Zakłamany konserwatyzm 

Boris Johnson, człowiek ułomny i odbiegający od tych świętych obrazków, które chcieli nam podsunąć np. polscy konserwatyści, potrafił opowiedzieć się jednoznacznie za prawdą, przeciw największemu złu w polityce światowej, jakie stanowi Rosja. Podobnie jak Józef Piłsudski miał nieuporządkowane życie osobiste, ale wiedział dobrze, przed czym musi bronić swojego kraju i jaka jest cena przegranej. 

Nieoczekiwane zakończenie kariery politycznej Borisa Johnsona to ilustracja pewnej dziwnej choroby, która toczy świat. Ta jednostka chorobowa nazywa się wdzięcznie – hipokryzja. Ale czy stanowi ona specyfikę zachodnich społeczeństw? 

Nie jest tajemnicą, że miernoty polityczne zawsze mogły się czuć bardziej komfortowo i bezpieczniej na swoich stanowiskach publicznych niż ci, którzy w życiu politycznym działają niesztampowo, myślą samodzielnie, przedstawiają oryginalne rozwiązania. Ryzykują. Ci, którzy nie zamierzają być częścią mentalnej „korporacji”, działają na własny rachunek dla dobra państwa. Posługują się wyobraźnią, która nie pozwala im traktować np. Rosji jako głównego rozdającego karty. Naprzeciw nim stają niejednokrotnie ludzie intelektualnie przeciętni, w dodatku bez charakteru. 

Boris Johnson był przykładem polityka konserwatywnego w najlepszym tego słowa znaczeniu, pomimo że w życiu prywatnym nie był w stanie sprostać moralnym normom, które z reguły łączy się z ideą konserwatyzmu. Dwukrotnie rozwiedziony, bohater niezliczonych plotek towarzyskich, miłośnik hucznych spotkań towarzyskich, także w czasie pandemii, liberalnie traktujący wyskoki kolegów partyjnych o orientacji homoseksualnej. Przeszarżował? Miano go dość, bo obrażał moralność publiczną? Rujnował wizerunek polityka konserwatywnego? Wolne żarty! W Anglii?

Narzucona przez liberalizm wizja polityki jako gry doraźnych interesów jest po prostu wygodniejsza, niż ta, w której trzeba opowiedzieć się za prawdą, czyli za uznaniem, że istnieje dobro i zło. Prawda jest dla liberałów z reguły niewygodna (także w polityce), stawia większe wymagania. A w ostatnim czasie jako reguła pojawia się jeszcze uległość wobec nakazów nowego reżimu ideologicznego, jakim jest poprawność polityczna. Czy trzeba dodawać, że wraz z tym wyraźnie tępieje odporność osób publicznych na perswazje prorosyjskiego lobby? Zabawne, nawiasem mówiąc, że w epoce, gdy Anglia wręcz wzorcowo poddaje się dyktatowi poprawności politycznej, brytyjski premier zaangażowany w faktyczną, a nie tylko deklaratywną pomoc Ukrainie, staje się ofiarą donosów dotyczących moralności – i można zacząć kwitować jego dokonania polityczne jako dzieło „skompromitowanego polityka”. Molierowski „Świętoszek” by się uśmiał. Gdyby zresztą chodziło tylko o satysfakcję hipokrytów, którzy chodzą dziś w Anglii w glorii zwycięzców! Czy zwykli zwolennicy partii konserwatywnej zdają sobie sprawę, że doprowadzając do rezygnacji Borisa Johnsona, Anglia pozbyła się obrońcy suwerenności? Człowieka, który jeszcze na długo przed karierą polityczną, jako publicysta, autor książek, uchodził w opinii main­streamowej za oszołoma i fanatyka, ujawniając obce prymusom poprawności politycznej poglądy na politykę, gospodarkę i historię.

