Mała rzecz o bezdenności

Przyznam, że opis pewnych wydarzeń w polskiej polityce nie będzie pełny, jeśli do słownika politologów i wszelkich speców zajmujących się analizami, nie wpiszemy nowego terminu: bezdenność.

Z naukowego punktu widzenia bezdenność to stan, w którym inne metody opisu stają się bezradne. Często bowiem używamy (nadużywamy) słów: skandal, kompromitacja, wygłup czy bezwstyd i odnosimy wrażenie, że jednak nie oddają one istoty pewnego zjawiska, które poczęło się plenić w polskim światku politycznym, choć niestety nie jest to fenomen odległy od stale nurzających się w fekaliach zdarzeń zagranicznych. Retorycznie ten i ów zawoła: są jakieś granice kompromitacji! To już przechodzi wszelkie pojęcie!

Błąd, każde z tych zdań zakłada bowiem, że istnieje dno, poziom, pod którym nie da się już zapukać. Jednocześnie, po takich diagnozach, dzieje się coś, co sprawia, że słyszymy gromkie pukanie spod ugruntowanego już przecież i wysondowanego mułu i wodorostów. Istnieje zatem tajemnicza i nieopisana jeszcze przestrzeń, którą – swoimi zachowaniami – sondują kolejni adepci „polskiej sceny politycznej”.

Kiedy we włoskim parlamencie zjawiła się – w charakterze deputowanej – słynna Ilona Staller, gwiazdka filmów porno znana powszechniej jako „Cicciolina”, pewien mój znajomy – ukształtowany w starej jeszcze szkole, gdy jednak coś wypadało zrobić, a czegoś już nie – mruknął: „No u nas takie historie są nawet nie do pomyślenia”. Nie upłynęło wiele szamba w Wiśle, a właśnie z Krakowa wybrana została do parlamentu pani (?) Anna Grodzka. Obywatele konserwatywnego grodu wysłali na ulicę Wiejską osobę znaną wcześniej jako Krzysztof Bęgowski, a występującą jako niewiasta w szpilce numer 48. To było osiągnięcie na skalę co najmniej europejską i biedziły się różne publicystyczne kaczki, co zrobić z takiej dziwaczki. Na dodatek biuro poselskie obrała jedno piętro niżej od sprawującego wówczas mandat posła Andrzeja Dudy, zatem strach było dzwonić domofonem do przyszłego prezydenta, aby czasem nie omsknąć się o to piętro niżej. 

Posłami zostawali kabareciarze, oszuści, pijacy, piłkarze i artyści sztuk rozmaitych. Odkąd jednak homoseksualizm oraz inne niepospolite prywyczki stały się przepustką do politycznej kariery, trudno już mówić o normie i powadze życia publicznego. Każda potwora znalazła swojego amatora i zdarzali się (i zdarzają) szanujący się (ponoć) publicyści, którzy uzasadniali potrzebę takiej właśnie parlamentarnej reprezentacji. Patrząc z perspektywy czasu czołowy niegdyś autor happeningów sejmowych pan Andrzej Lepper bardzo się mylił, sądząc, że to właśnie z jego kadencją „Wersal się skończył”. Dziś wyczyny pana Andrzeja wioną naftaliną, nie przewidział, że znajdą się tacy, którzy potrafią przebić każde dno. Stąd też, całkiem poważnie, postuluję wprowadzenie do polskiej politologii i publicystyki terminu: bezdenność. Są bowiem tacy, którzy – w każdej kategorii – ustanawiają bezdenne standardy. Nieuctwo – od czasów pana Ryszarda Petru i kilku jego pląsających do dziś koleżanek – nie stanowi już kategorii, którą młodzież określała niegdyś obciachem. Przeciwnie, posłanka lewicy Anna Maria Żukowska pokazuje, że w tej dziedzinie tradycyjne sondy nadają się jedynie do lamusa. Dawniej mówiono, że nie ma nic bardziej żałosnego niż nieśmieszny satyryk, aktor niepotrafiący grać czy polityk niepoważny. Istnieje jednak zjawisko parlamentarne, któremu nader udanie udało się te wszystkie cechy w sobie zintegrować. Pani Klaudia Jachira – bo ją właśnie mam na myśli – udanie łączy bezdenność umysłowej żenady z brakiem jakichkolwiek talentów. I okazuje się, że taki właśnie stop nieudacznictwa można z powodzeniem serwować jako najczystszą monetę współczesnej, publicznej kariery.

Przyznam, że jej ostatni sejmowy „występ” zupełnie mnie nie zaskoczył ani nie poruszył, jest bowiem konsekwencją bezdennego stylu, który za sprawą owej pani rozpoczął się upowszechniać jako metoda wdrapywania się po drabinie politycznej kariery. Absolwentka wrocławskiej filii zacnej niegdyś Krakowskiej Szkoły Teatralnej imienia Ludwika Solskiego sprawia, że gdyby sędziwy mistrz Solski się przebudził, wyrwałby sobie nie tylko wszystkie włosy z głowy, lecz także pewnie zęby, które przecież i tak bolą, jak słucha się wypowiedzi pani Jachiry, bądź też nieopatrznie trafia się na zapis jej prezentowanych, bez zahamowań, „performance”. 

Ktoś powie: cóż, tacy ludzie istnieli zawsze. Fakt, ale czy przyjmowano ich do poważnych ugrupowań politycznych? Czy stawali się na tyle istotni, aby broniły ich takie figury politycznej gry, jak choćby Tusk Donald? Cóż, od kiedy to, co piękne, media poczęły przedstawiać jako nudne i brzydkie, to, co prawdziwe, jako skrajne i nietolerancyjne, a to, co dobre, jako naiwne i głupie, należało jedynie czekać, aż pojawią się egzemplifikacje takiej szkoły. Można dziś rzec: macie panią Jachirę… bo na nią zasłużyliście!

Bezdenność powołuje do życia coraz to mroczniejsze golemy (pani Jachirze wyjaśniam, że to tylko publicystyczna metafora, tak na wypadek, gdyby chciała zrozumieć, że ją obrażam). Nie obrażam pani Klaudii Jachiry, bo bezdenności nie da się ani obrazić, ani też precyzyjnie opisać. Kto bowiem zaręczy, że poziom, który osiągnęła, jest czymś ostatecznym?! 

Stało się jednak coś, co sprawi, że kiedyś i pani Jachira otworzy usta ze zdumienia, spostrzegając, do czego dojdą jej naśladowcy i naśladowczynie. 

 

 


Źródło:

Witold Gadowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo