Kraj w ślepej uliczce

Związki zawodowe usiłują zwrócić uwagę, że sprowadzenie polskiego społeczeństwa do „zasobu ludzkiego”, z którego korzysta się dowolnie w imię interesów kapitału nie tylko uwłacza godności ludzi, ale jest ślepą uliczką cywilizacyjną.

Związki zawodowe usiłują zwrócić uwagę, że sprowadzenie polskiego społeczeństwa do „zasobu ludzkiego”, z którego korzysta się dowolnie w imię interesów kapitału nie tylko uwłacza godności ludzi, ale jest ślepą uliczką cywilizacyjną.

11–14 września odbędą się wspólne protesty związków zawodowych przeciwko antyspołecznej, nieefektywnej gospodarczo polityce rządu. Najważniejsze z wydarzeń, wspólna manifestacja, będzie miała miejsce 14 września w Warszawie.

Fikcyjny dialog

Warto przypomnieć źródła konfliktu między rządem a związkami, sięgające uzgodnionego w 2009 r. w ramach komisji trójstronnej trzynastopunktowego „pakietu antykryzysowego”. Związki, tak często oskarżane przez liberalne media o „roszczeniowość”, w rzeczywistości bardzo długo szły ekipie rządowej i pracodawcom na rękę. W ramach pakietu zaakceptowały pomysły na uelastycznienie czasu pracy, roczny okres rozliczeniowy, przejściowe obniżki płac. Rząd dawał jednak gwarancje, że przyjęte rozwiązania będą tymczasowe, nie staną się elementem kodeksu pracy. Nie wywiązano się z tej obietnicy. Czarę goryczy przelała nowelizacja kodeksu pracy związana z jego uelastycznieniem, czyli dalszym ograniczaniem praw pracownika na i tak nieprzyjaznym mu rynku pracy. W czerwcu związki zawodowe uznały, że nie zamierzają nadal brać udziału w fikcyjnym dialogu społecznym. Piotr Duda, szef NSZZ „Solidarność”, w rozmowie z „Tygodnikiem Solidarność” stwierdził wtedy jasno: „Ustawa przeszła w Sejmie i dopiero wtedy pan premier przyjechał na komisję trójstronną. […] To przelało czarę goryczy. […] Naprawdę nie jestem PR-owcem premiera Tuska, żebym udawał, że toczy się jakikolwiek dialog”.

Z punktu widzenia rządu uelastycznienie kodeksu pracy, łącznie z przeorganizowaniem czasu pracy, przedstawia się pozytywnie. Dzięki jeszcze tańszemu i bardziej dyspozycyjnemu pracownikowi firmy oszczędzają na kosztach zatrudnienia. Ale równocześnie zaczyna się dramat społeczny, który przekłada się też na kwestie czysto gospodarcze. Nie można w nieskończoność drenować „taniej siły roboczej”, choćby bez uszczerbku dla siły nabywczej Polaków, która przecież gwarantuje utrzymanie konsumpcji na poziomie odpowiednim dla bezpieczeństwa gospodarki. Ponadto coraz bardziej niestabilne formy zatrudnienia przy wzroście kosztów życia, obciążeń fiskalnych i braku właściwej polityki socjalnej zwiększają emigrację zarobkową oraz negatywne tendencje demograficzne. Nie da się bez końca oszczędzać na owsie dla chabety ciągnącej ciężki wóz, zmuszając ją równocześnie do wzrastającego wysiłku – bo wreszcie padnie.

Fasadowa modernizacja

Błędy popełnione na początku obecnego kryzysu będą kumulowały się latami. A wśród ich rozlicznych skutków warto wymienić pogłębienie rozwarstwienia, wzrost zadłużenia Polaków, a równocześnie obniżenie wpływów do budżetu. A bez tych ostatnich środków nie tylko nie będzie możliwe prowadzenie aktywnej polityki społeczno-gospodarczej przez państwo, ale także spłata polskich długów na rynkach międzynarodowych. Prof. Ryszard Bugaj zwracał niejednokrotnie uwagę, że definitywnie skończył się czas, gdy największym bodźcem rozwojowym było dla Polski wejście w orbitę zachodniego kapitału. Obecnie mamy już do czynienia z krzepnięciem struktury, którą należy określić mianem neokolonialnej: obcy kapitał, dyktujący warunki gry, bardzo tania siła robocza, fasadowa polityka modernizacyjna, zapaść przemysłu i infrastruktury publicznej.

Dla modelu walki z kryzysem, jaki proponuje rząd, język potoczny zna świetne określenie: „spychologia”: można na krótszą metę utrzymać ogromnym kosztem społecznym takie wskaźniki, jak niskie koszty pracy, a o resztę niech się martwią następni. Wszystko to nierzadko opakowywane jest w dobrze brzmiące hasła. Choćby: jak uczynić z pracownika przedsiębiorcę? Wypychając go na samozatrudnienie. Tylko że taka sytuacja zdecydowanie przenosi większość kosztów pracy na drobnego przedsiębiorcę.

Polityka pauperyzacji

Polacy dziś nie kupują towarów, bo z reguły nie mają za co: większość rodzinnych i indywidualnych budżetów zamykają koszty mieszkania, mediów, żywności, edukacji i potrzeb dzieci. Większość kapitału odpływa i tak za granicę, za sprawą rezydujących tu koncernów, a nasza gospodarka jest pozbawiona własnych, potężnych kół zamachowych, takich jak silny przemysł i stabilna, majętna klasa średnia: a tej się nie zbuduje, prowadząc politykę pauperyzacji Polaków.

Związki zawodowe mają rację, próbując zwrócić uwagę nie tylko obecnemu rządowi, ale wszystkim siłom społecznym i politycznym, że obecne metody „antykryzysowe” tylko pozornie nastawione są na rozwój. Sprowadzenie społeczeństwa do „zasobu ludzkiego”, z którego korzysta się dowolnie w imię interesów kapitału nie tylko uwłacza godności ludzi, ale jest ślepą uliczką cywilizacyjną. Także dlatego czekam na wrześniowe manifestacje związków zawodowych. Czas powiedzieć „dość” tej obłędnej logice wykorzystywania społeczeństwa, która w gruncie rzeczy ani nie buduje rodzimego kapitału, ani nie sprzyja polskiej pracy.
 

Autor jest publicystą „Nowego Obywatela”, felietonistą portali Plac Wolności i Deon.pl

 

Źródło:

Krzysztof Wołodźko
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo