„Dopóki będzie konieczność, będziemy pomagać”. Klubowicz "GP" przyjął 49 uchodźców z Ukrainy

Jedno jest pewne, dopóki będzie taka konieczność i dopóki będziemy mogli im pomagać, to będziemy to robić, a jak to się wszystko dalej potoczy, to nie wiemy. Nie daj Boże, żeby to się przeniosło do Polski – mówi portalowi Niezalezna.pl przedsiębiorca, który wraz z żoną przyjął pod swój dach 49 uchodźców z ogarniętej wojną Ukrainy. To Winicjusz Sokół, pracownik Strefy Wolnego Słowa (Poland Daily) i wieloletni klubowicz "Gazety Polskiej" (klub GP Braniewo).

zdjęcie ilustracyjne
Arkadiusz Ławrywianiec/Gazeta Polska

Brutalna rosyjska agresja na Ukrainie wywołała ogromną falę uchodźczą, skierowaną głównie w kierunku Polski. Jak informuje Straż Graniczna, od początku konfliktu (24 lutego br.) granice naszego kraju przekroczyło 4,38 mln Ukraińców, wśród których ogromna większość, to kobiety i dzieci. Są wśród nich także osoby starsze (mężczyźni pow. 65 roku życia) oraz ci, którzy z różnych przyczyn (na ogół zdrowotnych) są zwolnieni z obowiązku obrony kraju. 

Uchodźcy zostali przyjęci przez Polaków w sposób szczególny. W obliczu straszliwej tragedii rozgrywającej się tuż „za miedzą”, naszym rodakom nie zabrakło determinacji, zrozumienia, a także bezinteresownego poświęcenia. Tysiące wolontariuszy działających na rzecz przeróżnych fundacji i stowarzyszeń ruszyło na granicę i do ośrodków recepcyjnych, gdzie nieśli (i do dziś niosą) pomoc uchodźcom. Drzwi wielu polskich domów otworzyły się dla utrudzonych wojną kobiet z dziećmi i nikt nie pytał „za ile?” lub „co z tego będę miał?”. 

Jednym z miejsc, gdzie schronili się wojenni uchodźcy jest położony w nadmorskim Jantarze ośrodek wypoczynkowy „Vintage Camp”, którego właścicielami są Anna Sydor-Sokół i Winicjusz Sokół.

Pomoc zaczęła się od przyjęcia pod dach 19 osób, ale obecnie w ośrodku przebywa ich już 49. Winicjusz Sokół w rozmowie z niezalezna.pl przyznaje, że liczba podopiecznych zwiększyła się w ostatnich dniach czerwca.

Pytany o przyczyny podjęcia decyzji o przyjęciu ukraińskich uchodźców, Sokół przyznał, że myśl o pomocy tym ludziom „chodziła im po głowie” od początku rosyjskiej agresji, ale ostatecznie przeważyła inicjatywa jego żony. – Prowadzimy działalność gospodarczą i w ramach tej działalności wynajmujemy pokoje w Jantarze nad morzem. Kumulacja obłożenia przypada na lipiec i sierpień, ale zaczynamy już pod koniec maja. Moja żona wymyśliła, że skoro dysponujemy takimi pokojami, to musimy tym ludziom pomóc – opowiada nam przedsiębiorca.

Podkreślił, że jego żona Anna wcześniej była wolontariuszem w jednej z gdańskich fundacji działającej na rzecz uchodźców.

- Od razu jak zaczęła się ta wojna, żona, z racji, że zna język angielski oraz ukraiński pomagała w tej fundacji w tłumaczeniach i utrzymywała kontakt z tymi ludźmi. Gdzieś w rozmowach wyszło, że mamy taką nieruchomość i przez dłuższy czas nikt się nie odzywał, aż w końcu zapytali się, czy nie moglibyśmy przyjąć (uchodźców). Żona zgodziła się i tak to się zaczęło

– relacjonuje nasz rozmówca.

Winicjusz Sokół przyznaje, że dotychczas on i jego żona ponoszą wszystkie koszty związane z pobytem uchodźców w ośrodku, bo z uwagi na brak czasu nie dopełnili jeszcze formalności związanych z gwarantowaną przez rząd refundacją.

- Na razie to nas kosztuje, a do kiedy ci ludzie będą u nas - nie wiemy. Jeśli chodzi o koszty, to jest trochę zawirowań, gmina troszkę opornie tam działa. Zwróciłem się do biura wojewody i wydaje mi się, że jesteśmy na dobrej drodze, bo otrzymałem wszelkie informacje jak to powinno wyglądać. Próbuję teraz dopinać te formalności w gminie. Ale na razie sobie radzimy i dajemy radę

– zapewnia.

Wspominając pierwsze dni pobytu Ukraińców w ośrodku podkreślał, że przyjeżdżali oni z tym co mieli, „a mieli prawie nic, tylko to, co na sobie”. - Był taki śmieszny epizod, kiedy przyjechałem któregoś dnia i zobaczyłem jak mój polar po podwórku biega na kobiecie dużo mniejszej ode mnie – opowiada nam przedsiębiorca. 

- W maju nad morzem było jeszcze dość zimno, więc musieliśmy ich jakoś poubierać. Szukaliśmy różnych możliwości; pooddawaliśmy część swoich rzeczy, część gdzieś tam pozałatwialiśmy, coś tam się dokupiło i tak powoli, powoli się u nas zadomowili. Myślę, że teraz sobie mieszkają jak u siebie w domu, bo każdy ma swój pokój, ma małą łazieneczkę, telewizor i lodówkę, a oprócz tego mają taką ogólną kuchnię, w której sobie gotują. My im dostarczamy produkty, a czasami też jak jesteśmy w weekendy im coś ugotujemy, ale generalnie sami się muszą ogarniać

– wyjaśnia.

Przyznaje, że wśród „wojennych gości” są ludzie z różnych stron, m.in. z Chersonia i Mariupola. - Ci, którzy niedawno dojechali z Mariupola, to rodzina czteroosobowa, która nie zamierza już wracać na Ukrainę, bo nie ma do czego. Ich miejsce zamieszkania całkowicie zniknęło z mapy; wszystko jest zburzone, spalone i oni nie mają dokąd wracać. 8-osobowa rodzina z Chersonia chciałaby wrócić, bo to są ludzie z terenów wiejskich, którzy posiadali swoje gospodarstwo i bardzo mocno są przywiązani do swojej ziemi, ale na razie jednak nie wiedzą, jak to zrobić – tłumaczy.

- Jak z nimi rozmawiamy, to widać, że oni w większości nie mają na razie planów na powrót, bo wszystko to jest uzależnione od tego jak będzie się układać sytuacja na Ukrainie. Trudno przecież mówić o powrocie w tamtą część Ukrainy, gdzie w tej chwili trwają działania wojenne, bo to ogromne ryzyko

– mówi.

„Spośród tych, którzy do nas przyjechali, cztery osoby zdecydowały się na powrót na Ukrainę, a 4 osoby pojechały gdzieś na Śląsk, bo ktoś pomógł im załatwić pracę” – dodaje.

Sokół podkreślił, że uchodźcy naznaczeni są poprzez dramatyczne wydarzenia, których byli świadkami na Ukrainie. - Mówili nam o dantejskich scenach, jak np. Rosjanie blokowali kolumnę cywilnych samochodów i oświetlali ją, a następnie strzelali z moździerzy – opowiadał nasz rozmówca, dodając, że największe ślady traumy widoczne są wśród najmłodszych.

- Kiedy helikopter polskiej Straży Granicznej patroluje morską granicę, to dzieci w panice uciekają do domu. Widać ten strach, tę traumę w tych dzieciach, ale próbujemy z nimi się integrować, rozmawiać, pomagać, tak, że na tyle ile możemy i na ile jesteśmy zdolni, pomagamy im

– zapewnił.

Nasz rozmówca zaznaczył, że wraz z żoną starają się pomagać uchodźcom także w znalezieniu pracy. - Chodzi głównie o pracę tu, na miejscu, bo w sezonie jest zawsze łatwiej. Kilka osób od nas pracuje już w Jantarze; młode dziewczyny sprzedają lody i jakieś art. spożywcze, a starsze panie pomagają w gastronomii i jakoś powolutku się zagospodarowują – tłumaczył.

Winicjusz Sokół przyznał, że wśród uchodźców znajdujących schronienie w jego (i żony) ośrodku są prawie wyłącznie młode kobiety z dziećmi oraz osoby starsze. - Jest jedno małżeństwo z czwórką dzieci i zadałem temu mężczyźnie pytanie, dlaczego nie jest na wojnie. Oznajmił mi, że jeśli mężczyzna ma pod opieką więcej niż troje dzieci, jest zgodnie z prawem zwolniony z obowiązku służby wojskowej. Ten człowiek próbuje dorywczo pracować. Jest też jeden starszy pan, który dojechał do swojej żony, ale generalnie mamy w ośrodku same kobiety i dzieci – wyjaśniał.

- Jedno jest pewne, dopóki będzie taka konieczność i dopóki będziemy mogli im pomagać, to będziemy to robić, a jak to się wszystko dalej potoczy, to nie wiemy. Nie daj Boże, żeby to się przeniosło do Polski

– podsumowuje przedsiębiorca.

 

 


Źródło: niezalezna.pl

##Ukraina

po
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo