Czy Ukraina przywróci Kościołowi papieża?

Sytuacja jest przedziwna: im większe wątpliwości miał papież Franciszek, tym mocniej dopominali się o jego przyjazd Ukraińcy. Prosili papieża biskupi, żony żołnierzy, ostatnio prosiły ukraińskie dzieci. Wyruszali do Watykanu. Pisali listy. Wierzyli, że przyjedzie, doda ducha. Że jego obecność ich ocali. Skąd ta determinacja?

Paradoks polega na tym, że ukraińscy katolicy zdają się wciąż „wierzyć w papieża”. Nie w konkretną osobę – bo nie osoba Jorgego Bergoglio jest tu przedmiotem wiary – ale uznają świętość jego urzędu. Uznają władzę papieską, która jest czymś o wiele ważniejszym niż osobowość, osobisty charyzmat, nawet kompetencja w dziedzinie wiary. Czy to tradycjonalizm, czy sensus catholicus, zdrowy zmysł katolicki?

Ukraińcy mają dla władzy głowy Kościoła ogromny szacunek, co jest dziś – niestety – rzadkością. A władza papieska jest najwyższą ludzką władzą na Ziemi; jest, zgodnie z nauką Kościoła, władzą nad światem. Nie pochodzi od ludzi, ale bezpośrednio od Chrystusa.

Konfrontacja dwóch wiar

Sam Franciszek natomiast traktuje siebie... Właśnie, jako kogo? Polityka, administratora, filantropa? Przywódcę organizacji ekologicznej, która ma uratować matkę Ziemię? Pośrednika w negocjacjach pokojowych? Nasz papież zdaje się jednak nie wierzyć już „w papieża”. Nie wierzy, że jego urząd, jego władza jest nie z tego świata.

Wizyta w Kanadzie, do której Franciszek wybrał się jako „pokutnik”, by przeprosić za „grzechy Kościoła wobec Indian”, wymownie to potwierdza. Gdy ogląda się zdjęcia dzieci ze szkół rezydencjalnych w Kanadzie, szkół, które stały się ostatnio symbolem owych „grzechów”, gdzie dzieci miały być prześladowane przez ludzi Kościoła, to na wielu z nich można zobaczyć zwyczajne, pogodne, uśmiechnięte dzieci, porządnie ubrane i bynajmniej nie zagłodzone.

Żadna szkoła z internatem w tamtym czasie nie była miejscem przede wszystkim rozrywki i leniuchowania, jak dzieje się to dziś, zwłaszcza na kontynencie amerykańskim, także szkoły dla białych takie nie były. Starano się wyrobić w dzieciach dyscyplinę, poczucie obowiązku, nauczyć je pracować – takie były założenia pedagogiki stosowanej w szkołach świeckich i katolickich. Małym Indianom chciano dać możliwość rozwijania się razem z białymi, stąd nauka w językach angielskim i francuskim – co dziś uznawane jest za jakieś horrendum.

Robienie z księży i zakonnic istnych potworów, które znęcały się nad małymi Indianami, przez zaniedbania i okrucieństwo doprowadzały do ich śmierci, ograniczały z sadystycznych powodów ich kontakty z rodzinami, już z daleka pachnie modnym dziś postkolonializmem, który całą historię świata widzi przez pryzmat zbrodni białych wobec ludzi innych ras. Ten ideologiczny koncept podważa oficjalną historię państw, odwołuje się do jakichś rzekomo utajonych czarnych jej kart – a najczarniejszą kartą jest tu zawsze historia Kościoła – i uważa, że całe dzieło cywilizacyjne białych było z gruntu zbrodnicze i nieludzkie. Dostrzega w nim jedynie patologie, wyzysk, rabunek i barbarzyńskie niszczenie kultury rdzennych mieszkańców.

Dramat konfrontacji „dwóch wiar” trwa. Tej, w myśl której głównym zadaniem papieża jest kajać się w imieniu Kościoła i całować po rękach Indian, i tej, w myśl której ma on nawracać świat, umacniać wiarę chrześcijan, bronić Kościoła przed oszczercami, zbierać, a nie rozpraszać owce.

Czy Franciszek dotrze do tego dalekiego kraju?

Czy Franciszek – tak bardzo nastawiony na „słuchanie swoich owiec” (niektórych!), że pozwala im nawet dowolnie zmieniać doktrynę – ulegnie, złamie się, dotrze na Ukrainę? Pokona swój lęk? Czy pozostanie niewzruszony i będzie podróżował wszędzie, tylko nie tam, gdzie dramat zmagania się dobra i zła jest aż nadto dobrze widoczny i nikt już nie może powiedzieć, że zło nie ma wyraźnego rodowodu i wyraźnej twarzy, bo świat rzekomo „nie jest czarno-biały”?

Czy Franciszek wie, domyśla się – a może podświadomie czuje – że Ukraina, tak bardzo pragnąc, by przyjechał, chce mu także przywrócić świadomość posiadania owej władzy, której – jak wiele na to wskazuje – się wyrzekł? Zamierza przypomnieć, kim jest papież, przez kogo został ustanowiony jako głowa Kościoła.
Utrata tej świadomości może owocować bardzo ludzkim lękiem Jorgego Bergoglio. Lęk i uległość wobec dominujących ideologii nie licują z powagą i godnością papieskiego urzędu. Lęk nie sprzyja przyjazdowi papieża do tego kraju zmagającego się z dzikimi napastnikami, choć ukraińscy katolicy wciąż czekają. Lęk jest zawsze złym doradcą.

Franciszek ostatnio często się tłumaczy. Zapewnia, że „dużo myśli o dzieciach na Ukrainie”. Przypomina, że wysłał już tam „kilku kardynałów”, by „pomagali i byli blisko, przede wszystkim dzieci”. Powtarza, że chciałby pojechać na Ukrainę, ale musi poczekać „na odpowiedni moment”, żeby ta decyzja „nie wyrządziła więcej szkody niż pożytku”. Wreszcie zamyka kwestię enigmatycznym: „Zobaczymy, co się wydarzy”.
Ostatnio jednak pojawiła się oficjalna informacja, że papież przyjedzie na Ukrainę. W tej podróży nie chodzi o to, by wykonane zostały pewne symboliczne gesty. Chodzi przede wszystkim o to, by Ukraińcy zyskali przekonanie, że Ojciec Święty jest z nimi dlatego, że nie boi się tej siły, z którą walczą.

Namiestnik Chrystusa

W przesłaniu z Fatimy znajdują się zagadkowe słowa Matki Bożej, która zapowiadając konsekwencje niespełnienia jej próśb, zaznaczyła, że „Ojciec Święty będzie bardzo cierpiał”. Zwykle utożsamia się tę zapowiedź z zamachem na Jana Pawła II. Coraz częściej jednak pojawia się inna interpretacja, że jest to zapowiedź cierpień związanych z uniemożliwieniem papieżowi (wszystkim papieżom epoki posoborowej) sprawowania władzy w Kościele. Za przyczyną przyjęcia przez ostatni sobór zasady kolegialności, czyli faktycznego rozmycia władzy hierarchicznej, która powoduje, że papież już nie rządzi Kościołem, choć nominalnie pozostaje monarchą absolutnym.

Po soborze może być on już tylko symbolicznym przywódcą tej garstki ludzi, którzy wciąż wczytują się w jego encykliki i homilie czy książki, które napisał, ale nie sprawuje już władzy nad Kościołem, faktycznie nie rządzi. Wypowiada się tylko w swoim imieniu. Wygłasza opinie, nie naucza. Rezygnuje ze stosowania w praktyce dogmatu o nieomylności papieskiej, bo nie jest w stanie wypowiadać się w imieniu Chrystusa. Ale Kościół to nie instytucja czysto ludzka, to nie koncern, nie fundacja z zarządem, na którego czele jest papież. Kościół jest bosko-ludzką instytucją i tego Franciszek, wraz ze wszystkimi swoimi doradcami, nawet z Jeffreyem Sachsem, nie jest w stanie zmienić.

Przyjazd Franciszka na Ukrainę, gdyby do niego doszło, nie pokona tej katastrofy poprzez jednorazowy akt, nie przywróci nagle całego odwróconego porządku w Kościele, ale może pokazać – nie tylko Ukraińcom – całemu światu katolickiemu, że papież potrafi oprzeć się naciskom i przezwyciężyć własne lęki. Potrafi to uczynić, bo reprezentuje samego Chrystusa.

Wielu katolików przypomniałoby też sobie, że decyzje soboru – także te dotyczące władzy papieskiej – nie mają charakteru ostatecznego, wiążącego, bo sam sobór określił się mianem soboru duszpasterskiego, nie dogmatycznego. Wyraził opinie, sugestie, wskazówki duszpasterskie. Nic jednak faktycznie nie zmienił – bo nie mógł – w tradycyjnej nauce i doktrynie Kościoła.
To byłby prawdziwy przełom.

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

#Gazeta Polska Codziennie

Ewa Polak-Pałkiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo