Coraz bardziej obawiam się, że pomysł władzy na policję jest taki, by służba ta sterroryzowała społeczeństwo, a nie zapewniała mu bezpieczeństwo. Społeczeństwo ma być zastraszone, a nie bezpieczne – mówi Zbigniew Romaszewski, polski polityk, działacz opozycji, w rozmowie z "Gazetą Polską Codziennie".

Ostatnio do polskich mediów przebiły się informacje o dwóch tragicznych w skutkach wypadkach brutalnego działania policji. W Siedlcach powiesił się 19-letni Jędrzej Kryszkiewicz. Za powód uważa się tortury, jakich prawdopodobnie doświadczył w komisariacie. W Gdańsku zmarł mężczyzna prawdopodobnie z powodu brutalnego pobicia przez policję. Czy brutalność polskiej policji staje się problemem?
Wspomniany proces brutalizacji działań policji trwa już jakieś 15 lat. Jednak w ostatnich latach coraz częściej pojawiają się niezwykle niepokojące wiadomości o wypadkach brutalnych zachowań funkcjonariuszy policyjnych. Przemoc stosowana przez tę służbę przekroczyła poziom, który można byłoby jeszcze usprawiedliwiać specyfiką działania policji. To zjawisko narasta i osiągnęło ostatnio wyjątkowo wysoki poziom. Przypomnę sprawę, w której sam interweniowałem jako senator, zatrzymania Piotra Staruchowicza, ps. Staruch. Samo aresztowanie go przez policję w wielotysięcznym tłumie, pierwszego sierpnia, podczas schodzenia ludzi z Kopca Powstania Warszawskiego było krańcową nieodpowiedzialnością. Ciężko to wydarzenie interpretować inaczej niż jako chęć prowokacji i dążenie do wywołania zamieszek. Podobnie wygląda sytuacja co roku podczas 11 listopada. Tego typu działania policji są bardzo groźne. Co gorsza, takich wypadków jest coraz więcej – widać, że mamy do czynienia z pewną narastającą patologią.

Skąd się biorą opisywane przez Pana zjawiska?
Wydaje się, że jednym z ważniejszych czynników sprzyjających rozwojowi wspomnianych patologii jest przenoszenie na grunt polski źle rozumianych praktyk policyjnych występujących w Stanach Zjednoczonych. W polskiej policji nastąpiło wręcz zachłyśnięcie się wzorcami amerykańskimi. Pamiętajmy jednak, że amerykańskie procedury są niezmiernie brutalne. W Stanach ta brutalność ma wytłumaczenie. Broń w tym kraju jest bowiem powszechnie dostępna, a służba policyjna bardzo trudna i niebezpieczna. Ale nawet w USA ta brutalność prowadzi do wielu patologii. Tym bardziej w Polsce. Coraz brutalniejsze działania policji występują w różnych sytuacjach. Przykładowo każdy oskarżony, nieważne o co i jakie przedstawia zagrożenie, jest podczas procesu skuwany. Tak nie było nawet za komuny. Ludzie są także coraz częściej bici podczas przesłuchań bądź w areszcie – tutaj znów można przypomnieć przykład Starucha. Te niepokojące procesy są po prostu faktem.

Na ile brak realnego oczyszczenia struktur policji z naleciałości komunistycznych także sprzyja opisywanym przez Pana zjawiskom? Czy nie jest tak, że młodzi policjanci uczą się od starszych, pamiętających jeszcze czasy ZOMO, tego, jak traktować oskarżonych?
Owszem, zapewne cynizm policjantów, ich poczucie bezkarności czy regularne składanie fałszywych zeznań przez funkcjonariuszy można po części tłumaczyć reprodukcją patologii poprzedniego systemu. Ale jeszcze ważniejszy wydaje się tu współczesny model wychowawczy. A właściwie – to lepsze określenie – jego brak. Młodzież nie jest wychowywana ani przez rodziców, ani przez państwo. Zamiast tego słyszy tylko slogan „róbta, co chceta”. I widzimy tego konsekwencje. Coraz więcej młodych zachowuje się jak chuligani. Chciałbym wyraźnie zaznaczyć, że nie muszą to być pseudokibice. Ten termin jest całkowicie fałszywy, używany przez władzę tylko po to, by dzielić społeczeństwo. Nie ma pseudokibiców, są za to chuligani – tak wśród tych, którzy uczestniczą w meczach, jak i tych, co chodzą na koncerty czy lubią sobie wypić piwo w parku. Jednak mamy też chuliganów w policji. To są dwie strony tego samego medalu. Jedni chłopcy chuliganią w parkach, a drugich ubrano w mundury. Ale mentalność pozostaje ta sama. Praca w policji, niezapewniająca zbyt dużych pieniędzy, daje za to znaczne możliwości bezkarnego wyładowywania swojej agresji. Stąd te straszne incydenty, o których dziś rozmawiamy. Problem jest więc dużo głębszy niż tylko kwestia naleciałości komunistycznych w policji. Jest jeszcze dodatkowy element. Coraz bardziej obawiam się, że pomysł władzy na policję jest taki, by służba ta terroryzowała społeczeństwo, a nie zapewniała mu bezpieczeństwo. Społeczeństwo ma być zastraszone, a nie bezpieczne.

Na ile wspomniana już przez Pana narracja PO, dzieląca społeczeństwo, piętnująca wyimaginowanych wrogów ładu, takich jak choćby tzw. pseudokibice czy faszyści, wzmaga poczucie bezkarności policji?
Związek jest oczywisty. Spójrzmy choćby na to, co się działo podczas ostatniego święta 11 listopada. Zostało sfilmowane, jak policjant skatował zupełnie przypadkowego człowieka. Na filmie widać, jak kopie go po twarzy. I co? Nic. Sprawa wsiąkła, jakby jej nigdy nie było. A skoro tak – to znaczy, że wszystko jest w porządku, że policji tak wolno. Rodzi się przekonanie społeczne, że władza akceptuje przemoc i brutalność tej służby. A konsekwencje tego widzimy już dziś. Co gorsza, następuje w ten sposób eskalacja przemocy po obu stronach. Bo w reakcji na działania policji w zgromadzeniach ulicznych biorą udział ludzie już przygotowani na to, co może ich spotkać ze strony służb porządkowych.

Obawia się Pan tego, co może się wydarzyć 11 listopada?
Pierwszy sprawdzian tego, jak rząd będzie wykorzystywał policję, będzie już w połowie września, przy okazji manifestacji planowanych przez związkowców. Zobaczymy wtedy, czy rząd sobie nie wymyśli, żeby ten cały tłum manifestujących rozpędzić, żeby nie było już kłopotu. Mam nadzieję jednak, że nie posunie się aż tak daleko. Może to bowiem bardzo źle dla niego się skończyć.