Nieznana przeszłość Grzegorza Michniewicza. Wiedział o jedną rzecz za dużo?

Sprawa tajemniczej śmierci i postać Grzegorza Michniewicza, dyrektora generalnego Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Donalda Tuska od 2008 do 2009 roku, była już opisywana przez „Gazetą Polską”, ale jego życiorys można poszerzyć o zupełnie dotąd nieznaną wiedzę dotyczącą lat 80. Czy przeszłość i uwarunkowania rodzinne pozostawały w tym przypadku bez wpływu na karierę Michniewicza w administracji po 1990 roku?

Nasza Klasa

Grzegorz Michniewicz urodził się w 1961 roku, mieszkał w Warszawie. Z kwestionariusza paszportowego z kwietnia 1981 roku wynika, że w tamtym czasie nadal pozostawał na utrzymaniu rodziców. Miał jeszcze wówczas wykształcenie podstawowe. Edukację uzupełniał w liceum ogólnokształcącym dla pracujących. Nie wiadomo, kiedy dokładnie ukończył szkołę średnią – na pewno przed 1985 rokiem. Zanim to nastąpiło, był robotnikiem gospodarczym w Instytucie Psychoneurologicznym (teraz to Instytut Psychiatrii i Neurologii) i pracownikiem fizycznym w prywatnym gospodarstwie rolno-ogrodniczym w Szkopówce, dzielnicy Sulejówka. Wedle danych z połowy dekady, zatrudnił się u właściciela podobnego przedsięwzięcia na terenie stolicy. Później wykazywał jako miejsce pracy należące zapewne do rodziny ogrodnictwo w Głoskowie na ul. Górnej. W okresie przemian ustrojowych dość niespodziewanie i w nieznanych okolicznościach został starszym specjalistą w Kancelarii Senatu. W maju 1990 roku zamierzał spędzić dwa tygodnie w Londynie na szkoleniu na zaproszenie Know-How Found. O możliwość podróży na Zachód zabiegał wcześniej kilkakrotnie. W 1981 roku chciał jechać turystycznie do Holandii, w 1985 roku do Szwecji i w 1988 roku do Francji. W 1981 roku był w Szwecji.

Ciekawą postacią okazuje się ojciec Grzegorza. Od czasów stalinowskich musiał cieszyć się najwyższym zaufaniem władz, a to ze względu na charakter obowiązków wykonywanych w Urzędzie Rady Ministrów i Ministerstwie Spraw Wewnętrznych.

Ojciec – zaufany kierowca czerwonej „elity”

Urodzony w 1929 roku Bronisław Michniewicz osiadł po wojnie wraz z rodziną we Wrocławiu. Miał ukończonych siedem klas szkoły podstawowej. W 1953 roku dostał etat w URM i po kilku miesiącach objął funkcję kierowcy jednego z najważniejszych ludzi władzy, wicepremiera Zenona Nowaka (jeździł z nim także według dokumentu z 1965 roku).

W 1965 roku ze względu na reorganizację struktur trafił do Biura Ochrony Rządu MSW. W tymże roku został mianowany kapralem, sierżantem i starszym sierżantem, w kolejnym – podporucznikiem i w 1970 roku – porucznikiem. Był delegowany za granicę: do ZSRS (pięciokrotnie w okresie 1966–1968) oraz do Czechosłowacji i Francji (raz, w 1976 roku). 

Na początku lat 70. cieszył się opinią funkcjonariusza „o dużym doświadczeniu zawodowym, co w połączeniu z dobrą znajomością teorii i specyfiki pracy BOR stawia go w czołówce grupy kierowców”. Informacja odnosząca się do 1984 roku podaje, że woził Stefana Olszowskiego, wtedy ministra spraw zagranicznych i członka Biura Politycznego KC PZPR. Na jego karierę negatywnie nie wpłynęło nawet potrącenie samochodem BOR pieszego na pasach w 1986 roku (ofiara miała przyczynić się do wypadku). Śledztwo zostało umorzone na mocy amnestii, a MSW odstąpiło od wymierzenia kary dyscyplinarnej.

Kpt. Leszek Rocki podkreślał na okoliczność „obrony”, że podwładny „należy do grona wyróżniających się pracowników. (…) Zadania służbowe realizuje w sposób wzorowy. (…) Był wielokrotnie nagradzany i odznaczany. (…) Jest pracownikiem, z którym resort spraw wewnętrznych wiąże dalszą pozytywną perspektywę służby na zajmowanym stanowisku”. Według wiedzy dotyczącej 1988 roku, znajdował się w dyspozycji (domowej) Manfreda Gorywody – wicepremiera w latach 1983–1987, w tamtym momencie zastępcy członka Biura Politycznego KC PZPR. Rangę Bronisława Michniewicza oddaje zaświadczenie podsumowujące okres od 1965 roku do końca lutego 1989 roku, kiedy odszedł z MSW:

„Bezpośrednio po przyjęciu do pracy w BOR skierowany został do obsługi najwyższego kierownictwa partyjno-rządowego PRL oraz delegacji zagranicznych najwyższego szczebla”.

„Należy przeprowadzić rozmowę”

Grzegorz Michniewicz miał w życiorysie nieznany dotąd epizod (rozdział?) współpracy ze strukturami podziemnymi powstającymi po ogłoszeniu stanu wojennego. W pierwszych tygodniach 1984 roku do dyrektora Departamentu III MSW gen. Henryka Dankowskiego wpłynęło pismo od wrocławskiej SB. Informowało, że w ramach rozpracowywania Solidarności Walczącej tajny współpracownik o pseudonimie „Gienek” otrzymał polecenie wzięcia udziału w transporcie „nielegalnych” druków i 21 stycznia pojechał do stolicy swoim samochodem wraz z trzema innymi osobami. Jak wynikało z opisu sytuacji, „będąc w Warszawie [uczestnicy akcji] udali się na ul. Sobieskiego 113, gdzie młody mężczyzna o imieniu prawdopodobnie »Grzesiek« przyniósł im 2 torby z nielegalną literaturą. Z »Grześkiem« udali się następnie w nieznaną im boczną ulicę w rejonie ulicy Puławskiej, gdzie wspomniany »Grzesiek« poszedł sam na nieustalony adres i ponownie przyniósł następne dwie torby z nielegalnymi wydawnictwami. Po odwiezieniu »Grześka« do domu jeden z figurantów stwierdził w rozmowie, że ojciec »Grześka« jest oficerem w służbie ochrony rządu”.

Naczelnik Wydziału II Departamentu III, płk Wacław Król, podkreślił we wniosku z 3 lutego do gen. Dankowskiego:

„Wydział II Departamentu III MSW dokonał zabezpieczenia [Michniewicza, 28 stycznia 1984 r.] w Biurze »C« MSW, nie podejmując dotychczas aktywnych działań operacyjnych, m.in. z uwagi na konieczność ochrony tajnego współpracownika i fakt zatrudnienia ojca w BOR. W celu wstępnego rozpoznania kontaktów Grzegorza istnieje konieczność zastosowania PT [podsłuchu telefonicznego] (z wyłączeniem rozmów rodziców). Po sprawdzeniu ustalonych kontaktów G. Michniewicza proponuję przeprowadzenie rozmowy z ojcem w obecności bezpośredniego przełożonego, a następnie dokonanie lustracji pomieszczeń zajmowanych przez syna. Po tych czynnościach należy przeprowadzić rozmowę z synem o charakterze pozyskaniowym przy ewentualnym wykorzystaniu ojca. Przeprowadzenie tych czynności winno być dokonywane za wiedzą dyrektora Biura Ochrony Rządu”.

Do realizacji?

Akceptacja wniosku nosi datę o trzy dni późniejszą. W tym czasie gen. Dankowski zapoznał ze sprawą wiceministra SW i szefa SB gen. Władysława Ciastonia. Fragment przygotowanej dla niego notatki głosił: „Przed rozmową z ojcem ww. zamierzamy ustalić (…) kontakty [Grzegorza], celem zdemaskowania przestępczej działalności. Uzyskane informacje pochodzą od jednego źródła z Wrocławia, które nie ma możliwości pogłębienia informacji. Pr[oszę] o [nieczytelne] oraz ew. obserwację przez Biuro »B«”. Słaba jakość dokumentu powoduje, że brak całkowitej pewności co do treści dopisku: „Tow. Król – do realizacji [?]”. W tym miejscu historia urywa się.

Z akt personalnych Bronisława Michniewicza nie wynika, aby spotkały go restrykcje natury służbowej z tytułu przynależności syna do podziemia. Nadal obsługiwał najważniejszych ludzi władzy. Czyżby kierownictwo „bezpieki” przestało uznawać sytuację za stwarzającą zagrożenie? Co ciekawe, kilka miesięcy później zwykły inspektor por. Krzysztof Dąbrowski zauważał, że młody Michniewicz może zbiera dane dla nielegalnych struktur. 

W czerwcu 1986 roku kpt. Janusz Stradowski dokonał formalnego zamknięcia sprawy. To funkcjonariusz warty zainteresowania. Służbę kontynuował w Urzędzie Ochrony Państwa i w 1993 roku już w stopniu podpułkownika stanął na czele Wydziału VI Biura Analiz i Informacji, który w myśl słynnej instrukcji 0015/92 miał zajmować się operacyjnym rozpracowaniem partii i związków zawodowych opozycyjnych wobec rządu.