Przykład własny na wagę złota

Ważny polityk, mąż stanu, prezentujący się publicznie z żoną stanowi niebywale silnie oddziałujący przekaz. Jak niegdyś król i królowa, staje się naturalnym wzorcem postaw. Przykład własny przemawia mocniej niż najlepsze traktaty o małżeństwie, poradniki o relacjach męża i żony. Choć prezentacja takiej pary małżeńskiej to spektakl, wiele rzeczy jest wyreżyserowanych, to jednak nasza wyobraźnia jest skłonna zatrzymywać się przy każdym szczególe garderoby i gestu, by odczytać jego ukryte znaczenie. Ktoś z komentatorów wizyty brytyjskiej pary książęcej w Polsce przed kilkoma laty zauważył z przekąsem, że są symbole, które drogo kosztują, zatem nie można traktować ich inaczej niż elementy biznesu („monarchia brytyjska to pewna marka”) czy przemysłu odzieżowego. Trywialność tej uwagi kłóci się z powszechnym odbiorem publicznej prezentacji małżonków z rodziny królewskiej. W odbiorze tym, wręcz entuzjastycznym w Polsce, odżywała niewygasła nadzieja, że Kate i William, ci, którzy są tak „piękni i bogaci”, okażą się także wierni sobie. Ludzie wyniesieni na szczyty drabiny społecznej nie są przeznaczeni do tego, by stać się „ikonami popkultury”, mają być dla innych wzorem. 

Małżeństwo jest instytucją, dzięki której trwają państwa. Kryzys polityczny w państwach naszego kontynentu ma wiele wspólnego z brakiem szacunku dla małżeństwa. Dwadzieścia kilka lat temu jednak zepsute, żyjące skandalami w rodzinie królewskiej społeczeństwo angielskie zaakceptowało bez szemrania rozbicie małżeństwa księżnej Diany i księcia Karola; dostarczało im ono swoistego alibi dla własnego stylu życia. Nie było ważne wtedy, że późniejszy bohater widowiskowego ślubu stracił na zawsze dom i został trwale okaleczony psychicznie. Niejeden Anglik przeżywał wówczas rodzaj mało chwalebnej satysfakcji z powodu upadku klasy wyższej do nizin, na jakich sam się znajdował.

Konserwatyzm? Tylko na papierze 

Boris Johnson ustąpił, bo uznano, że sprzeniewierzył się zasadom własnej partii. Ogłoszono, że to był skandal… Ale czy na przykład tzw. twardzi konserwatyści w Polsce mogą być wzorem moralnych cnót? Jeszcze kilka lat temu, podczas pamiętnej kampanii prezydenckiej słyszeliśmy ludzi, którzy licytowali się na duchowy arystokratyzm i łączyli go z ulubioną formą rządów. „Ach, jak brzydzę się socjalistami! Ach, jak mi do twarzy z konserwatyzmem. Jestem piękny w całej krasie mojego wzniosłego monarchizmu. Ten Kaczyński – fe! Katolik nie może być demokratą! Precz z socjalistami! Precz z tyranią demokracji!”. Tak to mniej więcej brzmiało. Dziś zasiadają w ławach poselskich, bo zebrali w Polsce nieco stronników uznających ich za wzorcowych katolików, i już nie kryją, że bliżej im do Rosji niż do Polski.

Warto zastanowić się, dlaczego dla niektórych polskich konserwatystów przeciwieństwem paskudnej demokracji i jeszcze paskudniejszego etatyzmu czy unijnego totalitaryzmu, zwanego też dyktaturą demoliberalizmu, miałby być ustrój monarchiczny. Jedyna rzekomo gwarancja ładu, porządku, spokoju i harmonii. Cudowna wizja uwodzi, odwołując się do archetypu silnego władcy – a nierzadko także boskiego pomazańca, sakralności władzy królewskiej, symboliki tronu, cnoty bezwzględnego posłuszeństwa – przywołuje idealistyczne wyobrażenia i ożywia dziecięce marzenia. Monarchia jawi się jako panaceum na współczesne kryzysy. Można snuć takie wizje zupełnie bezpiecznie, bo wiadomo, że życie ich nigdy nie zweryfikuje, a ludzie, którzy są w nie zapatrzeni, pozostaną ciężko sfrustrowani, że do ideału w życiu politycznym wciąż tak daleko. Mętlik, jaki pojawia się na ten temat w głowie niejednego Polaka, jest skutkiem ideologicznego liberalizmu, który rozpowszechnił wypaczone znaczenia słów.

Taki jest właśnie ów „nowoczesny błąd” myślenia, który swoją karierę zawdzięcza używaniu terminów dwuznacznych, zaszczepiając zarazem nowe znaczenie słowom jeszcze niedawno oznaczającym coś innego. W tej sytuacji „zastawianie sideł na intelektualnego pyszałka i na prostaczka jest równie łatwe”, jak zauważa ks. Félix Sardá y Salvany w zapomnianej dziś książce „Liberalizm jest grzechem” (1884). Ten przenikliwy demaskator podstępu ideologicznego tkwiącego w liberalizmie wykazał, że żadna z form życia politycznego, także typowa demokracja, nie jest sama z siebie (ex se) liberalna. To nie forma rządu stanowi o jego istocie, ona ma jedynie charakter przypadłościowy. „Istota rządów zawiera się we władzy obywatelskiej, na mocy której one rządzą, czy będzie to władza w formie republikańskiej, demokratycznej, arystokratycznej czy monarchicznej; może to być monarchia elekcyjna, dziedziczna, mieszana lub absolutna”. Każda z owych form rządów mogłaby być „doskonale i w integralny sposób katolicka”. Jest jeden podstawowy warunek: „Jeżeli poza własną suwerennością uznają one suwerenność Boga, jeżeli wyznają, że ich władza pochodzi od Niego, jeżeli podporządkowują się nienaruszalnym normom prawa chrześcijańskiego”. W ten sposób hiszpański myśliciel demaskuje słodką iluzję, że gdy tylko oddamy władzę ludziom, którzy nazywają siebie konserwatywnymi katolikami, osiągniemy upragnioną polityczną idyllę, zbudujemy idealny ustrój. 

Co ciekawe, wymienia on jako przykład „prawdziwie katolickich monarchii” – wśród bardzo zresztą nielicznych jego zdaniem w dziejach – elekcyjną monarchię polską, do czasu jednak, co podkreśla, „niegodziwego rozebrania tego najbardziej religijnego królestwa”. Jako wzór władzy żarliwie katolickiej daje władze republikańskie: arystokratyczną republikę wenecką, kupiecką republikę genueńską, kantony szwajcarskie. Natomiast najbardziej skandalicznych w dziejach przykładów prześladowania katolicyzmu dostarczyły monarchie rosyjska i pruska.

Subtelniejszy i bardziej niebezpieczny 

Warto podążyć za tokiem tego myślenia, by dostrzec demagogię w propozycjach osób, które pretendowały swego czasu do najwyższego urzędu w Rzeczypospolitej pod hasłami konserwatywnymi i katolickimi, a dziś zajmują się reklamowaniem Putina jako idealnego władcy i Rosji jako silnego państwa. Autor odsłania grę pozorów. Jeśli monarcha ze swoimi ministrami czy też odpowiedzialny minister ze swoim ciałem prawodawczym, uważają, że to oni wyznaczają normy i standardy, służą ideologii liberalizmu. Mogą nawet wprowadzać cenzurę, modelowo uciskać poddanych i rządzić rózgą żelazną. „Taki kraj, choćby nie był wolny, będzie bez wątpienia liberalny. Takie były starożytne monarchie azjatyckie; takie są liczne z naszych monarchii współczesnych; taki był rząd Bismarcka w Niemczech; taka jest monarchia hiszpańska (z II połowy XIX w. – EPP), której konstytucja głosi nietykalność króla, lecz nie Boga”. Coś, co z pozoru jest zaprzeczeniem liberalizmu, w istocie jest liberalizmem, „subtelniejszym i bardziej niebezpiecznym, właśnie dlatego, że nie ma wyglądu zła, jakim jest”.

Niektórzy politycy skrajnej prawicy, w tym owi niedawni kandydaci na najwyższy urząd w naszym państwie, uznają, że skoro tak często powołują się na swój tradycyjny katolicyzm, to w konkurencji, kto jest najlepszym na świecie katolikiem pośród osobistości publicznych, przypada im palma pierwszeństwa. Bo i tradycyjność, i doktryna, i obrona nienarodzonych... A gdy PiS doprowadziło do konstytucyjnej obrony nienarodzonych, ludzie ci mówili, że wszystko zostało źle przeprowadzone. Apel, by bronić kościołów w czasie ataków bojówkarzy w 2020 r., nie popłynął z ich ust, lecz z ust Jarosława Kaczyńskiego.

Katolik bez legitymacji członkowskiej

Istnieje rodzaj religijności, który nie bez powodu określa się mianem faryzeizmu. „Moja wiara ma prawdziwy znak jakości. Biję pokłony z dokładnością co do milimetra głębokości. Patrzcie, robaczki i podziwiajcie”.

Jest też jednak całkiem inny typ katolika obecny w sferze politycznej. Daje się on określić tylko pośrednio, bo jego reprezentanta nie wyciągnie się na żadne szumne i grzmiące deklaracje. Charakteryzuje go powściągliwy sposób odnoszenia się do przeciwników. Nawet tych, którzy prowokują go chamskimi zaczepkami. Ubliżaniem, wyśmiewaniem i podstawianiem nogi na każdym kroku, a także grożeniem.

W jaki sposób polityk, o którym tu mowa, przekonuje, że jest człowiekiem patrzącym na świat w sposób realistyczny? Istnieje tylko jeden sposób na to: uznanie istnienia prawdziwej hierarchii. Wszystko, nawet ustrój polityczny, może w oczach ludzkich posiadać wielką wartość, ale nie wartość absolutną. W przeciwieństwie do wielu swoich adwersarzy, konkurentów i jawnych wrogów polityk ten nie aspiruje do tego, by „być jako Bóg”. Nie chce się za wszelką cenę podobać, nie oczekuje hołdów. 

Gdy słucha się tego człowieka, trafia się na trzeźwą i dogłębną analizę wydarzeń, rozsądne propozycje na przyszłość, przemyślane przestrogi przed zagrożeniami. Ten sposób mówienia porządkuje myślenie i potrafi w jakimś stopniu odbudować harmonię między ludźmi w społeczeństwie, zaburzoną przez marksizm i jego postkomunistyczną kontynuację. 

Przewodząc partii rządzącej, realizuje on konsekwentnie wizję odbudowy Polski po zniszczeniach komunizmu. Jego sposób działania, pozbawiony efekciarskich gestów i podniecających emocje występów, pozwala określić go mianem konserwatywnego polityka. 

Męstwo, jak wyjaśnia św. Tomasz z Akwinu, jest cnotą moralną związaną z niebezpieczeństwem. Człowiek mężny staje w obliczu zagrożeń, przeciwstawiając się im w sposób rozumny, kontrolując strach. Dzięki temu zdolny jest zarówno do ataku, jak i obrony. Człowiek mężny potrafi wytrwać w walce i odrzucić pokusę kapitulacji. 

Teologia i polityka nie są od siebie tak odległe, jak się powszechnie sądzi. Dopiero zauważenie ich bliskości pozwala pojąć, jaki to duch przenikał cywilizację, którą stworzyliśmy w Rzeczypospolitej. To stanowiło punkt odniesienia dla naszych historycznych władców i dlaczego budowaliśmy przez wieki świetności naszego państwa taki, a nie inny ustrój, chroniąc zasady, tradycje, obyczaje składające się na naszą kulturę.

Boris Johnson – choć jako człowiek ułomny i odbiegający od tych świętych obrazków, które chcieli nam podsunąć np. polscy konserwatyści – jednak potrafił opowiedzieć się jednoznacznie za prawdą, przeciw największemu złu w polityce światowej, jakie stanowi Rosja. Podobnie jak Józef Piłsudski miał nieuporządkowane życie osobiste, ale wiedział dobrze, przed czym musi bronić swojego kraju i jaka jest cena przegranej. Taki polityk więcej czyni dobrego, w najważniejszych dla człowieka sprawach, niż ktokolwiek mógłby uczynić przez swoje wzniosłe deklaracje i gesty. Uważa się za pana, to znaczy za gospodarza i opiekuna. Gospodarz i opiekun nigdy nie jest tchórzem.

 

 


Źródło:

Ewa Polak-Pałkiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo