Czy po 1991 r., kiedy rozpadł się ZSRS, kiedy Polska rozpoczęła swój marsz ku UE i NATO, nic nam od strony wschodniej nie grozi? Odpowiedź jest jednoznaczna: nadal nie jesteśmy bezpieczni. Tak więc prometeizm Józefa Piłsudskiego jest nam wciąż potrzebny – mówi prof. ANDRZEJ NOWAK w rozmowie z dziennikarzami "Gazety Polskiej Codziennie" JAKUBEM PILARKIEM i DAWIDEM WILDSTEINEM.

Jakie są korzenie ruchu prometejskiego, tej idei, że jedyną drogą do uniezależnienia się narodów Europy Środkowo--Wschodniej od rosyjskiego imperium, jest ich wzajemna współpraca?
Wbrew obiegowym sądom ruch prometejski nie zaczął się w okresie międzywojennym. Ten ruch polityczny i intelektualny ma dużo dłuższe tradycje, sięgające XIX w. Powstał pod wpływem refleksji nad geopolitycznym położeniem ziem polskich, znajdujących się między dwoma potężnymi systemami władzy – Rzeszą Niemiecką i carską a następnie sowiecką Rosją. Przedstawiciele ruchu prometejskiego stali na stanowisku, że tylko poprzez odpowiednią organizację i współpracę narodów istniejących między tymi dwoma politycznymi kamieniami młyńskimi, zdolnymi zetrzeć pojedyncze państwa na proch, uda się zachować niepodległość Polski. Dlatego za każdym razem, gdy traciliśmy niepodległość, dążyliśmy do jej odzyskania, współpracując z innymi ofiarami imperialnej polityki wspomnianych dwóch mocarstw. Należy jednak pamiętać, że Polska była przede wszystkim ofiarą Imperium Rosyjskiego, dlatego to głównie w walce z Rosją szukaliśmy sojuszników.
Pierwszym twórcą koncepcji prometejskiej był ks. Adam Jerzy Czartoryski, największy chyba polityk polski XIX w. On pierwszy w spójny sposób przedstawił projekt współpracy nierosyjskich narodów zniewolonych przez carat przeciw jego imperialnej polityce. Czartoryski próbował prowadzić tę politykę dzięki siatce swoich agentów, rozciągającej się aż po Kaukaz. Jednak najważniejszym jego celem była Ukraina i próba nawiązania trwałej współpracy Polaków i Kozaków. To do tej inicjatywy Czartoryskiego nawiązywał Józef Piłsudski, zdając sobie sprawę, że Polska nie zabezpieczyła swojej niepodległości na trwałe. Piłsudski miał świadomość, że granica ustalona w Rydze w 1921 r. jest w istocie tylko efektem rozejmu i że Rosja prędzej czy później będzie chciała go złamać.
Piłsudski szukał więc sojuszników w celu osłabiania nowej, bolszewickiej formuły imperializmu rosyjskiego. Szukał ich wśród Tatarów krymskich, narodów kaukaskich (Gruzini, Azerowie), na Ukrainie. Działanie to wynikało z naturalnych potrzeb bezpieczeństwa państwa polskiego, wciąż zagrożonego zniewoleniem przez bolszewików.

Dzisiaj widzimy ze strony Putina próby odbudowania sowieckiej strefy wpływów, obejmującej swoim zakresem także nasze państwo. Na ile więc powinniśmy wrócić do idei ruchu prometejskiego?
Żeby odpowiedzieć sobie na pytanie, na ile idea ruchu prometejskiego jest nam dziś potrzebna, musimy wpierw zadać sobie inne pytanie. Czy po 1991 r., kiedy rozpadł się ZSRS, kiedy Polska rozpoczęła swój marsz ku UE i NATO, nic nam od strony wschodniej nie grozi? Gdybyśmy odpowiedzieli na to pytanie twierdząco, moglibyśmy powiedzieć, że cały prometeizm jest niepotrzebny, anachroniczny i pozostawić go do badania wyłącznie historykom. Ale trzeźwe przyjrzenie się sytuacji za naszą wschodnią granicą na tak optymistyczną odpowiedź nie pozwala.
Jeżeli strona rosyjska ćwiczy wspólnie z armią białoruską co dwa lata atak nuklearny na Warszawę oraz zdobycie naszej infrastruktury portowej na Wybrzeżu, to czy możemy czuć się bezpieczni obok takiego sąsiada? Czy powinniśmy bagatelizować zagrożenie ze strony sąsiada, który otwarcie w swojej propagandzie potwierdza ambicje do odbudowy utraconego imperium? Czy fakt, że elita, która rządzi dziś Rosją, wywodzi się ze służb specjalnych państwa totalitarnego, może nas uspokajać? Wreszcie – czy żyjąc na granicy z Rosją, państwem, które jest zagrożeniem dla bezpieczeństwa międzynarodowego i praw człowieka, co dostrzegają właściwie wszystkie cywilizowane kraje świata, możemy powiedzieć, że już nic nam nie grozi? Odpowiedź jest jednoznaczna: nadal nie jesteśmy bezpieczni.
Mamy więc do wyboru dwie drogi. Możemy zaakceptować sytuację, w której jesteśmy częścią strefy wpływów i dominacji państwa rosyjskiego, a tym samym machnąć ręką na budowę nowoczesnej, samodzielnej i niezależnej Polski. Jeśli jednak nie zgadzamy się na taką przyszłość, pozostaje nam jedno – musimy zabezpieczyć naszą niepodległość. Osiągniemy ten cel zarówno umacniając naszą pozycję w strukturach zachodnich UE i NATO, jak i odbudowując nasze wpływy w krajach, które powstały na terenie Europy Środkowo-Wschodniej po 1991 r. Taką politykę prowadził prezydent Lech Kaczyński. Od niej odszedł dopiero rząd Donalda Tuska, zwłaszcza minister Radosław Sikorski, który szyderczo nazywał dotychczasową strategię budowania przez Polskę pozycji międzynarodowej „anachroniczną polityką jagiellońską”. Jednak jeśli będziemy nadal lekceważyli to, co dzieje się w Tbilisi, Wilnie, na Ukrainie, jeżeli będziemy odcinali się od tych krajów i mówili, że Moskwa jest dla nas najważniejsza, to sami podporządkujemy się nieubłaganej imperialnej logice tego mocarstwa: najpierw zostaną podporządkowane mniejsze i bliższe Rosji kraje, później przyjdzie czas na pełne podporządkowanie Polski.

Cały tekst ukazał się w najnowszym numerze "Gazety Polskiej Codziennie"