Na zaproszenie Heleny Shayn (Szajn)

Na uwagę zasługuje jeszcze jedna kwestia. W 1984 roku zaproszenie do Szwecji dla Grzegorza Michniewicza wystosowała Helena Shayn, przedstawiona przezeń we wniosku paszportowym z 1985 roku jako „znajoma”. Nie wiadomo, w jakich okolicznościach się poznali i czy mieli ze sobą kontakt w trakcie jego pobytu w tym kraju trzy lata wcześniej. 

Była ona córką Jerzego (Izraela) Szajna, kierownika Centralnej Biblioteki Żydowskiej przy Centralnym Komitecie Żydów Polskich (funkcję przewodniczącego CKŻP pełnił wtedy Grzegorz [Hersz] Smolar, ojciec późniejszych działaczy emigracyjnych Aleksandra i Eugeniusza). Po opuszczeniu w 1969 roku Polski na stałe prowadziła badania naukowe w dziedzinie biochemii. Według informacji zamieszczonych obecnie w serwisie Linkedin, w latach 1980–2004 pracowała w Pharmacia Amersham. To przedsiębiorstwo farmaceutyczne, które można identyfikować z Pharmacia Fine Chemicals i Pharmacia Biotech (po przejęciu w 1986 roku LKB-produkter AB), jeszcze później istniejące jako Amersham Pharmacia Biotech i Amersham Biosciences. Podmiot o takiej nazwie pojawił się w kontekście… sprawy budowy w Polsce zakładu produkującego leki krwiopochodne, realizowanej przez Laboratorium Frakcjonowania Osocza sp. z o.o. Tak zwana afera LFO stanowi odrębny temat, tutaj przytoczmy jedynie fragment wypowiedzi Zygmunta Nizioła:

„W firmie szwedzkiej LKB AB, którą wykupiła w tym czasie szwedzka Pharmacja AB, zorientowano mnie, jak od strony technicznej możliwe jest wdrożenie takiego projektu. I poprzez Pharmacię na początku 1995 roku otrzymałem pierwsze wstępne oferty dotyczące budowy takiej wytwórni, łącznie z informacją, ile kosztowałoby zrealizowanie takiego projektu”.

W Krajowym Rejestrze Sądowym Helena Shayn występuje jako wspólnik wydawnictwa Czarna Owca. Jego nakładem ukazują się od 2011 roku kolejne książki „Vincentego V. Severskiego”, tj. Włodzimierza Sokołowskiego (b. funkcjonariusza Wydziału XI Departamentu I, oficera operacyjnego rezydentury w Sztokholmie od połowy 1988 roku) i od 2012 roku także Aleksandra Makowskiego (znanego z „Raportu z weryfikacji WSI”).

Dziwne samobójstwo

Zniszczony w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku Tu-154M nr boczny 101 wrócił do Polski po remoncie w Samarze 23 grudnia poprzedniego roku. Jak wynika z akt prokuratorskich, do których dotarła „GP”, rankiem tego samego dnia w domu położonym we wspomnianej wyżej podwarszawskiej wsi Głosków-Letnisko, kierowca urzędnika Edmund A. odnalazł ciało. „Za drzwiami pomieszczenia zobaczyłem przewrócony odkurzacz. Po lewej stronie odkurzacza zobaczyłem Grzegorza Michniewicza w dziwnej pozycji, niby klęczącego, siedzącego jednocześnie na piętach. Wokół szyi Grzegorza Michniewicza widziałem zaciśniętą pętlę ze sznura odkurzacza, który zawiązany był na ukośnej belce w przejściu z kuchni do pokoju” – relacjonował w toku przesłuchania. Zwłoki, już zimne i sztywne („stężenie pośmiertne w pełni rozwinięte” – zanotowali policjanci), ubrane były w spodnie od piżamy i pantofle domowe. We krwi zmarłego wykryto 1,5 proc. alkoholu.

W uzasadnieniu umorzenia śledztwa prokurator Tomasz Szredzki z Prokuratury Okręgowej w Warszawie podsumował:

„Z zeznań szeregu świadków jednoznacznie wynika, iż Grzegorz Michniewicz miał najbliższe dni dokładnie zaplanowane. W dniu 23 grudnia 2009 r. planował bowiem pojechać do Białogardu, aby z żoną i jej rodziną spędzić święta. Wszystkie jego zachowania podejmowane nie tylko w ostatnich dniach, ale także i godzinach życia, wskazywały, iż plan ten chce wypełnić. Wskazuje na to choćby sporządzony przez niego wniosek urlopowy, zakup prezentów czy też podejmowane jeszcze późnym wieczorem 22 grudnia przygotowania do wyjazdu. Niewątpliwie więc decyzja o popełnieniu samobójstwa podjęta została nagle pod wpływem impulsu”.

Bał się, że zostanie zwolniony

Między 11 a 13 grudnia dyrektor generalny kancelarii premiera Donalda Tuska uczestniczył w spotkaniu w Łańsku. Wszyscy przebywający tam pracownicy stwierdzili, że był rozluźniony, wesoły i nie wspominał o jakichkolwiek kłopotach ze zdrowiem. Żona zeznała: „(…) mąż nie chorował na ciężkie, nieuleczalne schorzenia. Nie leczył się także psychiatrycznie ani nie korzystał z pomocy psychologa” – czytamy w aktach śledztwa.

Prokuratorzy przejrzeli domowy komputer urzędnika. W pliku „Moje plany” dokładnie rozpisał przebieg 23 grudnia; uwzględnił, z kim ma się spotkać i co zrobić o konkretnych godzinach. Paulina T., pracownica jego biura, podkreślała: „22 grudnia (…) mówił, że następnego dnia będzie tylko do godz. 14, bo jedzie na święta (...). Według mnie nic kompletnie nie wskazywało na to, że on może pozbawić się życia”. I dodała: „Chcę na zakończenie dodać, że ja nie wierzę, aby on popełnił samobójstwo”.

Ostatni etap życia Michniewicza nierozerwalnie łączy się z osobą Tomasza Arabskiego, szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, późniejszego organizatora lotu prezydenta RP do Smoleńska. Według zeznań matki, Grzegorz „był czymś zasmucony (...). W końcu powiedział, że odbył bardzo przykrą rozmowę z ministrem Arabskim (...), bał się, że zostanie zwolniony”. Syn powiadomił ją także o wyjeździe nazajutrz do Białogardu do żony. Kontakt nastąpił o godzinie 21.26. Małżonka urzędnika potwierdziła słowa o rozmowie z Arabskim.

„Świadek dodała, iż od męża dowiedziała się, że miał on nieprzyjemną rozmowę ze swoim przełożonym, ministrem Tomaszem Arabskim. (...) Twierdził, iż na pewno zostanie zwolniony z pracy”. 

Wiedział o jedną rzecz za dużo?

Dyrektor generalny kancelarii premiera kontaktował się również z córką. „Wieczorem dostałam od niego SMS-a z podziękowaniem za książkę, że bardzo lubi podróże. Po mojej odpowiedzi SMS-em, że się cieszę z trafionego pomysłu, odpisał mi, że bardzo lubi podróże, że nic innego mu w życiu nie pozostało, chyba że ktoś mu to życie odbierze. Po tym SMS-ie zadzwoniłam do niego. To było ok. godz. 22. (...) w trakcie rozmowy ze mną tata był radosny. Ta rozmowa trwała kilka minut i nic w jego głosie nie wskazywało na to, co się później stało” – zeznała kobieta.

Około godziny 22:40 Michniewicz łączył się przez internetowy komunikator Skype z mieszkającym w Wielkiej Brytanii przyjacielem Pawłem Gutowskim. Miał właśnie wrócić ze spaceru z psem, był „w fatalnym stanie”, nie chciał jednak powiedzieć, o co chodzi. Jego rychła śmierć wzbudziła w rozmówcy „dużo niepokoju”. „Pewnie zabrzmi to głupio, ale przez niego przechodziło wiele tajnych informacji. Może po prostu wiedział o jedną rzecz za dużo” – powiedział w styczniu 2010 roku tygodnikowi „Wprost”.

W 2012 roku „GP” kontaktowała się z Pawłem Gutowskim. „W dalszym ciągu nie mogę uwierzyć, że Grzegorz popełnił samobójstwo. Dziwi mnie też, że choć byłem prawdopodobnie ostatnią osobą, która rozmawiała z Grzesiem, zostałem wezwany na przesłuchanie dopiero pod koniec lutego 2010 r. Policjanci tłumaczyli, że o mojej rozmowie z Grzegorzem dowiedzieli się z prasy” – mówił wówczas.

Jak wynika z akt śledztwa, prokuratura i policja zbadały tylko komputer domowy zmarłego. 20 stycznia 2010 roku zapadła decyzja o powołaniu biegłego, który sprawdzi zawartość laptopa zabezpieczonego w gabinecie Michniewicza w kancelarii premiera, ale 14 lipca 2010 roku prowadzący śledztwo Tomasz Szredzki uchylił to postanowienie.

 

 



Źródło: Gazeta Polska

Justyna Błażejowska,Grzegorz Wierzchołowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo