Tomasz Łysiak o Baumanie i polskim honorze

Napawa mnie smutkiem postawa władz polskich uczelni, które nadając tytuły Zygmuntowi Baumanowi, relatywizują oceny moralne postępków ludzkich. To jest przerażające. Bo każe po raz kolejny stawiać pytania o jakość naszych elit naukowych i środowiska a

Juliusz Kossak
Napawa mnie smutkiem postawa władz polskich uczelni, które nadając tytuły Zygmuntowi Baumanowi, relatywizują oceny moralne postępków ludzkich. To jest przerażające. Bo każe po raz kolejny stawiać pytania o jakość naszych elit naukowych i środowiska akademickiego; środowiska, w którym piętnuje się ludzi takich jak prof. Pawłowicz (za światopogląd), a jednocześnie gloryfikuje innych (których światopogląd wiązał się z nagannymi uczynkami) - pisze Tomasz Łysiak w "Gazecie Polskiej".

Daleko, daleko, tam, gdzie step Dzikich Pól wydaje się być morzem, po którym płynie się powozem jak korabiem czy łodzią, stała polska strażnica kresowa. Futor, z kilkoma budynkami gospodarczymi. Zbliżał się do niego jeździec. Po czym zsiadł z konia i wszedł do izby. W środku, za stołem siedziała niezwykła postać… W blasku kaganka wydawała się jakby widziadło jakieś ze snów. „Jak gdyby z grobu powstał Hetman, który,/Taki mnie widok ugodził potężny,/Taki mąż siedział przede mną orężny,/Sędziwy, dzielny, groźny, ponury,/Na koźle z drzewa uciesanym siedział/Niby na koniu – a choć sobie drzymał,/Czuwał jak żóraw i o sobie wiedział,/Bo śpiąc – pistolet w prawej ręce trzymał.–/Biały włos lekko osrebrzał mu głowę,/A rysy były tak pięknie-surowe,/Że więcej prawie podobien z daleka/Był do posągu, niźli do człowieka./Był to pan Mohort”.

Starcy i ich podłe uczynki

Dreszcz przechodzi po plecach, gdy się czyta ten ustęp z poematu Wincentego Pola. Ostatni rycerz Rzeczypospolitej, porucznik Mohort, uosobienie wszelkich cnót prawego, wspaniałego Polaka, śpi na kresowej stanicy. Zaraz potem się zbudzi. I przywita z podróżnym, narratorem opowiadania, prostym, polskim: „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”. „Na wieki wieków” – padnie odpowiedź. To nasze sarmackie „dzień dobry”. Któż dzisiaj się tak wita, krom tych, co w murach plebanii?

Siwy włos prószący skronie tytułowego Mohorta jest jak znak – symbol godnego życia, spędzonego na służbie Rzeczypospolitej.

Ale ta biel na włosach potrafi zwieść osąd. Iluż to nasza historia widziała ludzi o wyglądzie rzymskiego senatora, którzy duszę zaprzedali diabłu, a ojczyznę naszym wrogom? Iluż się Targowiczan kazało malować na portretach jako nobliwych obywateli i patriotów?

Generał Krasiński, który się zapisał w pamięci potomnych jako przyjaciel Moskali, zalecił malarzowi, by na zamówionym obrazie przedstawił go stojącego nad działami Somosierry, choć w rzeczywistości przy bateriach hiszpańskich nie był.

Po cóż się przejmować historycznymi szczegółami – ważne, by sprawić na oglądających odpowiednie wrażenie. A gdy czas jakiś upłynie, któż będzie wiedział, jak było naprawdę?

Wielu takich podeszłych wiekiem ludzi i dzisiaj odgrywa szlachetnych, zbolałych i niezrozumianych starców, a także tłumaczy dawne, podłe moralnie wybory potrzebą chwili lub innymi warunkami, w jakich przyszło im żyć.

Ci, którzy bez wątpienia grzeszyli wobec nakazów moralnych życia, którzy jawnie stawali po stronie Zła i Przemocy – kaci, oprawcy, rozkazodawcy, generałowie, ubecy, moskiewscy służalcy, dranie korzystający z uroków dawnej władzy – wszyscy oni dzisiaj pokazują światu swoje siwe włosy, które przeczesują drżącą dłonią. Jakież serce nie skruszeje na taki widok? Owi starcy zasłaniający się wiekiem umykają sprawiedliwości, mamiąc sądy niedołęstwem i udawanymi chorobami. Ukrywają się za zasłoną siwych włosów.

Niektórzy wręcz walczą o to, by przeszłość ukazać w innym świetle, a z katów stać się bohaterami. Tak postępuje generał Jaruzelski.

Tłumaczenia prof. Kwaśnicy, czyli czar minionej epoki

Ostatnimi czasy w przestrzeń medialną weszła kolejna postać matuzalemowa z wyglądu – nobliwie prezentujący się starzec, były stalinowiec ścigający Żołnierzy Wyklętych – Zygmunt Bauman.

Teraz ponownie znalazł się w świetle reflektorów, gdy rektor Dolnośląskiej Szkoły Wyższej podjął decyzję o nadaniu Baumanowi doktoratu honoris causa. Na nic się zdały protesty studentów podkreślających ideowe zaangażowanie profesora w budowanie komunizmu w Polsce, a także fakt, iż nigdy nie odciął się on od swojej przeszłości. W tym także od prześladowań żołnierzy AK.

W trakcie spotkania z rektorem profesor Kwaśnica tłumaczył żakom (jak czytamy w notatce zamieszczonej na stronie uczelni): „Dla zrozumienia motywów postępowania profesora Baumana niezbędna jest wiedza dotycząca zburzenia starego ładu i wprowadzenie nowego porządku – nie tylko polskiego, ale i europejskiego, który musiał odcisnąć na młodym człowieku (jakim był wówczas Zygmunt Bauman) bardzo silne piętno. Co więcej, ten nowy porządek miał prawo go zafascynować, ponieważ po raz pierwszy w dziejach ludzkości przedstawiona została koncepcja rozwoju społecznego – która, jak ją wtedy przedstawiono, ma podstawy naukowe i daje gwarancję realizacji odwiecznej tęsknoty ludzkości za społeczeństwem ludzi równych, sprawiedliwie rządzących i dostatnio żyjących”.

Zapis tych słów sam w sobie uwodzi czarem dawnej retoryki, w której ludzi mamiono opowieściami o komunistycznej Utopii.

I pewnie można by nad doktoratem dla profesora Baumana nie utyskiwać zbyt długo, gdyby nie fakt – że to uhonorowanie tytułem wpisuje się w cały szereg ostatnich wydarzeń, w serię relatywizujących przestrzeń moralno-polityczną wyborów, wyroków czy deklaracji. To dalszy krok w podważaniu prawa Polaków do osądzania przeszłości i jasnego określania, co było w niej Złem, a co Dobrem. Tym to przykrzejsze, że dzieje się tak na wyższej uczelni, w miejscu, w którym mają się wykształcić nasze nowe elity. Jaki wzór mają ukazany w postaci pana profesora?

Wybór Benedykta Dybowskiego

W 1862 r. przybył z Wilna do Warszawy Benedykt Dybowski. Miał przejąć katedrę zoologii w nowo powstałej Szkole Głównej. Zajęcia i wykłady odbywały się w obecnym gmachu Wydziału Archeologii UW (notabene z lewej strony wejścia znajduje się tam tablica upamiętniająca Dybowskiego). Dybowski przyjechał do miasta w gorącym czasie, tuż po okresie manifestacji patriotyczno-religijnych, w trakcie których Rosjanie mordowali Polaków, i na chwilę dosłownie przed wybuchem Powstania Styczniowego. Z ław szkolnych znikali studenci – uciekali przed branką, a potem szli do lasu, walczyć z Moskalami. Profesor Dybowski stanął przed trudnym wyborem. Mógł albo skulić uszy po sobie i zacząć wierzyć w obietnice Aleksandra II, mówiące o tym, że w Królestwie Polskim jedynie opiekuńcze oko cesarza Rosji daje – jakby to można powiedzieć gładko – „gwarancję realizacji odwiecznej tęsknoty ludzkości za społeczeństwem ludzi równych, sprawiedliwie rządzących i dostatnio żyjących”. Albo stanąć po stronie powstańców. Zrobił to drugie, ryzykując nie tylko karierą, ale także życie. Krył spiskujących studentów, umożliwiał im tajne spotkania, a gdy poznał Bronisława Szwarce, sam rozpoczął działalność konspiracyjną. Został przedstawiony Centralnemu Komitetowi Narodowemu. Zaproponował używanie sali wykładowej na zebrania. A nawet osobiście owe tajne narady ubezpieczał, wypatrując szpicli. Pod koniec 1863 r., kiedy powstanie już się chwiało, powierzono mu tajną misję do Pragi i Krakowa. Jeździł też na Ukrainę, sprawdzając stan przygotowań do powstania tam i na Wołyniu. W trakcie tych wyjazdów przeżywał zdarzenia, które nadawałyby się na dobrą powieść sensacyjną. Na stacji granicznej Rusi i Królestwa został zatrzymany. Gruntownie badano jego paszport. Tymczasem miał zaszyte w kożuchu raporty Różyckiego i egzemplarze „Złotej Hramoty”. Uratował go Polak, pułkownik w służbie rosyjskiej, który spił sotnika straży wódką w bufecie stacyjnym i wykradł paszport. W Pradze był z misją godną dwudziestowiecznego komandosa – miał zorganizować ucieczkę Mariana Langiewicza z więzienia austriackiego. Został aresztowany w pociągu, lecz uciekł na stacji w Krzeszowicach.

Skazany na stryczek

Najciekawsze wydarzenia nastąpiły jednak w czasie dyktatury Traugutta, już w 1864 r. Dybowski oddał wtedy klucze do audytorium w gmachu zoologii na potrzeby spotkań sekretarzy wydziałów Tymczasowego Rządu Narodowego. Miał świadomość stawki i ryzyka, jakie ponosi. Któregoś dnia pojawili się u niego wysłannicy powstańczych władz z dziwnym rulonem. Wręczyli mu plik niezwykle ważnych dokumentów. Były to rozkazy i pisma rządu Traugutta. Polecono profesorowi dobrze je ukryć. Było wiadome, że pętla carskiego śledztwa coraz bardziej się zaciska. Profesor wezwał do siebie swojego preparatora, Stanisława Wysockiego, który właśnie szykował nowy eksponat do gabinetu zoologicznego – antylopę suhak. Wspólnie postanowili, że dokumenty zaszyją w brzuchu zwierzęcia.

Jednak nagle sytuacja się zmieniła. Jak wspomina Dybowski w pamiętniku: „Po dwóch dniach od zaszycia suhaka odebrałem wiadomość, że mam zniszczyć album: zebraliśmy się więc do wyprucia i wyjęcia go z suhaka. Mając go teraz w ręku, żal nam było dokonać zniszczenia, uradziliśmy zakopać w ziemię, albo wrzucić do sadzawki, jaka istniała wtedy w ogródku poza zabudowaniami Szkoły Głównej”.

Profesor wraz ze współpracownikami wykonali cylinder stalowy, specjalnie zabezpieczony asfaltem i łojem, a potem umieszczony w jeszcze jednej stalowej, ocynkowanej tubie. Nocą wystrzelili go na sam środek sadzawki.

Jak napisał Dybowski, sadzawkę kilka lat potem zasypano i cylinder z powstańczymi dokumentami zniknął pod ziemią. Leży tam pewnie do dzisiaj.

Jednak nie tylko awanturnicza otoczka uwodzi w tej opowieści, lecz przede wszystkim niezwykła, patriotyczna i odważna postawa naukowca, który w chwili próby stawia na szali własne życie.

Niedługo po zatopieniu dokumentów powstańczych profesor Dybowski został aresztowany.

„Z początkiem nocy, około 11-ej, spełniła się chwila przewidywana. Usłyszawszy gwałtowne dzwonienie i kołatanie do bramy byłem pewny, że idą po mnie […]. Gdy otworzyłem drzwi trzymając w ręku lampę, stała przede mną czereda zbirów, o wstrętnych pijackich twarzach; od nich buchała woń alkoholu […]. Naczelny zbir usiadł w fotelu zwrócony tyłem do biurka i dał rozkaz stójkowym rozpoczęcia ścisłej rewizji”.

Dalej następował opis brutalnego aresztowania. I Cytadela. Razem z Trauguttem i jego towarzyszami. Przesłuchania. Na początku sierpnia 1864 r. zapadł wyrok. Dybowski, obok dyktatora powstania i pozostałych przywódców, został skazany na stryczek. Na szczęście tuż przed wykonaniem wyroku profesor został ułaskawiony. I zesłany na Syberię.

Musiał słyszeć ze swojej celi łoskot werbli przed powieszeniem Traugutta… Dybowski spędził nad Bajkałem długie lata wygnania, nie przerywając tam jednakże pracy naukowej. Odkrył wiele gatunków fauny i flory syberyjskiej.

Gdy intelekt staje się narzędziem okłamywania sumienia

Taki człowiek zasługiwałby na uczelniane tytuły i zaszczyty. Bo nie tylko wiedzą i wybitnym talentem naukowym stał się autorytetem. Pokazał także – jak polski intelektualista powinien żyć.

Można się tu powołać na piękną myśl Romana Dmowskiego ze wstępu do „Myśli Nowoczesnego Polaka”: „Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie: są one tym większe i tym silniej się do nich poczuwam, im wyższy przedstawiam typ człowieka”.

Nie sposób odmówić racji temu stwierdzeniu – że im kto dostał od Boga i losu wyżej stojący dar intelektu, tym większy na nim leży obowiązek odpowiedniej postawy moralnej. Problem pojawia się wtedy, gdy intelekt staje się narzędziem racjonalizacji i okłamywania sumienia swojego i innych.

Nie dziwię się Baumanowi, że z radością przyjmuje wszelkie tytuły, honory i zaproszenia na kolejne wykłady. On przecież sam siebie dawno już rozgrzeszył.

Napawa mnie raczej smutkiem postawa władz polskich uczelni, które nadając te tytuły, relatywizują oceny moralne postępków ludzkich. To jest przerażające. Bo każe po raz kolejny stawiać pytania o jakość naszych elit naukowych i środowiska akademickiego; środowiska, w którym piętnuje się ludzi takich jak prof. Pawłowicz (za światopogląd), a jednocześnie gloryfikuje innych (których światopogląd wiązał się z nagannymi uczynkami).

O polskim Honorze

Wincenty Pol, wspaniały polski poeta, był w pewnym momencie znużony i zniechęcony. Gdy przebrzmiały już sukcesy „Pieśni Janusza”, jego talent zdawał się przygasać. Wtedy spotkał Ksawerego Krasickiego. Opowiada o tym w pamiętniku Ludwik Jabłonowski. Tak pisze o Wincentym: „Pol zaś stoi Lachem od pięty do włosa, jakby wczoraj dopiero ze skórzanej wylądował łodzi”. I pisał to o synu Niemca i spolonizowanej Francuzki! Taki był autor „Mohorta” – do cna polskością przesiąknięty.

I on był także profesorem. Wykładał geografię na Uniwersytecie Jagiellońskim. A kiedy nasłuchał się opowiadań Ksawerego Krasickiego o stepowych stanicach, stworzył cudowny poemat. Utwór, który do polszczyzny wprowadził słowo „kresy” na określenie naszych krain wschodnich. Tytułowy Mohort był zaś w nim wzorem Polaka. I tak ów bohater tłumaczył, czego potrzeba, by stać się polskim rycerzem:

„Kto Boga w sercu, a kord ma przy boku,/Ten znać powinien, że oko puklerzem,/Że cała dusza ma być wiecznie w oku,/Kto nie ma oka, nie będzie rycerzem;/A kto rycerzem, ten już po zakonie/Znać to powinien, czego bronić trzeba:/Więc naprzód stawać ma w wiary obronie,/I Maryi Panny tej Królowej Nieba;/Potem w obronie granicy – i basta!/Bo reszta z tego już człeku wyrasta”.

Niedługo po opublikowaniu genialnego tekstu Wincenty Pol został usunięty z uczelni. Za nielojalność wobec zaborczych władz. I w ten sposób uzyskał pewien rodzaj polskiego „doktoratu honoris causa”. Rzeczownik łaciński „honor” w języku Rzymian się odmieniał. Samo sformułowanie „Honoris causa” – może oznaczać „przez uszanowanie”, „z uszanowania”. Tylko że w języku polskim słowo „Honor” się nie odmienia. Przez żadne przypadki, liczby i osoby. „Przez uszanowanie” dla naszych przodków. Polski Honor jest albo go nie ma.

 

Źródło: Gazeta Polska

Tomasz Łysiak
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo