Lisiewicz w "Gazecie Polskiej": Lincze na profesorach. Nowa specjalność salonu III RP

Specjalistami od linczów na profesorach są osoby wykonujące mój zawód, czyli dziennikarze. Jest to dla nas zadanie nietrudne, a jego schemat pozostaje niezmienny. Profesorowie mają tę przypadłość, że pozostawiają po sobie pokaźne publikacje. Nikt od dziennikarzy nie wymaga, by zanim zaczną je krytykować, przeczytali je w całości. Wystarczy prześlizgnąć się wzrokiem po spisie treści książki i już wiemy, w którym rozdziale znajdziemy coś, do czego można się przyczepić. Teraz z owych setek czy tysięcy stron wystarczy wyrwać parę zdań z kontekstu, wyostrzyć ich wymowę, zmanipulować. I uzyskać komentarze znanych osób pełne oburzenia, o co w czasach silnej polaryzacji łatwo. Potem wrzucamy to do Internetu i zaraz pojawiają się tysiące komentarzy, że profesor to „debil”, „nieuk”, co „wysługuje się” dla zysków no i na koniec pada zawsze postulat: „zabrać mu profesurę”. Łatwizna! - pisze w "Gazecie Polskiej" Piotr Lisiewicz.

pixabay.com/stux

Z pewnym wahaniem użyłem w tytule niniejszego tekstu słowa „nowa”. Ale faktycznie tego typu nagonki przez pierwsze dwa dziesięciolecia III RP nie były jednak na porządku dziennym. Owszem, napisano gdzieś, że prof. Ryszard Legutko jest ideologiem skinheadów, ale jednak schemat ten nie był jeszcze dopracowany. Odwrotnie, środowisko „Gazety Wyborczej” roztaczało wokół osób z tytułem profesora nimb autorytetu, którego krytykowanie zakrawa na chamstwo.

Rzecz jasna owych medialnych profesorów starannie dobierano. Profesorską formacją polityczną miała być Unia Demokratyczna. Natomiast w żadnym razie nie Solidarność Walcząca, choć w otoczeniu Kornela Morawieckiego było akurat wielu pracujących nie tylko w Polsce, ale i Stanach Zjednoczonych oraz Kanadzie profesorów od nauk ścisłych, matematyków i fizyków. Piotr Wierzbicki, pierwszy redaktor naczelny „Gazety Polskiej”, kpił w pewnym ze swoich esejów, że jedynym prawidłowym zwrotem z użyciem słowa „profesor” jest zbitka „profesor Geremek”.

Stu profesorów, a każdy wariat albo głupek

Nie mam wątpliwości, co było przełomem psychologicznym, który zmienił status profesorów w Polsce i w ogóle całą debatę publiczną nieodwracalnie… To był 2013 rok i nagonka mediów na profesorów badających katastrofę smoleńską. To metoda wówczas wynaleziona, używana jest do dziś. Broń nowego kalibru do niszczenia naukowców stworzona została zgodnie z zasadą, że potrzeba jest matką wynalazku. Owa potrzeba była wówczas ogromna, bo wokół Antoniego Macierewicza zebrała się  ich około setka, z kraju i zagranicy, w tym niemało obcokrajowców. I powstała groźba ujawienia prawdy o zbrodni w Smoleńsku. Wydawać by się mogło, że zrobienie z tak dużej grupy ludzi z ogromnym bądź sporym dorobkiem naukowym stada wariatów, jest niewykonalne. Jednak w warunkach telewizyjnego quasi monopolu media podjęły się tego zadania.

Argumenty, jakich użyto do zniszczenia profesorów, były debilne, jednak ich autorzy uznali, że takie właśnie będę skuteczne. Zarzucono im bowiem, że nie są ekspertami od katastrof lotniczych i zabrano się za udowadnianie tej tezy. Paranoja polegała na tym, że tej tezy nie trzeba była udowadniać, bo była ona… oczywista. Nie ma czegoś takiego, jak eksperci od katastrof lotniczych, których specjalizacja obejmuje badanie ich jako całości. Istnieją specjaliści z najróżniejszych dziedzin, których udział w badaniu takich katastrof jest niezbędny, na przykład eksperci od wytrzymałości materiałów, mechaniki, informatyki itp.

Profesor kontra gangsterzy

Błąd profesorów polegał na tym, że idąc do Prokuratury przyjęli, że oddają usługi państwu polskiemu i rozmawiają z jego przedstawicielami, dążącymi do poznania prawdy, a włożona przez nich praca zostanie rzetelnie zrelacjonowana. Tymczasem powinni przyjąć, że wybierają się na spotkanie z gangsterem. Zadawane im uporczywie pytania o to, czy są specjalistami od katastrof lotniczych, wzięli na karb małego doświadczenia prokuratorów i postanowili wyrozumiale wytłumaczyć im, od czego są, a od czego nie są ekspertami.

Później medialni gangsterzy użyli tych zeznań przeciwko nim. W mediach pojawiły się cytaty ich zeznań, początkowo… bez podania ich personaliów, co potęgowało idiotyzm owych publikacji, bo nie sposób było do końca ustalić, w czym specjalizuje się dany ekspert. Wyśmiewano przykładowo oczywiste zeznanie jednego z ekspertów, w czym się specjalizuje i w jakim zakresie jest kompetentny: „Na zadane pytanie, co należy zrobić, aby ustalić liczbę wybuchów, ich lokalizację, ilość i rodzaj materiału wybuchowego świadek zeznaje: nie wiem tego, nie jest to moją rolą jako inżyniera budowlanego”.

Podobnie inne zeznania profesorów, którzy cierpliwie tłumaczyli prokuratorowi, w jakich dziedzinach nie są specjalistami i dlaczego nie wniosą nic w pewnych sprawach, cytowane były jako dowód ich… kompromitacji. Jak się okazało, prokuratorzy celowo „dociskali” ekspertów, by wypowiedzieli się o swoich związkach z lotnictwem, na co ci zgodnie z prawdą opowiadali, że na przykład ograniczają się one do latania samolotami, sklejania modeli czy oglądania wybuchów w czasie wojny. Proszę bardzo, tacy oto idioci twierdzą, że był zamach! – głosił medialny przekaz, wzmacniany po raz pierwszy na taką skalę przez rechot internautów.

Ofiarą takiego ataku padł choćby śp. prof. Jan Obrębski, jeden z najlepszych na świecie specjalistów w zakresie wytrzymałości materiałów oraz mechaniki prętów cienkościennych. Świetny naukowiec był drugim w historii Polakiem, którego spotkał zaszczyt bycia honorowym członkiem Międzynarodowej Organizacji Struktur Przestrzennych i Konstrukcji Powłokowych IESS. I po prostu nie mieściło mu się w głowie, że zamiast wykorzystać jego ogromną wiedzę, prokuratura i media postanowią udowodnić, że jest idiotą, bo nie zna się lotnictwie i… sklejał modele.

Nikt nie czyta długich książek…

Antoni Macierewicz mówił wówczas, że te publikacje to „bezprecedensowa nagonka na świat polskiej nauki”: „Od 1968 r. nie pamiętam tak brutalnej nagonki na polskich naukowców, którzy chcą badać rzeczywisty obraz sytuacji w naszej ojczyźnie”. To, co stało się później, zdecydowanie potwierdziło bezprecedensowy charakter ówczesnych wydarzeń. To wtedy, 9 lat temu, powstał schemat, który jest w użyciu do dziś. Wykorzystuje on zbieżność kilku zjawisk.

Tego, że w szalonym tempie działania współczesnych mediów mało kto wczytuje się w poważne i długie dzieła naukowców. Często nie mają czasu na to także ci, którzy zdawkowo bronią linczowanych profesorów. Bo żeby w sposób nie zdawkowy, a wyrazisty i przekonujący bronić na przykład prof. Wojciecha Roszkowskiego, trzeba mieć czas na przeczytanie ponad 500 stron jego podręcznika.

Kolejna przyczyna skuteczności ataków tkwi w tym, że atakowani profesorowie są… naukowcami, a więc ludźmi wyznającymi specyficzny etos, w którym liczy się rzetelność, a nie pyskówka czy nawet felietonowe posługiwanie zgrabnymi bon-motami. Wobec chamstwa taki naukowiec bywa bezradny, bo uznaje za niegodne naukowca zniżenie się do tego poziomu. 

Podręcznik Roszkowskiego równie groźny, jak prawda o Smoleńsku

Ataki na prof. Wojciecha Roszkowskiego to praktycznie kopiuj-wklej z ataków na śp. prof. Jana Obrębskiego. Mamy ponad 500-stronnicową książkę, której nie przeczytało ponad 99 proc. jej krytyków. I wyciągnięte z niej przez Donalda Tuska kilka zdań, mających mówić o in vitro, który to zwrot w ogóle w owym podręczniku nie pada. I jeszcze fake newsa, że w książce są dwa rozdziały o Janie Pawle II. W rzeczywistości książka liczy rozdziałów 8 i żaden z nich nie jest o Janie Pawle II. Mówią o nich 2 ze 102 małych podrozdzialików, zatytułowane „Polak papieżem” i „Pielgrzymka św. Jana Pawła II”. Więcej nie ma, bo pierwsza część podręcznika kończy się na pierwszym roku pontyfikatu Jana Pawła II. Do tego dochodzi zarzut Onetu, że profesor używa słowa „Murzyn” w odniesieniu do ruchów murzyńskich i Martina Luthera Kinga.

Tak jak w wypadku Smoleńska powodem ataków była obawa przed ujawnieniem prawdy o zamordowaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego i polskiej delegacji, tak powodem użycia medialnej broni atomowej przeciwko prof. Roszkowskiemu jest niemniejsza obawa przed tym, że młodzież w Polsce pierwszy raz po 1989 roku będzie miała okazję szczegółowo poznać najnowszą historię. Za całymi tego konsekwencjami, także dla poszczególnych politycznych obozów.

Zaszczuć i odebrać zasługi

Ten sam schemat stosowany był także w międzyczasie wobec profesorów, w wypadku których nie chodziło o konkretną publikację, a o przeciwstawianie się przez nich potężnym, a niekorzystnym dla Polski siłom. Jacek Liziniewicz opisał dwa tygodnie temu, że śp. prof. Jan Szyszko okazał się mieć rację we wszystkich kluczowych sprawach, którymi się zajmował, w tym sprzeciwiając się jako minister polityce klimatycznej UE. Jak opowiadają najbliżsi i współpracownicy, profesor bardzo źle znosił potężny hejt w mediach, zastępujący całkowicie merytoryczną dyskusję z jego argumentami.

W czerwcu ubiegłego roku tenże schemat został zastosowany w Poznaniu wobec prof. Jacka Kowalskiego, wybitnemu artyście, znanemu z pieśni i piosenek o historii Polski. Nic dziwnego, że początkowo jego kandydaturę na zasłużonego poznaniaka poparły wszystkie kluby w poznańskiej radzie miasta. A potem pojawiły się artykuły „Gazety Wyborczej” oskarżające profesora o homofobię, na podstawie jego absolutnie merytorycznych wypowiedzi i od razu zasłużony być on przestał. Zarówno dorobek naukowy z dziedziny historii sztuki, jak dziesiątki utworów poświęcone Wielkopolsce przestały się liczyć w starciu z polityczną poprawnością.
 

 

 



Źródło: Gazeta Polska

Piotr Lisiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo