Patriotyzm jest piękna cechą i każde państwo powinno go pielęgnować – mówi portalowi niezalezna.pl profesor Janusz Odziemkowski, historyk doskonale znający nie tylko przebieg Bitwy Warszawskiej, ale również konsekwencje, gdyby nie doszło do „Cudu nad Wisłą”. - Gdybyśmy wtedy przegrali, to Polska miała być kolejna republika sowiecką.
 
Bitwa Warszawska miała fundamentalne znaczenie dla losów Polski, a także Europy. Co młode pokolenie powinno dowiedzieć się z wydarzeń tamtego okresu?

Na pewno to, że w lipcu i czerwcu roku 1920, jak rzadko kiedy, potrafiliśmy się zjednoczyć i to dało piękne owoce. Jedność w obronie własnego kraju, własnej ojczyzny. Druga kwestia, którą powinniśmy pamiętać, to że w roku 1920 r. w Bitwie Warszawskiej zdecydowała się również nasza przyszłość. Było to jedno z najważniejszych wydarzeń w dziejach najnowszej historii Polski. Bo walczyliśmy nie o granice, nie o jakąś prowincję, jedną czy drugą, ale o niepodległość i o to jakim będziemy narodem, czy w ogóle przetrwamy jako naród. Bo gdybyśmy pod Warszawą przegrali, to dzisiaj wiemy już, jakie były plany bolszewickie. Oni nie szli na żadne porozumienie. Polska miała być kolejna republiką sowiecką. I wtedy na nas, tak jak na Ukrainę, na Białoruś, spadłby cały impet bolszewickich represji, stalinowskich represji. Już wtedy byłyby likwidowane polskie elity. I to nie elity rozumiane jako intelektualiści, naukowcy. Lecz elity o bardzo szerokim pojęciu tego słowa. Czyli cała inteligencja, urzędnicy państwowi, wojskowi. Wszyscy, którzy byli groźni dla władzy bolszewickiej. Straty byłyby tak ogromne, jak w Związku Sowieckim pod władzą stalinowską. Dziś, jak się oblicza, to nawet do 20 mln ludzi mogło zginąć. Co za tym idzie, dzisiaj bylibyśmy innym narodem. Mielibyśmy o wiele dalszy dystans do rozwiniętych krajów w Europie, na świecie. Inaczej byśmy myśleli, wielu z nas byłoby Polakami zrusyfikowanymi. Bo taki był kurs w Związku Sowieckim. Wielu z nas nie żyłoby, bo nasi przodkowie zostaliby wymordowani. Czyli bylibyśmy zupełnie kimś innymi. I trzecia kwestia, to, że również Europa byłaby inna. Bo wtedy pod Warszawą decydowały się też losy Europy. Stąd stwierdzenie, że Bitwa Warszawska była 18. decydującą bitwą w dziejach świata. Dziś, kiedy spoglądamy na dokumenty bolszewickie i na to co, Rosja bolszewicka szykowała Polsce i Europie, nabiera tym głębszego sensu.
 
Dlaczego dziś niektóre środowiska, także media, nalegają na to, że nie powinno się obchodzi tego święta z takim rozmachem?
Jest taka tendencja w Europie, w imię różnie rozumianego „jednoczenia”, żeby przykrywać te rzeczy, które mogą budzi „nacjonalizm”. Tylko, czy patriotyzm jest nacjonalizmem? Nie jest. Takie stwierdzenie jest pomieszaniem pewnych pojęć. Patriotyzm jest piękna cechą i każde państwo powinno go pielęgnować. Zresztą wiele państw europejskich to robi. I nie tylko europejskich. U nas nie zawsze to wychodzi. Ja uważam, i jest to w tej chwili pogląd jednak dominujący, że ten wielki wysiłek Bitwy Warszawskiej, w ogóle wojny polsko-bolszewickiej w roku 1920, to był moment kreowania takich postaw obywatelskich, patriotycznych, ludzkich – ofiarności, bezinteresowności – które powinnyśmy przypominać. Nie jako martyrologię, ale właśnie jako coś pięknego. Coś, co potem było przypominane przez kolejne pokolenia nie po to, żeby budować nienawiść do Rosji, ale żeby w tych pięknych postawach szukać nadziei na odbudowę niepodległości. Aby przebić się wtedy, kiedy władza niszczyła właśnie takie postawy obywatelskie w czasie PRL.
 
Jak traktowano pamięć o tym zwycięstwie w czasach PRL?

Oczywiście, świętowanie zostało zabronione. Jeszcze w roku 1945 odbyły się ostatnie szczątkowe uroczystości, ale raczej święta żołnierzy. Oczywiście w ogóle nie wspominano o wojnie polsko-bolszewickiej. Nie tylko nie wolno było pisać o tej wojnie, publikować cokolwiek, ale nawet składanie kwiatów pod pomnikami żołnierzy, czy na grobach żołnierzy poległych było karane. Przecież na 15 sierpnia, podobnie jak na 11 listopada milicja chodziła po cmentarzach, wyłapywała tych, którzy ośmielili się złożyć kwiaty, czy zapalić znicz. Ossów, to miejsce, kaplica, która została zbudowana, gdzie był maleńki cmentarzyk poległej w bitwie młodzieży. Tam jest troszkę nazwisk. I przede wszystkim to było upamiętnienie tej bitwy, gdzie zahamowano najazd bolszewików na Warszawę. Wzięto to miejsce w granicy poligonu, żeby odgraniczyć, żeby nikt nie mógł tam wejść. Wyłapywano ludzi, którzy tam przemykali. Dopiero w roku 1981 po raz pierwszy władza zgodziła się, i to pod nadzorem ZOMO, żeby tam ktoś w ogóle kwiaty złożył. Chciano tę bitwę wymazać w pamięci Polaków. Bo to przecież było przeciwko Rosji sowieckiej i przeciwko nie zwyciężonej podobnie Armii Czerwonej, która nigdy klęski nie poniosła. A wtedy dostała straszne baty od wojska polskiego. I to budziło nastroje patriotyczne. Jak wtedy mówiono „nacjonalizm skierowany przeciwko ZSRS”. Dlatego nie wolno było. Karano to. Lecz historycy, którzy badali wojnę polsko-bolszewicką i Bitwę Warszawską, mogli to robić tylko do własnej szuflady. Żadne wydawnictwo nie miało prawa opublikować nic na ten temat. Natychmiast cenzura to chwytała i książka szła na przemiał. Więc nikt się nawet nie odważał czegoś takiego robić.