Strzelać gole dla dyktatora

Trener reprezentacji Polski Czesław Michniewicz zakończył sprawę Macieja Rybusa. „Selekcjoner poinformował zawodnika, że w związku z aktualną sytuacją klubową nie powoła go na wrześniowe zgrupowanie reprezentacji oraz nie będzie brał pod uwagę przy ustalaniu składu kadry, która pojedzie na mistrzostwa świata w Katarze” – czytamy w komunikacie PZPN. To jedyne możliwe rozwiązanie.

Przypomnijmy, że Rybus podpisał dwuletni kontrakt ze Spartakiem Moskwa, do którego przeszedł z Lokomotiwu Moskwa. Inni polscy zawodnicy grający w Rosji po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji rosyjskiej na Ukrainę zaczęli od razu szukać klubów w innych krajach. Rybus postanowił zostać w Rosji, gdzie ma żonę pochodzącą z Osetii.

Klub Łukoilu, któremu kibicuje Ławrow

W kuriozalny sposób decyzję Rybusa tłumaczył jego menedżer Mariusz Piekarski. Nie ma sensu teraz przytaczać go tu dosłownie, bo wycofał się ze swoich słów, przeprosił i nawet zawiesił konto na portalu społecznościowym. Tymczasem portal piłkarski Weszlo.com wyciągnął mu, że robił interesy na rynku rosyjskim, w tym z oligarchami Putina i klubami należącymi do osławionego czeczeńskiego zbrodniarza z nadania Putina, Ramzana Kadyrowa. Przez lata Piekarski był wręcz z tego dumny i brylował w mediach, opowiadając o tym, jak świetnym rynkiem jest rynek rosyjski. Dziś niszczy to wizerunek jego i piłkarza.
Chodzi nie tylko o to, że Rybus wciąż występuje w Rosji, lecz także o to, że gra dla upolitycznionego, reżimowego klubu. Spartak Moskwa w czasach ZSRS uchodził za klub robotniczy, niepowiązany z bezpieką ani wojskiem. Mówiło się, że to ulubiony klub tych, którzy byli inwigilowani, przeznaczeni do rozstrzelania, zsyłani do łagru, a Dynamo Moskwa czy CSKA Moskwa to ulubione kluby tych, którzy inwigilowali, mordowali i zsyłali do łagru. Rzeczywiście, w czasach stalinowskich najlepsi piłkarze Spartaka zostali zesłani do łagru, bo miłośnik futbolu, sowiecki kat Ławrentij Beria, patron podlegających NKWD Dynama Moskwa i Dynama Tbilisi, nie mógł pogodzić się z ich porażkami ze Spartakiem. W późniejszych czasach kibice Spartaka uchodzili też za bardziej niechętnych władzy niż fani innych klubów. Tutaj jednak zastrzeżenie – nie stawiali żadnego oporu. Po prostu było poczucie, że Spartak to klub społeczeństwa. Z tego powodu opozycyjni moskiewscy inteligenci kibicowali temu zespołowi. Ale bez przesady – klub miał też wielu partyjnych sympatyków.

To jednak odległa przeszłość. Dziś Spartak to klub należący do koncernu naftowego Łukoil, którego prezesem jest jeden z najbogatszych oligarchów, zaufany człowiek Putina, Wagit Alekperow. Wraz z ulubionym klubem Putina Zenitem Sankt Petersburg, CSKA Moskwa, Dynamem Moskwa, Spartak należy do czwórki najbogatszych klubów rosyjskich wspieranych obficie państwowymi pieniędzmi po to, by dać mieszkańcom największych miast Rosji igrzyska, wyprać brudne pieniądze, wywierać wpływ na świecie przez sport, a także ocieplać wizerunek Rosji w Europie (kluby te jeszcze do niedawna dochodziły daleko w rywalizacji w europejskich pucharach, a nawet zdobywały trofea). Gadanie, że sport nie ma nic wspólnego z polityką, to brednie. Zwłaszcza gdy mówimy o Rosji.

Spartak jest też ulubionym klubem jednego z najważniejszych i najbardziej nienawistnych „kremlinów” – ministra spraw zagranicznych Siergieja Ławrowa. Być może ta miłość została mu z czasów, gdy Ławrow, zaczynając karierę w dyplomacji, pozował jeszcze na niezależnego i wyluzowanego Rosjanina nowych czasów.

Gra dla nazistów, gra dla raszystów

Pisałem już nieraz na tych łamach, że dzisiejsza Rosja to kombinacja komunizmu, nazizmu i kultu mamony. Ukraińcy nadali systemowi panującemu w Rosji poręczną nazwę „raszyzm”. Zbrodnie popełniane przez raszystów i ich propagandę niejednokrotnie da się porównać do zbrodni nazistowskich Niemiec. Ktoś może powiedzieć, że reżim rosyjski wymordował dużo mniej ludzi niż Hitler, nie wywołał też (jeszcze?) wojny światowej, ale jest jasne, że gdyby mógł, dokonałby zbrodni na taką samą skalę jak Hitler i Stalin, i zaatakował nie tylko Ukrainę. Przecież kremlowscy propagandyści sami mówią publicznie o konieczności wymordowania kilku milionów Ukraińców oraz nieskonkretyzowanej jeszcze liczby przedstawicieli innych narodów, w tym Polaków. Zresztą tam, gdzie mógł, reżim putinowski wymordował już łącznie (bezpośrednio lub za pośrednictwem swoich kolaborantów) setki tysięcy, jeśli nie miliony, Ukraińców, Czeczenów, Syryjczyków, Gruzinów, Mołdawian, Azerów, Białorusinów. Wiele z tych zbrodni nosi znamiona ludobójstwa.
Dlatego moim zdaniem sportowców występujących w rosyjskich klubach, zwłaszcza państwowych, należy traktować tak samo jak traktowano polskich piłkarzy, którzy z powodu niemieckiego pochodzenia grali w czasie II wojny światowej dla klubów niemieckich, a nawet reprezentacji. W tym kontekście przypominają się takie nazwiska, jak Ernest Wilimowski czy Fryderyk Scherfke. Obaj reprezentanci Polski. Ten pierwszy grał przed wojną dla Ruchu Hajduki Wielkie, ten drugi dla Warty Poznań.

Wilimowski i Scherfke, przedstawiani byli w PRL jako najgorsi zdrajcy albo w ogóle przemilczani. Do końca życia mieszkali w RFN. Potem, po upadku komuny, zaczął pojawiać się nieco zniuansowany ich obraz, na przykład, że Scherfke pomagał prześladowanym Polakom z Wielkopolski, a Wilimowski próbował przeżyć i pomóc rodzinie, poza tym nic złego nie wyrządził Polakom, nie był też żadnym nazistą, czuł się Polakiem. Wybaczyć, zrozumieć uwarunkowania, uwikłania to normalna rzecz, bardzo polska i chrześcijańska. Jednak fakt jest faktem, że granie dla nazistów to, delikatnie mówiąc, plama na życiorysie. Choć trzeba też pamiętać, że Wilimowski ani Scherfke nie mogli po prostu wrócić do swojego domu, żeby nie grać dla nazistów. Rybus mógł to zrobić, żeby nie grać dla raszystów. Zresztą mógł wybrać klub w innym kraju, nie tylko w Polsce.

Kwestia wyboru

Ktoś może powiedzieć: a co ze sportowcami, którzy grali dla drugiego, sowieckiego okupanta? Zarówno w latach 1939–1941, jak i po II wojnie światowej? To czasami najwybitniejsze nazwiska jak Kazimierz Górski, który grał w, nomen omen, Spartaku (Lwów). Podobnie jak w wypadku Wilimowskiego i Scherfke – trzeba pamiętać, że ich sytuacja była bardzo trudna, oni byli bardzo młodzi i nie mogli po prostu wyjechać. Oczywiście jednak to również jest plama na życiorysie. Jeśli chodzi o drugą okupację, po 1945 r., to albo można było pójść do lasu i prowadzić honorową, ale beznadziejną walkę z reżimem promoskiewskim zainstalowanym w Polsce, albo udać się na emigrację zewnętrzną lub wewnętrzną, albo robić swoje, w tym wypadku być jak najlepszym sportowcem, żeby dostarczyć umęczonym przez totalitaryzm Polakom trochę radości (opozycja pojawiła się dopiero wiele lat później).

Problem pojawiał się, gdy ktoś aktywnie wspierał władzę w zamian za jakieś apanaże, najgorzej jeśli kosztem kolegów i innych ludzi ze środowiska sportowego (np. na nich donosząc, a były takie przykłady). Decyzja Rybusa dziś jawi się jeszcze gorzej niż te podejmowane przez Wilimowskiego, Scherfke i Górskiego. On ma większe pole manewru, jest wolnym człowiekiem. Chyba że czegoś jeszcze nie wiemy i wcale nie jest wolny. To jednak już sfera czystych spekulacji i domysłów. Mam nadzieję, że w przyszłości dowiemy się więcej o kulisach tej sprawy, podobnie jak w ogóle o kulisach Rosji i obecnej wojny.

Na razie jednak decyzję Czesława Michniewicza należy uznać za ze wszech miar słuszną.

 


Źródło:

#Gazeta Polska Codziennie

Marcin Herman
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo