Krótka historia globalnej wioski

Kryzys polityczny nigdy nie jest niezależny od kryzysu wiary. Kryzys wiary jest zaś wynikiem zaniku myślenia o Bogu i sobie samym w sposób realistyczny.

Mam sąsiada, który zawsze zasiada z uroczystą miną przed telewizorem, gdy na świecie są kataklizmy, trzęsienia ziemi, tajfuny i powodzie, napady i zamachy. Gdy wybuchają bomby i spadają samoloty. Poza tym telewizja i internet go nie interesują. Ale patrzeć, jak gdzieś indziej wszystko się wali – a u nas, proszę bardzo: domy stoją jak stały, ściany się nie rozpłaszczają, sufity nie pękają jak skorupki od jajek, drzewa i samochody nie fruwają nad głową! Sąsiad czuje przyjemność i zasypia z błogim uśmiechem. 

Spokój atomów

Życie przekonało go, że jest ono wielkim teatrem, a on skromnym widzem. Sąsiad uważa więc, że wszystko, co się dzieje się wokół – rzeczy ważne i mniej ważne – przebiega bez jego udziału i nikt go nie będzie niepokoił. Nie ma pretensji do niczego, nikt też się o niego nie upomina. 

Sąsiad mój dla niektórych wielkich tego świata jest jednak kimś ważnym. Jest atomem. Bez twarzy zwykle mało przydatnym, ale z takich atomów można wycisnąć bardzo wiele w momentach dużego napięcia. Tłum to nie to samo co lud czy naród. Jest idealnym narzędziem w ręku nawigatorów sterujących przypływami i odpływami ludzkich mas w pożądanym kierunku. Łatwo przekształca się w motłoch. Wystarczy czasem cicha podpowiedź, żeby wziąć do ręki jajko czy kamień i walnąć. I móc zarechotać z uciechy.

Panowie, których ubrania, fryzury i samochody są nienaganne, a mimo to przerzucają się oni okrzykami wziętymi z gwary więziennej, gdy chcą poruszyć „sprawy naprawdę ważne dla świata i Europy, a zwłaszcza dla Polski, która jest troską Europy”, by dążyć do „szczęśliwej i pokojowej przyszłości ludzkości”, tak właśnie wyobrażają sobie idealne społeczeństwo. Każdy z nas dla nich powinien być typem sąsiada, który lubi oglądać wojny i trzęsienia ziemi, zagryzając kanapkę. Big tech niezmordowanie wychowuje te ludzkie masy. Gdy więc od czasu do czasu beznamiętny spokój „atomów” przekształca się w dziką furię, gdy okazują się one amatorami ulicznych samosądów, podpaleń, rabunków, gwałtów, ataków na policję, kościoły, przywódców partii rządzącej – rodzi to dobry humor ludzi na najważniejszych posadach. Wierzą, że tylko oni mają prawo podejmować decyzje.

Prawdziwe „utrapienia”

Ludzie w typie mojego sąsiada nie przystępują zwykle do wyborów. Dla nich wszyscy są do siebie podobni jak dwie krople wody. Nuda, aż zęby bolą. Pies sąsiadki nasiusiał na wycieraczkę, to ich boli, a nie zamieszki czy wojny. Śmieciarz nie opróżnił w porę kubłów, czego wynikiem była mała apokalipsa na całym podwórku. Lęk takiego człowieka przed zawaleniem się czegokolwiek na widowni jest o wiele większy niż lęk przed trzęsieniem ziemi na scenie. 

„Skutkiem oddzielenia duszy od ciała nie jest ciało bez duszy, lecz rozkład” – mówił abp Fulton John Sheen. „Skutkiem oddzielenia religii od społeczeństwa nie jest zsekularyzowane społeczeństwo, lecz chaos. Historia dowodzi, że społeczeństwo, które ignoruje religię, nigdy nie staje się społeczeństwem areligijnym; staje się ono społeczeństwem antyreligijnym”. Słowa te padły w Ameryce w latach 50. XX wieku. Nikt jeszcze nie śnił o tym, że socjalizm – tak samo jak kapitalizm i w końcu demokracja parlamentarna – jest w stanie przemienić ludzi w niewolników zarządzanych przez klasę pieniądza. 

Demokracje dzisiejsze szczycą się tym, że są tolerancyjne i otwarte, neutralne światopoglądowo. Nie ma religii panującej, którą państwo – otwarte, tolerancyjne, nowoczesne, popierające pokój – chciałoby wyznawać i chronić. Zwłaszcza gdyby miała nią być religia katolicka. Gdy patrzy się na ludzi o nienagannym uzębieniu i równie niebudzących wątpliwości krawatach – w Brukseli, Paryżu, Berlinie – których język jest językiem gładkim, zaokrąglonym i kompletnie pozbawionym treści, trudno oprzeć się wrażeniu, że dzieci bawią się na scenie w państwo globalne. Dziwne jest tylko, że dzieci te rzadko się uśmiechają. Ktoś odebrał im dzieciństwo.

„Zorganizowany ateizm dzisiejszych czasów jest zatem projekcją nienawiści wobec samych siebie, gdyż żaden człowiek nie nienawidzi Boga, nie nienawidząc najpierw samego siebie” (F.J. Sheen). Obiecywany „pokój” czy nowy „ład demokratyczny” są niczym innym jak permanentną wojną toczoną przeciw zasadom Ewangelii, państwom i narodom. 

Jeśli ludzie Kościoła nie przestaną udawać, że tego nie widzą, widownia, na której tkwią, zawali się pewnego dnia z hukiem wraz ze sceną. Udawanie zaś oznacza przyzwolenie na moralną dwuznaczność, a także brak zdecydowanego poparcia dla jedynego ugrupowania w naszym kraju, które toczy prawdziwą wojnę w obronie społeczeństwa – dla Prawa i Sprawiedliwości.

Gdy wartością staje się cokolwiek

Można codziennie łkać, jak czynią to niektórzy duchowni, że w Polsce jest bardzo źle, że osiągnęliśmy dno, i jednocześnie pogłębiać pracowicie chaos w państwie, wprowadzając na scenę nic nieznaczące ugrupowania, przedstawiając je jako poważne siły, prawicę, patriotów, katolików. W imię na przykład dialogu. Dialog to wartość sama w sobie. W krainie, z której wyparto Boga w imię człowieka, wartością staje się cokolwiek.

Kryzys polityczny nie jest nigdy niezależny od kryzysu wiary. Kryzys wiary jest wynikiem zaniku myślenia o Bogu w sposób realistyczny, a także o sobie samym i swojej przyszłości. O tym, że oprócz doczesności, która ma swoje materialne granice, istnieje wieczność. Lutrowi bardzo zależało, by w Europie zniknęło pojęcie „Osoby Boga”. W jego systemie natura boska staje się człowiekiem. Ale Polacy są w większości katolikami. W Polsce nie ginie świadomość, kim jest Bóg. W Polsce nie da się tak łatwo pomieszać bytów, ośmieszyć dobra i świętości przez wymieszanie go ze złem i bezbożnictwem. Tu kłamstwo nie przechodzi nigdy bezboleśnie. 

Dlatego takim postrachem są dziś prawdziwie wolne media. Mogą być one bowiem nie tylko forum wolnej wymiany informacji i myśli, ale także czymś na kształt dawnych zrzeszeń ludzi równych i wolnych, posiadających najmniejszą choćby własność. Jak cechy rzemieślnicze w średniowieczu. W naszych czasach zastąpiły je związki zawodowe, których jedynym godnym przypomnienia przykładem była (przez krótki czas) Solidarność. Dziś tą najmniejszą własnością mogą być własność intelektualna, dorobek artystyczny, zachowana zdolność trzeźwego myślenia i chęć działania. Twórcze podejście do życia. 

Żaden z członków cechu nie mógł stać się wyzyskiwanym niewolnikiem; dziś niewolnictwo gwarantują m.in. nierówny dostęp do informacji, nowa cenzura. Zadziwiać może jeszcze jedna właściwość społeczności cechów: wysoki poziom umiejętności fachowych. Chesterton nie wahał się twierdzić, że „owe czasy przejawiały uniwersalny smak artystyczny przy kształtowaniu przedmiotów codziennego użytku. Rzeczy te wytwarzano bowiem w kraju niesłychanie, w porównaniu z następnymi ustrojami, fantastycznym, bo w kraju wolnym”. A globalizacji towarzyszą coraz większa szpetota wnętrz i fasad, zanik literackiego języka w mediach, agresja słowna.

Dlatego właśnie, że Polacy skłonni są do takich wyskoków jak Solidarność czy media Strefy Wolnego Słowa, UE ma tyle problemów, by uporządkować w naszym kraju scenę i widownię zarazem. Zamieszanie robi zawsze Prawo i Sprawiedliwość. Źle wykształceni Polacy głosują na PiS i chodzą do kościoła. I jeszcze chcą się komunikować za naszymi plecami, a ze wspomnianych mediów uczynić fortecę. 

Mój sąsiad, człowiek dobrotliwy i pobożny, bezgranicznie przy tym leniwy, a zarazem srogi jak lew, gdy przychodzi mu strzec swojego królestwa codziennej nudy i lenistwa, broni się rękami i nogami, by nie oddać nikomu wygodnej pozycji łatwowiernego widza.


(Tłumaczenie F.J. Sheena: Izabella Parowicz)

 

 


Źródło:

Ewa Polak-Pałkiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo