Lech wygrał 4:1, ale kibiców nie zadowolił. Fala krytyki ze wszystkich stron

Rzadko zdarza się sytuacja, gdy zespół wygrywa 4:1, awansuje do kolejnej rundy europejskich pucharów, a jego kibice po meczu gwiżdżą i rzucają obraźliwe wyzwiska. Tak było w czwartek w Poznaniu, gdzie piłkarze Lecha wyeliminowali Vikingura Reykjavik.

https://twitter.com/joel72pereira

Mistrz Polski zameldował się w czwartej, ostatniej rundzie kwalifikacji Ligi Konferencji. By jednak udokumentować swoją wyższość potrzebował 120 minut, a do dogrywki poznaniacy doprowadzili na własne życzenie, tracąc gola w piątej minucie doliczonego czasu gry drugiej połowy.

Już pod koniec spotkania, przy stanie 2:0, z trybun zamiast dopingu i oklasków było słychać gwizdy i wyzwiska kierowane nie tylko w stronę zawodników, ale też władz klubu za m.in. nieudolną politykę transferową.

To jednak sami piłkarze zrobili dużo, by wyprowadzić swoich sympatyków z równowagi. Jak wyliczyli analitycy, poznaniacy stworzyli ponad 20 szans na zdobycie bramki, a w tym festiwalu nieskuteczności brylował Joao Amaral. Portugalczyk jest cieniem zawodnika sprzed trzech miesięcy, a przecież w poprzednim sezonie takie sytuacje, jakie miał w czwartkowym spotkaniu, wykorzystywał z zamkniętymi oczami. Do tego fatalnie wykonany rzut karny w końcówce dogrywki przez Afonso Sousę dopełnił czary goryczy.

Pomocnik "Kolejorza" Radosław Murawski po spotkaniu starał się jednak bronić zespołu.

"Każdy ma prawo wyrazić swoje zdanie, a my skupiamy się na tym, co do nas należy. Czyli musimy wyjść na boisko i wygrywać. Tym bardziej, że w pierwszym meczu w Reykjaviku daliśmy ciała i nie wyglądało to za ciekawie" – przyznał Murawski.

Jak zaznaczył, celem był awans do czwartej rundy kwalifikacji i zespół to zadnie zrealizował. Lech teraz ma wręcz otwartą furtkę do fazy grupowej, bowiem zmierzy się drużyną znacznie niżej notowaną - mistrzem Luksemburga F91 Dudelange.

"Awansowaliśmy do kolejnej rundy i to jest dla nas bardzo ważne. Po tej niemocy, jaka nam ostatnio towarzyszyła, udało nam się zwyciężyć na własnym stadionie. Nie każdemu może odpowiadać styl naszej gry, ale ważne jest to, żebyśmy wygrywali. Za kilka miesięcy, gdy będziemy już grać w fazie grupowej Ligi Konferencji, nikt nie będzie pamiętał o tym meczu i o tym, w jakim stylu awansowaliśmy. Ważna w tym wszystkim jest chłodna głowa i żeby cierpliwie robić swoje" – stwierdził Murawski.

Trener Lecha John van den Brom również starał się zaapelować do kibiców o większą wyrozumiałość, choć przyznał, że rozumie ich rozczarowanie.

"Gdybyśmy wykorzystali choć jedną, dwie okazje z tych, które stworzyliśmy w końcówce spotkania, wygralibyśmy 3:0 lub 4:0 i wszyscy rozeszliby się do domów w zupełnie innych nastrojach. I teraz byśmy w ogóle nie rozmawialiśmy o tej sytuacji. Powinniśmy +zamknąć+ ten mecz znacznie wcześniej i tu jest nasza największa wina, ja też biorę za to odpowiedzialność. Ale uważam, że moi zawodnicy nie zasłużyli na taką reakcję. Przypomnę, że dwa miesiące temu wszyscy byli dumni z tych piłkarzy, którzy cały czas są w tym klubie, a kibice byli 12. graczem tego zespołu. I gdy przyjeżdżały tu inne drużyny, to naprzeciwko mieli nie tylko Lecha, ale właśnie tego 12. zawodnika na trybunach. Myślę, że ci piłkarze nie zasługują na to, żeby mieć przeciw sobie własnych kibiców" - podsumował holenderski szkoleniowiec.

 

 

 



Źródło: niezalezna.pl, PAP

#Lech Poznań #piłka nożna

tm
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo