Elegia o Dworcu Głównym

Fotografik Czesław Czapliński przypomniał nam Dworzec Główny w Warszawie. Od lat w tym budynku mieści się Muzeum Kolejnictwa.

Fotografik Czesław Czapliński przypomniał nam Dworzec Główny w Warszawie. Od lat w tym budynku mieści się Muzeum Kolejnictwa.

Stała ekspozycja miniaturowych modeli dawnych pociągów osobowych i towarowych, parowozów i lokomotyw. Ściany ozdobione czarno-białymi zdjęciami dokumentującymi historię powojennego Dworca Głównego. Czesław Czapliński przedstawił nad nimi cykl kolorowych fotografii największego nowojorskiego dworca kolei żelaznej – New York Central Station. Jedno nałożyło się na drugie. Uderzający kontrast. Potężny gmach tamtego dworca w zestawieniu z naszym prowizorycznym, przypominającym barak, magazyn. Tam przestronna hala, kolumny, plafony, marmurowe posadzki, gwiazdozbiór kosmosu zdobi sufit kopuły, rozmach, estetyka, precyzja detali, wytworna restauracja – Oysters Restaurant, panie i panowie w strojach wieczorowych. Nie dworzec to, ale pałac imponujący ogromem i wykwintem. Liczy sobie sto lat. Jak na Amerykę to starożytność. I trzyma się tak solidnie, ciągle służy ludziom.
 
Wystarczy przymknąć oczy
 
Wizyta na tej oryginalnej zderzającej dwa dworce wystawie skłania do przypomnienia mocno już zatartej przeszłości naszego Dworca Głównego, który po wojnie wśród ruin zburzonego miasta był jedynym dworcem lewobrzeżnej Warszawy. Przedtem spełniał jedynie funkcję towarową, przeładunek i załadunek pociągów towarowych. W wyniku zburzenia dworca pasażerskiego u zbiegu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej stał się najważniejszym węzłem komunikacyjnym stolicy. Wystarczy przymknąć oczy, żeby to, co było, zaczęło się przedzierać przez całun niepamięci. Mały plac przed dworcowym budynkiem pełen zabieganych ludzi. Tłum na peronach. Gwizd lokomotywy, nadjeżdża pociąg. Ludzie szturmem zdobywają wagony. Wpychają się drzwiami, oknami, stoją na stopniach, wdrapują się na dach.
 
Wieloletnia prowizorka
 
Warszawa czasu powojennego to nieustająca wędrówka ludności. Przybywali z niemieckich obozów i sowieckich łagrów. Ze Wschodu i Zachodu. Odziani w pasiaki, szynele, battle-dresy, kufajki, waciaki. Zarośnięci, wynędzniali, z tobołkami i plecakami. Wysypywali się z wagonów i stawiali pierwsze, niepewne kroki w swoim mieście po latach poniewierki, niewoli, krwawych walk w obcych, dalekich stronach. Dworzec Główny dniem i nocą pulsował mrówczym ruchem. Ciżba oblegająca kasy, śpiący pokotem na podłodze. Przyjazdy i odjazdy pociągów były często wielką niewiadomą. Spotkania, pożegnania. Jedni przyjeżdżali, inni odjeżdżali. Ostatni całus przesłany z okna wagonu. Padają sobie w ramiona po latach rozłąki. Restauracja dworcowa czynna całą dobę, z krótką przerwą na sprzątanie. Huczne popijawy przy zastawionych stołach. Wznoszą toasty ci z powstania i ci od Andersa, Maczka. Są też ci od Berlinga. Zdarzały się obławy, pogoń. Wyłuskują kogoś z tłumu. Ciągną do czarnej ubeckiej cytryny. Z Zachodu szły składy kolejowe wojennego łupu, z Niemiec.
 
Kradzieże i włamania do zaplombowanych wagonów. Kwitł czarny rynek. Szemrane towarzycho opija udany interes. Nocą słyszało się serie z pepeszy, okrzyki po polsku i po rosyjsku. Na placu przed dworcem dorożki i ciężarówki z wojskowego demobilu służące jako dosyć powszechny środek komunikacji miejskiej i to zawołanie: „Jeszcze dwie damy i odjeżdżamy! ". Stragany i prowizoryczne knajpki w gruzach ulicy Towarowej. Oto obraz dworca i jego okolic w tamtych latach. Sprawiał wrażenie prowizorki istniejącej tymczasowo i tak trwał latami.
 
Dworcowe misterium
 
Rozlegał się charakterystyczny gwizd lokomotywy i pociąg spowity kłębami pary wjeżdżał pomiędzy perony. Dla wchodzących w życie młodych ludzi był to głos i obraz z dalekiego, nieznanego świata. Pobudzał wyobraźnię do wyimaginowanych podróży. Misterium dworcowe przyciągało, stwarzając pozory wolności. Rzeczywistość ówczesna nie dawała szans dalekich podróży. Granice najeżone zasiekami, przedzielone pasami ziemi niczyjej, strzeżone dniem i nocą. Świat był podzielony i wobec siebie wrogi. Toteż szczególny dreszcz emocji wzbudzał widok luksusowego ekspresu Moskwa–Paryż, który wieczorową porą zatrzymywał się na Dworcu Głównym. Sypialne wagony, zielone kotary w oknach, napisy w obcych językach, konduktorzy niby oficerowie w galowych uniformach. Niewielu pasażerów wsiadało i wysiadało do z tego dalekobieżnego pociągu. Staliśmy i patrzyliśmy. Sygnał odjazdu. Cielsko lokomotywy drży i dygocze. Para wzbija się na kształt obłoków. Pociąg się oddala. Maleją w ciemności światełka. Zanikają.
 
Był pewien gość, nazywał się Jary, przed wojną jego rodzice mieli modną w Warszawie kawiarnię pod nazwą Swan. Po wojnie Swan nigdy już się nie odrodził. A on, syn właścicieli, został kelnerem w dworcowej restauracji i ilekroć zatrzymywał się ekspres Moskwa–Paryż, wybiegał na peron i patrzył. Nieruchoma sylwetka skąpo oświetlona latarnią. Wrzask z otwartego okna restauracji: „Jary, kurwa, gdzie jesteś", budził go z letargu. Odchodził powolnie.
 
Czarna peleryna
 
Noc dworcowa miała moc przyciągania osobliwych ludzi. Jak ćmy do lampy, tak oni dążyli do tego miejsca. Bezdomni, włóczędzy, wariaci, uliczne dziewczyny, uciekinierzy z aresztu, zakładów poprawczych. W ciemnych zakamarkach w pobliżu bagażowni i szaletów układali się do snu. Byli czujni jak dzikie zwierzęta i stukot podkutych butów milicyjnego patrolu czy straży kolejowej budził ich natychmiast. Czmychali w jeszcze ciemniejsze kąty. Na nas, młodych wędrowców odkrywających narkotyczny czar dworca, największe wrażenie budził chudy starzec o pergaminowej, żółtawej twarzy, z oczyma schowanymi w ciężkich, sinych powiekach. Okrywał się czarną peleryną, spod wygniecionego kapelusza o szerokim rondzie opadały mu na plecy rzadkie długie pasma siwych włosów. Wyglądał jak postać z powieści o artystycznej bohemie dziewiętnastowiecznego Paryża. Pojawiał się tylko nocą. Człapał bardzo powoli, poły czarnej peleryny rozpościerały się jak skrzydła ptaka. Zaglądał w najciemniejsze kąty. Wdawał się w szepty z prostytutkami. Niejeden z mojego pokolenia go zapamiętał. Nigdy nie dowiedzieliśmy się o nim nic bliższego. Noc na dworcu miała swoje fazy. Wieczornego gwaru i pośpiechu, otępiałej senności po północy i znacznego ożywienia szarym przedświtem, kiedy to z nocnych knajp schodzili się niedopici hulacy. Alkohol był w dworcowej restauracji dostępny w każdej postaci.
 
Przyszło nowe
 
Zmieniło się miasto. Wybudowano nowe dworce, już nie takie, jak ten Dworzec Główny, który zakończył swój żywot u schyłku lat sześćdziesiątych. Wegetowała jeszcze tylko jedna podmiejska linia. Choć i one, te późniejsze dworce przechowują w swoich zakamarkach podobną atmosferę. Gromadzą nie tylko podróżnych, ale i specyficzny ludek snujący się po poczekalniach, korytarzach, peronach. A zapach dworcowy pozostał taki sam, zatęchła gnilna woń. Tyle skojarzeń z okazji wystawy pierwszych pociągów i fotografii starych dworców kolejowych kontrastowo zestawionych z kolorowymi fotosami nowojorskiego dworca autorstwa Czesława Czaplińskiego. Stałem przy dawnych peronach. Pozostał tu jeszcze stary pociąg, kilkanaście wagonów, wśród nich tak zwana salonka, którą podróżowali w PRL-u najwyżsi dostojnicy w państwie. Perspektywa torów ginie w zaroślach. Szyny prowadzą donikąd. Przestały służyć pociągom. Parowozów węglowych już nie ma. Nie usłyszymy gwizdu lokomotywy, nie zamigocze czerwonym ogniem palenisko, i nie pokażą się kłęby gęstej pary zasnuwającej baśniowy świat podróży w nieznane.
 

 

 



Źródło:

Marek Nowakowski
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...



Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo