Wojenne zapachy

Kwiecień 2004 r. był czasem intensywnych walk z powstańcami szyickiego duchownego Muktady as-Sadra, którzy opanowali praktycznie wszystkie najważniejsze punkty w świętym mieście mahometan – Karbali. Nie zdobyli jedynie ratusza, dzielnie bronionego przez garstkę żołnierzy polskich i bułgarskich, oraz baz wojsk koalicji antysaddamowskiej, które także odparły ataki wyznawców proroka.

Metropolia świeciła pustkami, mieszkańcy bowiem zabarykadowali się w domach, sklepikarze, rzemieślnicy i usługodawcy zamknęli swoje przybytki, a szkoły prowadziły naukę w sposób nieregularny, całkowicie uzależniony od doraźnej sytuacji, w jakiej znalazła się młodzież danego rejonu. Ulice przemierzały jedynie silnie uzbrojone, kilkuosobowe patrole w pojazdach osobowo-terenowych marki Honker, a jednym z takich rontów (patroli) dowodziło indywiduum klecące niniejszą opowiastkę.

Camp Juliet bez wody technicznej

W tym miejscu winien jestem Państwu wyjaśnienie, że przyrodzona ma buńczuczność gdzieś się wówczas zapodziała, wartość mojej odwagi oscylowała wokół dolnego poziomu stanów niskich, śmiech zaś, jakim wybuchałem niezwykle często, był sztuczny niczym odpustowe kwiatki i miał za zadanie ukryć przed podwładnymi dręczącą mnie trwogę. Byłem zmęczony, nieogolony, brudny i ciężko wystraszony, ale – siedząc w kabinie pojazdu obok kierowcy – nuciłem coś pod nosem, fałszując niemiłosiernie i czujnie rozglądałem się wokół. W pewnym momencie zaskrzeczał głośnik radiostacji i usłyszałem w nim głos oficera operacyjnego, który wywoływał mój kryptonim: „»Kojot«, tu »360«! Podaj swoje położenie!”. Gdy zameldowałem mu miejsce pobytu, z drugiej strony zapadała cisza, a po kilku minutach z eteru popłynęła kolejna wiadomość: „»Kojot«, masz zgodę »500« na chwilowy zjazd do gniazda. Działaj!”. Pod liczbą „500” ukrywał się sam dowódca batalionu, dlatego wiedziałem, że ktoś mnie zluzuje, a ja będę mógł się wreszcie najeść, odpocząć i zmyć z przepoconego oraz zakurzonego ciała wojenne zapachy.

Wojennych zapachów nie dałem rady usunąć, albowiem do Campu Juliet – miejsca mojego stacjonowania – cywilny kontraktor od kilku dni nie dowoził wody technicznej. Rejon węzłów sanitarnych każdy omijał szerokim łukiem, gdyż woń, jaka się stamtąd dobywała, była nie do zniesienia. Alejka, przy której rozmieszczono przenośnie toalety i kontenery z prysznicami, była najstaranniej unikaną przez ludzi okolicą, a urzędujące tam muchy osiągnęły gabaryty słoni indyjskich. No, nawet jeśli nieco przesadziłem, to bardzo nieznacznie, więc przyjmijmy, że nie ustępowały one wielkością dorodnym gołębiom. Patrzyłem przerażony na owo pobojowisko i już postanowiłem położyć się spać umorusany, niczym górnik dołowy po szychcie, gdy wpadłem na pomysł, że z higienicznego mortusu może wydobyć mnie tylko John Wayne.

Akcja nie tylko legalna, ale wręcz wskazana

John Wayne był Amerykaninem, nazywał się faktycznie John Wayne – co, ku memu zdumieniu, potwierdzały jego dokumenty – miał 40 lat i pracował w firmie logistycznej KBR, której nazwa pochodziła od pierwszych liter nazwisk jej właścicieli, panów Kellogga, Browna i Roota. Przyodziewał się w wąskie, jasnoniebieskie jeansy, na biodrach nosił szeroki pas z wielką klamrą, którą starannie polerował, by każdy mógł dostrzec widniejącą na niej głowę byka i napis „Arizona”. Całości dopełniały różnokolorowe koszule, apaszki na szyi i niemiłosiernie przepocony kapelusz stetson. No, kowboj i basta! Gdy z ręcznikiem przewieszonym na karku stanąłem w drzwiach jego pakamery, John uśmiechnął się bezradnie i rzekł: „Sir, wody nie ma i nie będzie!”. Po czym zarżał i dodał bez sensu: „Watergate!”. Bez słowa odwróciłem się na pięcie i powlokłem do swego legowiska, gdy niespodziewanie ktoś zawołał mnie po imieniu. Skierowałem wzrok w stronę krzyczącego i zobaczyłem majora Ryszarda.

Ryszard, szef sekcji logistycznej brygady, podszedł do mnie i zmartwiony zagaił: „Gówniana sprawa, co? A będzie gorzej z każdy dniem!”. Odparłem: „Panie majorze, trzeba na mieście dorwać jakiś wóz asenizacyjny i przymusić obsługę, by zrobili tutaj porządek. Inaczej mamy epidemię!”. Oficer zapytał: „Zrobisz to?”. „Jeśli dowódca mi rozkaże, to zrobię” – rzekłem, a mój ucieszony interlokutor powiedział: „Chodź, idziemy do Maćka!” i kilka chwil później byliśmy w sztabie, gdzie pryncypał czytał jakieś papierzyska. Ryszard wszystko mu powiedział, a „Stary” wysyczał do mnie: „Wołaj mi tutaj chorążego żandarmerii – muszę go zapytać, czy to nie będzie jakieś przestępstwo wojenne!”. Wojskowy policjant, sam zarośnięty i cuchnący, gdy tylko usłyszał, w czym rzecz, solennie nas zapewnił, że planowane działanie jest całkowicie legalne i wręcz wskazane. Podpułkownik spojrzał na Ryszarda i zakrzyknął do mnie: „Leć, szukaj szambowozu. Najpierw musimy wywieźć nieczystości, aby dostarczyli nam świeżą wodę! Uwiń się szybko!”.

Okrągła sumka i finał „Watergate”

Szybko pomknąłem w dwa samochody i z kilkoma żołnierzami pod miasto, w pobliże metropolitalnej oczyszczalni ścieków. Było późne popołudnie, więc ruch był już niewielki, dlatego łatwo dostrzegłem samotnego zdezelowanego berlieta z potężną beczką na miejscu skrzyni ładunkowej. Podałem po radiu komendę: „Tego bierzemy!” i drugi honker zajechał drogę ciężarówce. Francuska kupa złomu wyhamowała, a wtedy dwaj spadochroniarze wskoczyli do szoferki i nakazali kierowcy, by jechał za wojskowymi autami. Wszystko trwało może pół minuty i przypominało scenę żywcem wyjętą z gangsterskiego filmu, jednak nieciekawa sytuacja w obozie w jakiś tam sposób tłumaczyła nasze zachowanie.

Kilka chwil później posterunek przy bramie przeszukiwał uprowadzony wehikuł, a jego właściciel – blady ze strachu – przyjmował polecenia od Johna, który w magiczny sposób pojawił się przy wjeździe. Po kwadransie kierowca już dzielnie pracował, a przy okazji wyszło, że berliet ma zamontowaną pełną aparaturę do mycia pod ciśnieniem przenośnych toalet oraz jest wyposażony w środki chemiczne do ich odkażania. Nie bez dumy pomyślałem, że mam niespotykane szczęście, iż wybrałem właśnie jego. Tuż po zmierzchu przybytki nadawały się znów do wykorzystania, a zużyta woda zniknęła ze zbiorników prysznicowych. Irakijczyk skończył pracę i spojrzał pytająco w moim kierunku. Nie wiedziałem, co mam uczynić, dlatego kazałem zawołać na miejsce logistyka.

Logistyk przybył chyżo i widząc efekt, zakrzyknął: „Ale czysto! Pięknie to załatwiłem!”. Zerknąłem na niego i wymamrotałem pod nosem: „Ojciec sukcesu, k*rwa!”, głośno zaś dodałem: „Panie majorze, trzeba chłopu zapłacić za usługę. Powiedział mi, że to kosztuje jakieś 600 dolarów!”. Oficer zzieleniał na twarzy i wyszeptał: „Ile, k*rwa? Przecież to jest bardzo dobra wypłata w Polsce!”. „Jest praca, jest płaca! Pan wyskakuje z kasy!” – zawołałem. Ryszard odwrócił się na pięcie i niczym rozjuszony nosorożec pomknął w kierunku pakamery Johna, wołając z daleka: „Dawaj baksy, westernowy poganiaczu bydła z El Paso!”.

Minutę zajęło mu ściągniecie na miejsce Amerykanina, który wypłacił zmyśloną przeze mnie kwotę co do centa. Kierowca trzymał w ręku nowiuśkie banknoty i wciąż nie mógł uwierzyć, że tyle zarobił w godzinę, a gdy go żegnałem, przy wrotach cały czas mi dziękował. Tuż przed północą pojawił się kapitan Jacek, mój serdeczny kolega, który przywiódł dwie zaanektowane cysterny z wodą. I tym razem arizończyk uiścił należność wziętą przez Jacka z sufitu, ale przecież należało wynagrodzić karbalczykom stres. Tej nocy nikt nie spał, ponieważ każdy chciał wykorzystać okazję do dokonania ablucji i drobnych przepierek. Naturalnie, ja uczyniłem to samo i po raz pierwszy od wielu dni poczułem się świeżo i czysto – udało mi się zmyć z ciała wojenne zapachy.
Howgh!

Autor jest emerytowanym oficerem wojsk powietrznodesantowych. Samotnik. Nałogowy kawosz i czytacz politycznych newsów. Imię i nazwisko do wiadomości redakcji.

 

 



Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Tȟašúŋke Witkó
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo