Policja zaprezentowała w Internecie film z monitoringu, który według „Gazety Wyborczej” ma dowodzić, że kobieta nie została uderzona przez Meksykanów, a jedynie podała im butelkę. – To nie to zdarzenie. Kobieta została uderzona wcześniej i w innym miejscu plaży – mówi w rozmowie z portalem niezalezna.pl mgr inż. Aleksandra Kandzia ze Stowarzyszenia Kibiców Ruchu Chorzów „Niebiescy”.

Jak informował rzecznik komendanta głównego policji Mariusz Sokołowski, to Meksykanie rozpoczęli awanturę na gdyńskiej plaży. Tymczasem obecnie w Internecie pokazywany jest filmik, z którego zdaniem portalu Gazeta.pl wynikać ma, że Meksykanie nie uderzyli kobiety, a ona tylko podawała im butelkę.
Ten filmik to tylko ostatnia część zajść. Jeden z Meksykanów użył wówczas gwizdka, w efekcie czego marynarze zeszli się w jedno miejsce i zaczęli się zbroić w butelki, by nimi bić inne osoby. Tymczasem awantura rozpoczęła się wcześniej, w innym miejscu plaży, gdzie Meksykanie uderzyli kobietę. Tego wydarzenia nie ma na taśmach upublicznionych przez policję.

Fakt, że starć było więcej, potwierdza w wywiadzie dla samego portalu gazeta.pl były dziennikarz trójmiejskiej „GW”. Oznacza to, że policja ujawniła monitoring wybiórczo. Co sądzi Pani o tym, że prokuratura przyznała Meksykanom status pokrzywdzonych?
Dwaj nasi koledzy trafili do szpitala z ranami ciętymi brzucha i rąk. Widziałam jedną z tych ran, nie jestem lekarzem, ale wyglądała okropnie. Pytanie, co mamy sądzić o państwie, które chroni tylko obcokrajowców, a nie obejmuje żadną ochroną własnych obywateli? Wypowiedzi premiera Tuska o tym, że będzie wywierać naciski na niezawisłe sądy, po prostu skomentować się nie da.

Co sądzi Pani o kampanii w mediach dotyczącej zajść?
Zapewne w każdy weekend dochodzi w Polsce do wielu bójek na dyskotekach i zapewne z każdego z nich dałoby się zrobić ogólnonarodową aferę. Rzecz w tym, że kiedy pojawia się informacja, iż w czymś takim mieli brać udział ogłoszeni przez rząd wrogiem publicznym kibice, to awantura, na którą nie zwracano by większej uwagi, od razu staje się newsem numer jeden. A wielu dziennikarzy rezygnuje z dochowania rzetelności i czuje się zwolnionych ze sprawdzenia podstawowych faktów. Bo trzeba dołożyć złym „kibolom”.