Przychylni Lisowi chcą jego powrotu do pracy. Wydawca "Newsweeka" woli milczeć?

Nie milkną echa odejścia Tomasza Lisa ze świata mediów i zarzutów wobec niego o mobbing. Pojawiły się już nawet głosy, że skoro zarzuty nie zostały potwierdzone, to dziennikarz powinien wrócić. Jednak póki co, osoby mogące rzucić inne światło na sprawę, głosu nie zabierają.

Fotomag/Gazeta Polska

Pod koniec maja były redaktor naczelny "Newsweeka" zakończył pracę w gazecie. Niedługo później na łamach Wirtualnej Polski ukazał się artykuł, w którym Tomasz Lis oskarżany jest o mobbing. Sprawą zajęła się m.in. inspekcja pracy, która sprawdziła, czy w redakcji poprawnie funkcjonuje zgłaszanie takich działań i nie wykazała nieprawidłowości. Warto jednak zaznaczyć, że wydawca gazety - Ringier Axel Springer Polska - wniósł o objęcie wyników kontroli "tajemnicą przedsiębiorstwa". Jak już informowaliśmy, do badań zaproszono 30 pracowników, z czego 22 odmówiło uczestnictwa. Wyniki oparto ostatecznie na opinii 8 badanych.

Czemu sprawa stoi?

Oprócz wieloletniej pracy w "Newsweeku", Tomasz Lis był również stałym gościem piątkowej audycji Jacka Żakowskiego w Radiu TOK FM. Po wypłynięciu zarzutów stacja zawiesiła uczestnictwo dziennikarza. Teraz jego kolega ze studia, wspomniany Żakowski, ocenił, że "jeżeli do końca wakacji nie potwierdzą się żadne nowe zarzuty", Lis powinien wrócić do TOK FM.

"Bo w tekście (publikacji WP o mobbingu), który moim zdaniem nie kwalifikował się do publikacji ze względu na jednostronność i powierzchowność, ale się ukazał, padło słowo „molestowanie”. To jest strasznie poważny zarzut, śmiertelny zarzut. To było słowo, które spowodowało, że ja podjąłem decyzję, że chwilowo nie mogę Tomka zapraszać. Ale w żaden sposób to (zarzut) nie zostało w dalszym ciągu uprawdopodobnione"

– ocenił Żakowski.

Co ciekawe, o powrót Lisa walczy również Towarzystwo Dziennikarskie. Zdaniem działaczy "niedopuszczalne jest zawieszenie "bezterminowe" oparte na założeniu, że "sprawa się kiedyś wyjaśni" i wtedy zostanie podjęta decyzja". W swoim apelu piszą również, że oburzające jest to, iż sześć tygodni po zawieszeniu dziennikarza i ujawnieniu wyników kontroli Państwowej Inspekcji Pracy nie zaszły żadne okoliczności, które skłaniałyby redakcję TOK FM do zmiany decyzji o niezapraszaniu Tomasza Lisa na swoją antenę".

Co ciekawe, Towarzystwo zaapelowało również do kierownictwa RASP o ujawnienie przyczyn odejścia Tomasza Lisa. Piszą, że jeżeli był to mobbing, to sprawę należy wyjaśnić, a jeżeli nie, to - jak to często wśród przeciwników rządu rzekomo bywa - "Rodzą się podejrzenia o przyczyny polityczne". Zwracają się również do osób mogących potwierdzić oskarżenia wobec Lisa o "ujawnienie wszystkich znanych im z osobistego doświadczenia faktów, mających związek z tą sprawą". Zapewniają o pełnej anonimowości, a do kontaktu wskazują prezesa Towarzystwa Dziennikarskiego, Seweryna Blumsztajna.

Co jak co, ale Towarzystwu trzeba przyznać jedno - z pewnością, to, że wieloletni dziennikarz, twarz "Newsweeka", rozstaje się z redakcją, następnie publikacje konkurencji rzucają nieciekawe światło na sprawę, a wydawca nie zamierza tego wyjaśniać, nie pomaga wizerunkowo. Tym bardziej zastanawiające jest to, że skoro oskarżenia mogą być nieprawdziwe, to czemu sam osądzany przez opinię publiczną Tomasz Lis nie poszedł jeszcze na drogę sądową?

 

 


Źródło: wirtualnemedia.pl, tvp.info, niezalezna.pl

#Tomasz Lis #mobbing #Newsweek #Towarzystwo Dziennikarskie

Mateusz Święcicki
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo