Prorok

W latach 70.

W latach 70. Związek Literatów Polskich, dotąd podporządkowany w swojej działalności zwierzchnictwu rządzącej partii, posłuszny nadzorcom z nadania władzy, w rodzaju Jerzego Putramenta i podobnych pisarzy, którzy czuwali nad właściwą linią, zaczął wyraźnie fermentować, powstawały coraz głębsze pęknięcia. Już głośno zaznaczała się obecność powiększającej się grupy pisarzy niepokornych.

W ZLP powstawały zbiorowe listy i apele, sprzeciwiające się zmianom w konstytucji w duchu podległości Sowietom czy zwracające uwagę na zapomniany los Polaków pozostałych w Związku Sowieckim. Mnożyły się głosy sprzeciwu wobec różnych posunięć władzy. Także wybory do zarządu głównego ZLP, którego prezesem został Jarosław Iwaszkiewicz, miały przebieg bardziej zbliżony do demokratycznych niż zazwyczaj. Naciski i groźby partyjnych nadzorców okazały się mniej skuteczne. We władzach ZLP znaleźli się pisarze bezpartyjni i niezbyt posłuszni wykonywaniu poleceń władzy.

Cichy, niewysoki prawnik
Dążenia do wypowiadania się własnym głosem, szczególnie dobitnie występowały na zebraniach oddziału warszawskiego ZLP, który w odróżnieniu od innych oddziałów w kraju najgłośniej domagał się wolności, i partyjni decydenci traktowali jako prawie jawnych wrogów PRL‑u takich pisarzy, jak: Antoni Słonimski, Wiktor Woroszylski, Jacek Bocheński, Zbigniew Herbert, Jerzy Narbutt, Maria Brandys, Jacek Woźniakowski, Paweł Hertz. Niektóre zebrania oddziału warszawskiego zamieniały się w burzliwe pojedynki pisarzy pokornych i gorliwych z tymi niepokornymi. Wśród znaczących mówców wyróżniał się Leszek Prorok. Cichy, skromny pan, który zwykle siedział gdzieś w ostatnich rzędach krzeseł na sali. Ale nieraz zabierał głos, posługując się logiką prawnika, znawstwem statutu stowarzyszenia, wiedzą o regułach i wyjątkach od tych reguł – słowem ściśle trzymał się litery przepisów. Jego wystąpienia dotyczyły jednak spraw znacznie głębszych, stawały się próbą przywracania zasad demokracji zgodnie z duchem i literą statutu stowarzyszenia, który dotąd bywał jedynie pustym frazesem i głos decydujący zawsze należał do partyjnego mocodawcy. Leszek Prorok ani razu nie nazywając rzeczy po imieniu, wytykał tę komunistyczną praktykę i tak wywodząc spokojnym, beznamiętnym głosem, wprowadzał w znaczne zakłopotanie partyjnych pisarzy, których zadaniem było trzymanie w ryzach partyjnej owczarni. W jego wystąpieniach dominowała nienaganna forma stylistyczna i chłodna rzeczowość, unikał osobistego tonu. To był jego pancerz, wybuchy gniewu czynowników i zarzuty pod swoim adresem przyjmował z niezmąconym spokojem. Niewysoki, drobnej postury pan w średnim wieku, schludny, starannie ubrany, odprasowany choć znoszony garnitur, krawat, bystre oczy za grubymi szkłami okularów. Nieodłączna teczka w dłoni. Prokurent bankowy, radca, urzędnik magistratu. Było w nim coś przedwojennego. Dawny styl, sposób bycia. Więc nigdy nie nazywając spraw po imieniu, zdobył sobie Leszek Prorok znaczącą pozycję wśród tej coraz bardziej rosnącej w siłę oporu części środowiska pisarskiego, które zaczęto nazywać „opozycją wewnątrzzwiązkową”. Zbieraliśmy się w zaufanym gronie, zastanawiając się nad sposobami, jakie należy stosować w walce o zdobywanie prawa do suwerenności. Podczas tych spotkań, w których uczestniczyli Jerzy S. Sito, Władysław Lech Terlecki, Andrzej Jarecki, Janusz Krasiński i inni, bardzo się liczył głos Leszka Proroka, wytrawnego taktyka, jurysty, tak skutecznego w operowaniu argumentami, czym wprawiał w nerwowe zakłopotanie partyjnych stróżów prawa i porządku. Leszek Prorok skrywał w swoich łagodnych oczach za grubymi szkłami okularów twardą nieugiętość, anachroniczną wierność nienaruszalnym zasadom. A przecież o swoich poglądach nigdy nic nie mówił.

Łącznik z zerwaną przeszłością
Wszyscy w tym gronie, co do jednego byliśmy zgodni, że tak dalej być nie może. Nie mieliśmy pojęcia, jak to się skończy. Ale stawiając opór, czuliśmy się bardziej wolni. Leszek Prorok był człowiekiem przedwojennym i musiał dużo więcej wiedzieć o wolności. Przeczytałem „Kepi wojska francuskiego”, jego książkę o Gimnazjum Górskiego, do którego uczęszczał przed wojną. Opisywał okupacyjne doświadczenia młodych maturzystów z tego gimnazjum. Sam brał udział w Powstaniu Warszawskim. Skąpo o tym mówił. Powściągliwy w zwierzeniach i rzeczowy. Po wojnie było mu najtrudniej. Skończył studia prawno-ekonomiczne na uniwersytecie w Poznaniu. Tam osiadł. Czuło się ciężar przeżyć, które dźwigał. Ale nic więcej nie wiedziałem. Bliższe poznanie nastąpiło dopiero podczas wspólnej pracy w Zarządzie Głównym ZLP po sierpniu 1980 r. Wtedy to związek pisarzy przestał być atrapowym zrzeszeniem uzależnionym od partii. Odbyły się pierwsze, w pełni demokratyczne wybory, bez kontroli władzy i odgórnych ustaleń, gwarantujących partyjnym dominującą rolę. Na prezesa Zarządu Głównego ZLP wybrano Jana Józefa Szczepańskiego, człowieka i pisarza nieskazitelnej czystości. Jednym z wiceprezesów został Leszek Prorok. Zaczęła się szkoła demokracji. Niekończące się zebrania, wielogłos różnych stanowisk, cierpliwe wysłuchiwanie każdego – mozolne scalanie wszystkiego w sprawnie funkcjonującą całość. Leszek Prorok był niezastąpiony. Świetny negocjator, mistrz osiągania konsensusu, umiał rzecz rozciągniętą do granic absurdalnych skrócić i doprowadzić do sensownego kształtu. Potrafił wprowadzać porządek w oddziałach terenowych i gasić tam niepotrzebne konflikty. Umiał znajdować odpowiednich ludzi. Działalności związkowej oddawał się bez ograniczeń. Był ukształtowany w międzywojennym dwudziestoleciu, pamiętał tamto społeczeństwo obywatelskie, które rodziło się w II RP. Stał się więc łącznikiem z zerwaną przeszłością. Gorący czas karnawału Solidarności napawał optymizmem i my, pisarze w ZLP, na miarę swoich możliwości braliśmy udział w tym odradzaniu się Polski. Po zebraniach, naradach, posiedzeniach często jeszcze gawędziliśmy w ścisłym gronie. Andrzej Jarecki, Jerzy S. Sito, Kazimierz Dziewanowski, Lech Bądkowski, Zbigniew Kubikowski byli częstymi uczestnikami tych spotkań. Patrząc na Leszka Proroka, myślałem wtedy o tym, jakże myląca jest jego powierzchowność. Miękki inteligent, niepozorna postura, urzędniczy typ. W dodatku tak śmiesznie się poruszał, krótkim sprężystym kroczkiem, obijając o siebie kostki stóp. Z tego powodu nogawki spodni u dołu opatrzone były skórzanymi łatkami. Ale te śmieszności traciły zupełnie na znaczeniu przy bliższym poznaniu.

Niejeden z nas, młodszych, powinien się od niego uczyć. Bo podczas tych koleżeńskich pogwarek przy kawie Leszek Prorok otwierał się, rezygnował ze szczelnej powściągliwości. Opowiadał o wojnie, konspiracji, powstaniu, i o tym, co nastąpiło po wojnie. Był w antykomunistycznym podziemiu. On i żona. Poznałem jego żonę. Energiczna, przystojna pani. Oboje należeli do Narodowych Sił Zbrojnych. Żona wydawała się idealnym typem kobiety z konspiracji. Rzeczowa, energiczna, mocny uścisk dłoni. Leszek Prorok zaś był zaprzeczeniem konspiratora. I to on właśnie uciekł brawurowo z rąk ubeków. Wtargnęli do mieszkania, w którym się ukrywał. Zanim wyważyli drzwi, już zdążył wbiec do pokoju i zsunąć się z balkonu drugiego piętra na balkon piętro niżej. Stamtąd na ziemię. Był to niezły wyczyn akrobatyczny. Szczęśliwie zbiegł. Na krótko. Oboje z żoną zostali aresztowani. Przechodzili okrutne śledztwo. Kilka lat spędzonych w więzieniu. Dopiero po październiku 1956 r. wrócił do pisarskiego powołania. Pisał sztuki, eseje, był dyrektorem lalkowego teatru. Dramatyczna opowieść o ucieczce wcale nie była patetyczna. Rzeczowa, oszczędna w słowach. Jan Józef Szczepański, prezes ZLP, żołnierz września 1939 r. i później Armii Krajowej, leśny partyzant, przysłuchiwał się z uwagą, pykając fajeczkę. Tak samo jak Leszek Prorok nieskory do zwierzeń i daleki od samochwalstwa. To był czas nadziei, Solidarność liczyła 10 mln członków, był z nami papież. Odnowiony związek literatów włączył się w proces społecznych przemian. Zorganizowaliśmy wszechnicę edukacyjną, bank prelegentów, powołaliśmy Komisję Współpracy z Solidarnością, zaczęły się przygotowania do kongresu kultury. Nastał stan wojenny. Zmartwiało wszystko. Zawiesili ZLP, a wkrótce rozwiązali. Powód, jak napisano w decyzji: „Związek w swojej działalności od sierpnia 1980 r. faktycznie dopuścił się wielokrotnie naruszenia przepisów prawa oraz Statutu ZLP, podejmując działalność wymierzoną w istocie w struktury socjalistycznego państwa, inspirowania i współorganizowania nielegalnych organizacji w rodzaju Komitetu Porozumiewawczego Stowarzyszeń Twórczych i Naukowych oraz Komitetu Więzionych za Przekonania”. Nadal trzymaliśmy się razem. Spotykaliśmy się, sporządzaliśmy listy aresztowanych i internowanych kolegów. Próbowaliśmy interwencji u władz. Organizowaliśmy pomoc dla potrzebujących. Podtrzymywaliśmy się na duchu. Leszek Prorok sprawnie kierował rozmaitymi akcjami. Małym fiacikiem jeździł jak pogotowie od domu do domu. Przywoził paczki, leki dla chorych, przekazywał listy, grypsy. Nawiązał kontakty z episkopatem, przedstawicielami środowisk uczonych, artystów, teatrów, malarzy. Niezbędny dla Jana Józefa Szczepańskiego, który przyjeżdżał z Krakowa i niezbyt pewnie poruszał się w warszawskim mateczniku. Obaj dobrali się charakterem. Spokojni, wytrwali, trzeźwo oceniający sprawy. Nigdy nie wpadali w panikę i twardo trzymali się zasad.

I taka oto czarno-biała fotografia pozostała w albumie pamięci: Drobny, niewysoki mężczyzna w okularach. Idzie zamaszystym, krótkim krokiem. Śmiesznie obija jedną nogę o drugą. Umówił się z Janem Józefem Szczepańskim na dworcu. Spogląda na zegarek. Dotarł punktualnie. Rozgląda się czujnie. Wytrwały konspirator. Nieomylnie potrafi rozpoznać tajniaków. Leszek Prorok, starszy kolega z ZLP, był jednym z architektów demokratycznej odnowy związku pisarzy i nas, młodszych, uczył trudnej sztuki przyzwoitości w cholernie nieprzyzwoitych czasach. Zmarł w 1984 r.

 

 



Źródło:

Marek Nowakowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo