Kilka myśli spod sceny

W zeszły czwartek w warszawskim klubie Niebo koncert zagrał białoruski postpunkowy zespół Petlya Pristrastiya (Pętla Uzależnienia). O tej kapeli pisałem już nie tak dawno na łamach papierowej „Gazety Polskiej”, gdy jeden z felietonów poświęciłem analizie pierwszych reakcji rokowych, niezależnych wykonawców z państw Łukaszenki i Putina na rosyjską inwazje na Białoruś. Wówczas obserwacje przyniosły raczej budujące wnioski, muzycy zachowywali się, jak trzeba.

Później doszły zresztą jeszcze bardzo mocne, antywojenne wypowiedzi zasłużonych klasyków rosyjskiego rocka, DDT i ich trochę młodszych kolegów z Nogu Svelo! Pierwsi w wypuszczonym w marcu teledysku do mającego cechy hymnu utworu „Gdie ja?” wpletli obrazy z bombardowanego Kijowa, drudzy w kilku innych klipach posunęli się na tyle daleko, że aż dziw, że w ogóle jakoś im to jeszcze uchodzi na sucho. O ile uchodzi, bo nie śledzę sprawy na tyle, by wiedzieć, czy na pewno wszyscy organizują im koncerty równie chętnie, co kilka miesięcy temu, by obok kilku starszych przebojów chóralnie śpiewać „Nazad Rasija, nazad!”. Jakoś trudno mi to sobie wyobrazić. Natomiast Białorusini z Pętli już w pierwszych dniach wojny wszystkie swoje teledyski na YT opatrzyli grafikami, wzywającymi do wsparcia Ukrainy i świadomości jej losu.

Kilka tygodni potem dowiedziałem się, że zespół, nie pierwszy zresztą raz, wybiera się do Polski. Pętla zagrała u nas trzy koncerty – w Gdańsku, Warszawie i Krakowie, mnie udało się dotrzeć na ten warszawski. O samym występie nie ma się co rozpisywać, nie jest to recenzja w dziale kulturalnym. Wystarczy wspomnieć, że zespół na scenie wypada dobrze, pewnie, lecz bez gwiazdorstwa prezentując swoją muzykę, będąca wypadkową twórczości nowszych brytyjskich zespołów w stylu White Lies i sowieckiej, pełnej poczucia beznadziei klasyki, takiej, jak Grażdanskaja Oborona. Światowo i słowiańsko zarazem, dla Polaka w sam raz.

Jednak, i na to trzeba zwrócić uwagę w kontekście społecznym czy socjologicznym, Polaków na sali nie było zbyt wielu, dominowała obecna w Warszawie diaspora białoruska, ale i ukraińska, połączona sympatią do kapeli i wspólnym, politycznym i gospodarczym wygnaniem. Zespół, na który jeszcze kilka lat temu przyszło by pewnie dwudziestu zagorzałych fanów, wypełnia spory klub i gra dla własnej publiczności, niczym Kult na wyprawie do Anglii. A ich fani czują się tu na tyle dobrze i bezpiecznie, by równocześnie potańczyć i posłuchać muzyki, i zademonstrować coś, czego w domu demonstrować im nie zawsze wolno.

To tworzy więź nie tylko między nimi samymi, ale i między nimi a miejscem, w którym się znaleźli. Nie musimy się wszyscy kochać i też nie o to tu chodzi, ale dobrze byłoby zwyczajnie tego wszystkiego nie zmarnować, gdy już skończy się wojna u jednych sąsiadów, a dyktatura u drugich.

 

 


Źródło:

​Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo