"Zaginiona Kongijka" pomogła białoruskim służbom. Tak Grupa Granica stała się narzędziem propagandy

Niesławna Grupa Granica po raz kolejny oskarża funkcjonariuszy Straży Granicznej o nieludzkie zachowanie. Tym razem, polscy mundurowi rzekomo wepchnęli do wody 30-letnią obywatelkę Konga, co - jak chwilowo relacjonowali - mogło doprowadzić do jej utonięcia. Jak wynika z relacji SG, w czasie gdy funkcjonariusze szukali "zaginionej", białoruskie służby szykowały kolejne miejsce na nielegalne wtargnięcie do Polski.

@Straż Graniczna, Grupa Granica

Pomagający nielegalnym migrantom aktywiści z Grupy Granica rozpowszechnili wczoraj m.in. w mediach społecznościowych informację o rzekomym skandalicznym zachowaniu funkcjonariuszy Straży Granicznej. Według nich, polscy mundurowi, w nocy z 25-26 września, mieli wepchnąć do rzeki 9-osobową grupę Kongijczyków. Jedną z rzekomych ofiar strażników miała być 30-letnia Arlette.

"Grupa, z którą podróżowała straciła ją z oczu, gdy kobieta zaczęła tonąć w rzece"

- podano na Twitterze Grupy Granica o godzinie 10 rano, 26 września. Jak przekazali aktywiści, 30-latka została uznana za zaginioną, a działacze powiadomili w tej sprawie Rzecznika Praw Obywatelskich, posłów i posłanki. 

Dwie wersje aktywistów

Sprawę podchwycił portal Onet.pl. W artykule poświęconym tematowi czytamy, iż Straż Graniczna poszukiwała zaginionej, jednak nikogo nie znaleźli. "30-latka odnalazła się późnym wieczorem i razem z całą grupą z Konga była zatrzymana przez polskie służby" - napisali wczoraj po godzinie 20 dziennikarze portalu powołując się na wypowiedzi aktywistów z Grupy Granica.

Co ciekawe, dziś na Twitterze działaczy czytamy, że "nie wiemy, co dzieje się z Arlette i towarzyszącą jej grupą osób uciekających z Konga wypchniętych przez polskie służby". Jak twierdzą, poszukiwania "nadal trwają", a z informacji od pozostałych obywateli Konga wynika, że "chcą uzyskać azyl w Polsce".

"Każda wywózka nielegalnie stosowana na osobach uchodźczych przez Straż Graniczna to potencjalne zagrożenie zdrowia lub życia" - twierdzą aktywiści. Jak zapewniają... "wszyscy to wiedzą".

Działacze narzędziem propagandy

Dziś oficjalnie głos w sprawie zabrała Straż Graniczna. Na Twitterze opublikowali serię wpisów wyjaśniających wydarzenie, Z ich relacji wynika, że nielegalni migranci z Konga wcale nie zostali wepchnięci do rzeki. To właśnie nią, chcieli przedostać się na terytorium Polski, jednak po zauważeniu patrolu mundurowych zawrócili na stronę białoruską. 

"Kiedy grupa zobaczyła, że granica jest patrolowana przez polskie służby, wróciła na stronę białoruską i wraz z białoruskimi służbami oddaliła się w głąb Białorusi. Prawdopodobnie białoruskie służby dalej szukały dla nich innego miejsca do przekroczenia granicy. Sytuację obserwowały polskie patrole"

- czytamy na oficjalnym Twitterze Straży Granicznej RP.

Mundurowi stwierdzają, że aktywiści przez cały czas byli w kontakcie z migrantami po białoruskiej stronie i niezwłocznie, bez kontaktu z SG, przekazali wczoraj mediom nieprawdziwą i niepotwierdzoną relację zdarzeń.

"Kolejny raz godzą w dobre imię polskich służb, wpisując się swoimi działaniami w retorykę strony białoruskiej"

- podaje SG. 

 

 

 



Źródło: Straż Graniczna, Grupa Granica, niezalezna.pl

#Grupa Granica #aktywiści #operacja hybrydowa łukaszenki #nielegalni migranci

Mateusz Święcicki
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo