Ukraina – gdzie to jest?

Tym pytaniem zareagował Josif Brodski, gdy w kuluarach sympozjum na Uniwersytecie Rutgersa w USA przedstawiono mu pisarkę z Ukrainy Oksanę Zabużko przebywającą tu na stypendium. Był rok 1992. Można by to uznać za ekscentryczne zachowanie artysty, który uważa, że musi szokować, by nie stracić audytorium, gdyby nie fakt, że Brodski jest również autorem antyukraińskiego wiersza „Na niepodległość Ukrainy” (z 1992 r.).

Zagadka niespodziewanego szyderstwa, wypowiedzianego z rozkosznym uśmiechem lwa literackich salonów, to także część szerszego zjawiska, jakim było na Zachodzie, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, otaczanie swoistym nimbem bohaterstwa i niezwykłości twórców, którym udało się wydostać z sowieckiej Rosji.

Oksana Zabużko nie waha się kpić z kultu amerykańskich studentów i rusycystów wobec artystów i naukowców, którzy opuścili sowiecki raj. „Wszyscy ci »uczniowie Brodskiego« (…) robili dziwne i niezupełnie zdrowe wrażenie (…), na dźwięk pewnych nazwisk popadali w stan nabożnej ekstazy, całym jestestwem tęsknili za długimi literackimi rozmowami, takimi jak w kuchniach radzieckich inteligentów, dlatego, kiedy otrzymywali w prezencie bodaj jedną taką posiadówkę, przyklejali się do człowieka na wieki i pozbyć się ich już nie było sposobu, jednym słowem zamieniali się w typowych »nieszczęśliwych wędrowców« wygnanych z raju, którego nie widzieli z bliska”.

Sympatyczny obywatel wschodniego imperium

Przykładem podobnej fascynacji może być film Spielberga „Terminal” z 2004 r., którego bohater, półdziki przybysz z Europy Wschodniej (najprawdopodobniej z Rosji), grany przez Toma Hanksa, przebudowuje własnymi rękami nowojorskie lotnisko, na którym zmuszony jest koczować z powodu braku wizy. Jego szalona inwencja, techniczna sprawność i niekonwencjonalne zachowania („świeżość”!) udowadniają, że mieszkańcy imperium to w istocie przesympatyczni naturszczycy, prości i szlachetni, a w ogóle – jedyni ludzie normalni i wolni w zwariowanym świecie. Mają nie tylko łeb nie od parady, działają przeciw schematom, ale posiadają też właściwy stosunek do zachodniej cywilizacji, traktując ją jak kupę złomu.
Nazwisko bohatera filmu – Viktor Navorski – nie tylko brzmi podobnie jak Josif Brodski; jego nosiciel jest w istocie kimś podobnym do rosyjskiego noblisty. Brodski był samoukiem, nie skończył żadnej szkoły, imał się najróżniejszych, głównie fizycznych prac (był m.in. palaczem, pracował w prosektorium), żeby przeżyć. Navorski niszczy, rąbie i pali elementy hali terminala lotniczego – bo musi tu przeżyć.

Kontakt z wielką rosyjską kulturą

Brodski w czasie swojego pobytu w USA z rozmysłem kontestował główną zasadę amerykańskiej etykiety: być „nice” (miłym dla wszystkich). „Brodski nie był »nice« (…) na przykład dla organizatorów konferencji”, wspomina pisarka, „na którą mógł spóźnić się o godzinę albo i o dzień, nie uważając za właściwe choćby się wytłumaczyć, czy dla publiczności na wieczorze autorskim, do której mógł wyjść, chwilę pomilczeć, po czym bez słowa wstać i odejść (…), czy wreszcie dla własnych studentów, którym na pierwszych zajęciach obwieszczał, że są głupimi amerykańskimi durniami i bałwanami, nie mają pojęcia o literaturze, po czym lista zapisanych na kurs spadała z osiemdziesięciu do siedmiu czy ośmiu męczenników masochistów, gotowych znieść każde poniżenie, byle tylko dostąpić zaszczytu skosztowania wielkiej rosyjskiej kultury z pierwszej ręki – i wielka rosyjska kultura w osobie nowego Joe w czysto totalitarny sposób przez semestr lub dwa zadeptywała resztki godności studentów, przyłączając ich w zamian do wysokiej ezoterycznej nauki czczenia kultu świętej Anny, świętego Borysa, świętej Maryny i świętego Osypa”. (Trzeba dodać, że podobnego kultu nigdy nie doświadczyli np. polscy czy ukraińscy artyści na emigracji).

Brodski sam nie był wolny od masochizmu. Na przekór własnej biografii – w 1972 r. wyrzucono go z kraju, odebrano obywatelstwo jako „pasożytowi” – złożył hołd Rosji w jednym z ostatnich swoich wierszy, owej „antyukraińskiej antyodzie”.

W ZSRS nękano go procesami, był aresztowany, zamykany w psychuszkach, zsyłany. Autor „Wielkiej elegii dla Johna Donne’a”, stary wyjadacz literatury światowej, zadomowiony w niej niczym liszka w jabłku, eseista i tłumacz, jeszcze mieszkając w Rosji zdobył sławę międzynarodową. Wrzawa, jaką podniesiono po jego aresztowaniu, spowodowała, że zesłanie do sowchozu pod Archangielskiem skrócono do kilku miesięcy. Na Zachodzie uzyskał szybko status jednego z największych poetów stulecia, Nagrodę Nobla (za rok 1987) i stanowisko profesora literatury prestiżowych amerykańskich uczelni.

Kochać młodszego brata miłością Piotra I

Tym bardziej niesmak budzi jego stosunek nie tylko do dziedzictwa kulturowego, ale i politycznego Rosji, jaki ujawnił w swoim wierszu, przeciwstawiając uroczyście „strofom Aleksandra [Puszkina]” „brednie Tarasa [Szewczenki]”. Wiersz „Na niepodległość Ukrainy” niechcący przywołuje dzisiejszą fascynację historią imperium obecnego władcy Rosji. To w historii współcześni rosyjscy poeci i politycy poszukują inspiracji dla swoich uczuć i działań wobec kraju sąsiadów, który ośmiela się podnosić głowę.
„(…) Żegnajcie, chachły, razem żyliśmy – i z oczu!
Splunąć by w Dniepr, być może jeszcze się wstecz potoczy.
Brzydzicie się godnie nami, znudzeni, znużeni swą męką,
Rozłączonymi węgłami, wielowiekową udręką.

Źle nas nie wspominajcie, waszego chleba, nieba
Nam, gdy stłoczycie makuchy, fałszywego nie trzeba.
Nie ma co krwi psuć czy rwać na piersi koszuli,
Skończyła się, widać, miłość, jeśliście ją czuli.
(…)”.

To jeden z najmniej brutalnych – i najmniej knajackich – fragmentów wiersza „Na niepodległość Ukrainy”. O jaką miłość chodzi? Właśnie o taką, o jakiej wspomina, ironizując, Oksana Zabużko (za Jurijem Szewelowem): „Piotr I kochał nas, kiedy palił Baturyn, a Katarzyna II, kiedy niszczyła Hetmańszczyznę i Sicz”.

Skąd jednak u Brodskiego, piewcy twórców postkolonialnych jak Derek Walcott, tak zjadliwa ironia, skąd pogarda wobec narodu sąsiadów, kojarząca się bynajmniej nie ze wzlotem ducha, lecz z czymś niskim, ciasnym i niezdrowym?

Kompleks rosyjskiego intelektualisty

Wyśmiewając przaśność ukraińskiego życia, insynuując prymitywizm kultury „chachłów”, objawił się jako klasyczny Wielkorus ukrywający się za maską dysydenta.

„Niczym, naprawdę niczym innym, mimo całej możliwej akrobatyki zwojów myślowych, nie da się wytłumaczyć tych absolutnie irracjonalnych napadów agresji – pisała Oksana Zabużko – to po prostu reakcja wzburzonych białek, którą prowokuje, jak się zdaje, w najbardziej inteligenckich i wyrozumiałych rosyjskich intelektualistach samo tylko niewinne brzmienie ukraińskiego języka; (…)  natychmiast słyszysz pogardliwy ton przedrzeźniania, a tak naprawdę obrzydzenia, przepełniony żółcią ton całego masywu rosyjskiej kultury, od etnicznych dowcipów w eterze do niewielkiej, w szwajcarskim rozmiarze armii stereotypowych powieściowo-kinowych żłobów w wyszywanych koszulach…”.

Niewątpliwie kompleks Rosjan wobec Ukrainy, obrażona imperialna miłość, sąsiaduje u Brodskiego z nadzwyczajną łatwością manipulowania historią, o czym przypomina tłumacz wiersza Leszek Szaruga. Jeżeli historia potwierdza, iż Kijów jest „kolebką miast ruskich”, to nie oznacza, że można go uważać za źródło rosyjskiej cywilizacji, bo „ruski” i „rosyjski” nie są tożsame. Szaruga zaznacza, że tylko Ukraińcy czytają „Słowo o wyprawie Igora” w oryginale. „Młodszy brat” zajadle kontestuje pierworództwo starszego i prześladuje go, przez wieki tropiąc dążenia emancypacyjne, próbując zniszczyć je w zarodku. „Pierworództwo Rusi jest tyleż niezbywalne, co niewygodne: należy zatem, co czynią Rosjanie od trzech stuleci, traktować Ukraińców, owych »chachłów«, jako starszych, lecz przecież nie w pełni rozwiniętych, niepełnosprawnych braci, których postępowaniem oni muszą kierować. Taką postawę demonstruje Brodski” – puentuje Szaruga.
Rozbrzmiewa „płacz po imperium” – jak napisałby Brodski. „Zobojętniał od płaczu, odjechał do Amherst, zamilkł. / Niech kto chce, płacze. A ja wesoło zaciskam zęby…” – oznajmiała Zabużko (w wierszu „Krym. Jałta. Pożegnanie z imperium”).

Wybaczyć, choć nie rozgrzeszyć

Zagadkowy brak już nawet nie estymy, ale elementarnego szacunku Josifa Brodskiego wobec Ukraińców, sprzeczny z jego głęboko humanistycznymi uczuciami, jakie prezentował w tak wielu wierszach i esejach, to w istocie deklaracja postawy, że odrzucając imperium sowieckie z jego nędzą materialną, szpetotą, nudą, brakiem ambicji ku duchowemu i cywilizacyjnemu rozwojowi, poeta nie jest w stanie zakwestionować tego, co stanowi esencję imperializmu rosyjskiego. I to jest najbardziej przerażające. Źródła tego imperializmu tkwią przecież, co oczywiste, w kulturze. W kulturze, która w ojczyźnie niewolników nigdy nie była „niewinna”. Nawet Gogol i Puszkin, uchodzący za mędrców, krytyków samodzierżawia, upadali nisko, oddając hołd carowi. W kulturze, która rodziła się ze zniekształconego przez prawosławie chrześcijaństwa.
Jak gorzko brzmi odczytany dziś słynny fragment stenogramu rozmowy Brodskiego z sędzią Sawieljewą podczas jego rozprawy w Leningradzie w 1963 r.:
„ – Jaki jest w ogóle wasz zawód?
– Poeta. Poeta tłumacz.
– Kto was zaliczył do rzędu poetów?
– Nikt. A kto mnie zaliczył do rzędu ludzi?
– Czy uczyliście się tego?
– Czego?
– Żeby być poetą. Czy nie próbowaliście chodzić na uniwersytet, gdzie dają wykształcenie..., gdzie uczą?
– Nie myślałem, że można to zdobyć wykształceniem.
– A czymże?
– Myślę, że to od... Boga”.

Cóż, dla Rosjan inne narody po prostu nie mają duszy i mieszkają w jakichś brudnych cuchnących zakamarkach. Tylko Rosja jest piękna i czysta, „biała i puszysta”, jak nazywa ją obecny car.

A przecież Oksana Zabużko nie kończy eseju o Brodskim skargą, protestem i niezgodą. To nie jest donos na rosyjskiego emigranta. Przeciwnie, mówi w zakończeniu ze współczuciem o „skulonej, zmarzniętej i nastoletnio nieporadnej samotnej duszy” poety, „w przemożnym poprzez czas i przestrzeń poszukiwaniu ciepła… Jakby nikt dokładniej, bardziej dotkliwie niż on nie odczuwał kosmicznego chłodu obumierającej formy historii”.

Zgubiony. Nieodnaleziony… Bo Wschód i Zachód „nigdy nie zejdą się razem, / dopóki Ziemi i Nieba na sąd Bóg swoim nie wezwie rozkazem”, pisał Rudyard Kipling w programowym wierszu „Ballada o Wschodzie i Zachodzie”.

A więc – przebaczyć? Zaplątanym na supeł we własnych myślach i uczuciach artystom. Choć nie potrafić, nie móc i nie mieć prawa zrozumieć.


Oksana Zabużko „Pożegnanie z imperium. Szkic do pewnego portretu”, przeł. Joanna Majewska

 



Źródło: Gazeta Polska Codziennie

 

#Gazeta Polska Codziennie

Ewa Polak-Pałkiewicz
Wczytuję ocenę...
Wczytuję komentarze...
Zobacz więcej
Niezależna TOP 10
Wideo