Skręt w lewo czy gra pozorów?

Choć Prawu i Sprawiedliwości zaszkodzić może skupienie przyszłej kampanii wyborczej na inflacji, drożyźnie i bolączkach życia codziennego, wygląda na to, że opozycja zastanawia się nad mocnym akcentowaniem spraw obyczajowych. Platforma chce w ten sposób oswajać wyborców ze swoim skrętem w lewo, a zarazem pozbawiać głosów potencjalnie najbardziej kłopotliwego koalicjanta, czyli Nową Lewicę wraz z partią Razem. Sejmowe głosowanie w sprawie aborcji miało być symbolem tego zwrotu, jest jednak również zapowiedzią kłopotów dla samej Platformy.

Zacznijmy od historii, choć nie tak znowu odległej. W 2017 r. w Sejmie w pierwszym czytaniu upadł projekt ustawy, który pod przewrotnym hasłem „Ratujmy kobiety”, miał liberalizować obowiązujące w Polsce prawo antyaborcyjne. W myśl zasady, że projekty obywatelskie dostają swoją szansę niezależnie od treści, niemal 60 posłów PiS (w tym prezes Jarosław Kaczyński) głosowało za dalszym procedowaniem. W tym samym głosowaniu nie wzięło jednak udziału ponad 30 posłów Platformy i Nowoczesnej. I to właśnie brak ich głosów zdecydował, że projekt został odrzucony już na tym etapie prac.

Lepiej się jasno nie określać

Swoją zasługę miała tu referująca propozycję w imieniu wnioskodawców Barbara Nowacka. Po jej słowach: „Żołądź to nie jest dąb, jajko to nie jest kura, a płód i zarodek, i zygota, i zlepek komórek nie jest dzieckiem” salę opuściło kilkoro posłów Nowoczesnej, w tym Kornelia Wróblewska. Młoda posłanka, którą zresztą spotkały później w internecie pewne nieprzyjemności ze strony dotychczasowych sympatyków, tłumaczyła wówczas: „Nigdy nie uznam, że trzymiesięczny płód nie jest dzieckiem, bo ja przed chwilą urodziłam dziecko. Nikt mi nie powie, że to tylko zlepek komórek”. Joanna Scheuring-Wielgus postawę kolegów skwitowała słowami, że zapisywała się do Nowoczesnej, a nie Średniowiecznej. Kilkoro jej kolegów głośno zawiesiło nawet członkostwo w partii, by później, już po cichu, je odwiesić.

Poważniej sytuacja wyglądała w Platformie, ponieważ troje jej posłów głosowało za odrzuceniem projektu w pierwszym czytaniu mimo obowiązywania dyscypliny partyjnej. W efekcie posłowie Marek Biernacki, Joanna Fabisiak i Jacek Tomczak zostali wykluczeni z PO. Dwóch posłów z tej trójki jest dziś w PSL-Koalicji Polskiej, Fabisiak finalnie uratowała swoje członkostwo w Platformie i, co warte docenienia, również w zeszłym tygodniu głosowała przeciw procedowaniu kolejnego, jeszcze mocniej luzującego przepisy projektu. Projektu, w którym nie było już mowy o „ratowaniu kobiet”, ponieważ „kobiety”, w imię najnowszych trendów na lewicy, zostały zastąpione przez „osoby w ciąży”.

Donald Tusk po powrocie do kraju w starym stylu miota się od ściany do ściany. Przez lata Platformie takie właśnie uprawianie polityki się opłacało – sprzeczne ze sobą deklaracje przy braku realnych działań w bardziej konkretnych kierunkach sprawiało, że partia nie traciła zaufania wśród elektoratu centroprawicowego i liberalnego ekonomicznie, ale też obyczajowo, wyznającego wykluczające się wartości. Każde jasne określenie się, uprawomocnione tym razem czynem, mogło prowadzić do strat.

Bo można sobie pozwolić

Wspomniane głosowanie z 2017 r. również Platformie nie pomogło, ponieważ z jednej strony straciła paru konserwatywnych polityków na rzecz PSL, a z drugiej przez nieobecność na sali wielu posłów dla skrajnej lewicy stała się dużo mniej wiarygodna. To ostatnie pobrzmiewa w wypowiedziach jej polityków do dziś. Oczywiście ta uwaga nie dotyczy Marty Lempart, która Platformę popiera zawsze i właściwie bezwarunkowo, ale ten fakt zauważają nawet jej niedawni współpracownicy, często mówiący, że aktywistka bardziej niż o prawa kobiet walczy o jedynkę na liście PO.

Tusk nie tak dawno neutralizował słowa Sławomira Nitrasa o opiłowywaniu katolików opowieściami o swoim chrześcijańskim wychowaniu i czynieniu znaku krzyża nad bochenkiem chleba. Dziś gwarantuje dostępność aborcji do 12. tygodnia, obiecuje również związki partnerskie i przegląd przepisów prawnych, dotyczących osób transpłciowych. Oczywiście Tuskowi nie chodzi tu ani o zmianę prawno-obyczajową, ani o zachowanie status quo, ponieważ te sprawy go najprawdopodobniej nie interesują. Gra idzie o pozyskanie głosów liberalnej gospodarczo i obyczajowo części elektoratu lewicy, według niektórych badań dominującej w tej grupie wyborców. Dlaczego może sobie na to pozwolić? Dlatego że wprowadzenie podobnych zmian nie będzie raczej możliwe również w przyszłym Sejmie, ponieważ nie będzie dla nich większości.

Wszystko wskazuje bowiem na to, że PiS, Konfederacja i PSL będą dysponować wspólnie taką liczbą głosów, która pozwoli na blokowanie radykalnych przemian obyczajowych, nawet jeśli w innych sprawach partie te będą po różnych stronach barykady. Jeżeli zaś plan Tuska się powiedzie na tyle dobrze, że w Sejmie w ogóle zabraknie samodzielnie startującej lewicy (na co na razie szanse są jednak niewielkie), wtedy przeforsowanie tych zmian będzie już całkowicie niemożliwe, nie będzie też jednak do niczego potrzebne.

Sprzeczne sygnały

Warto przyjrzeć się jeszcze raz ostatniemu głosowaniu. Platforma „za” była nominalnie, faktycznie kilkoro posłów obecnych na sali nie wzięło udziału w głosowaniu. To politycy frakcji konserwatywnej. Ta, jak w rozmowie z „Wprost” mówił w środę Paweł Poncyljusz, nie czuje się w żaden sposób dyskryminowana przez Tuska, który ponoć często i życzliwie rozmawia z tymi właśnie politykami. Nie słychać o karach po głosowaniu, żadne konsekwencje nie dotykają nawet odważniejszej od kolegów Fabisiak. Ważny jest sam sygnał, wysłany przez Tuska i potwierdzony przez Lempart. Konflikt wewnątrzpartyjny został odłożony na później, być może właśnie dlatego, że sam Tusk ma świadomość, iż jeszcze długo będzie mógł od niego uciekać. Dziać się będzie to kosztem wiarygodności u lewicowej obyczajowo części elektoratu, która, jeśli nie jest ślepo zakochana w Platformie, pamięta, że zawsze dotąd kończyło się na deklaracjach. Akwizycję Tuska na lewicy komplikuje dodatkowo fakt, że już po głosowaniu nad projektem, dopuszczającym aborcję do 12. tygodnia, jego partia i jej zaplecze wysłały dwa zupełnie inne i nieakceptowalne przez lewicowców, zwłaszcza młodszych i odległych od liberalizmu gospodarczego, sygnały.

Pierwszym z nich była reakcja na publikację, dotyczącą domniemanego mobbingu, jakiego wobec współpracowników dopuszczać miał się Tomasz Lis. Jakby sam mobbing nie wystarczył, towarzyszyć miały mu wypowiedzi seksistowskie i homofobiczne. Dla lewicy nie do przyjęcia, dla medialnych przyjaciół Platformy oraz jej sympatyków – blaknące przy dokonaniach Lisa dla polskiej demokracji. I tak ewentualny wyborca, zwłaszcza ten wrażliwy społecznie, zobaczył zadowoloną z siebie, a zarazem nieszanującą pracowników twarz liberała, beneficjenta polskiej transformacji ustrojowej. Lisa poparł m.in. mocno kojarzony dziś z Tuskiem Roman Giertych, a chwilę potem Tomasz Grodzki i Stanisław Gawłowski ogłosili, że w Giertychu widzą przyszłego prokuratora generalnego. Przypomnijmy, że jedną z niewielu spraw, w których były szef Młodzieży Wszechpolskiej poglądów nie zmienił, jest aborcja, ale nawet bez tego jego obecność w przyszłej koalicji jest dla lewicy nie do przyjęcia.

Skręt w lewo, deklarowany przez Tuska, jest tak cyniczny, że może okazać się nieskuteczny. Przed nami kolejne miesiące tej wewnątrzpartyjnej szarpaniny.

 

 


Źródło:

Krzysztof Karnkowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo