to samo. Stawka jest cholernie wysoka i jeśli jej nie wykorzystamy, będziemy najgłupszym pokoleniem w historii Polski.

Nie mam wątpliwości, że krótkoterminowo jedyną szansą na to, by Polska w absurdalny sposób nie oddała się w bardzo ważnym momencie swojej historii pod kuratelę niemiecko-rosyjskiemu układowi po wyborach w 2023 r. to uzyskanie przez PiS po raz trzeci bezwzględnej większości w Sejmie. 

Po prostu, nie ma szans, by w tak krótkim czasie ugrupowania opozycyjne przeszły transformację, która realnie oznaczać będzie zerwanie z niemiecko-rosyjskim układem. I nie stanie się tak, mimo że elektorat lewicowy, liberalny czy ludowy w większości powrotu tego układu nie chcą. Zupełnie inaczej jest z liderami tych formacji, którzy bywają reliktami czasów dominacji układu niemiecko-rosyjskiego, bo w tym czasie zdobywali swoje wpływy. I tego w ciągu jednego roku zmienić się tego nie da.

Natomiast długoterminowo wygrana PiS to za mało. PiS nie będzie wygrywał wiecznie, a sytuacja w której w czasie kolejnych wyborów musimy drżeć, czy nie zdemolują one naszego bezpieczeństwa, geopolitycznego usytuowania i w konsekwencji niepodległości, jest mocno niekomfortowa. Oby wybory z 2023 r. były ostatnimi, w których stoimy przed taką alternatywą.
Piotr Lisiewicz

 

 



Źródło: niezalezna.pl, Gazeta Polska

redakcja
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo